Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Niepewność

Niepewność

11.05.2011
Czyta się kilka minut
Urszula Kozioł: Czasami odnoszę wrażenie, że niektóre dzisiejsze wiersze cierpią na nadwagę, zamiast szukać kontaktu i porozumienia z czytelnikiem tworzą bariery nie do pokonania, by w cyrkowy niemal sposób raczej zaciekawić gawiedź niż coś ważnego i istotnego komuś powiedzieć.
E

Ewa Sonnenberg: Umówiłyśmy się na rozmowę, ale wiem, że chciałabyś opowiedzieć o pewnym wierszu Czesława Miłosza, który odkryłaś dla siebie na nowo.

Urszula Kozioł: Chodzi mi o to, Ewo, że - jak wiesz - mówienie o wierszu jest bardzo skomplikowane i trudne. Siłą rzeczy wszystko się uogólnia i generalizuje, interpretacja wymaga wielorakich podejść do poszczególnych wierszy, bo w pojedynczym wierszu mieści się zawsze jakaś tajemnica, coś niedopowiedzianego, jego niedosłowność i zarazem - co jest dla mnie ważne - taki rodzaj skupienia, jakby ten wiersz powstawał przez całe nasze życie. W pewnym momencie wydaje się, że ten wiersz jest gotowy, że przedostając się do języka z bezsłownej masy zaczyna emanować tym stanem skupienia, który osiąga się zazwyczaj po długich medytacjach. Podobnie jest z odbiorem obrazu czy jakiegoś fragmentu muzyki podanego nam do zapamiętania. Nie chciałabym, abyśmy rozproszyły się w jakimś takim obszarze niedokończenia, tym bardziej że istnieje coś takiego, co w tytule tomu wierszy nazwałam stanem nieoczywistości. Ja mówię o tych wierszach, które nie chcą przykładać ręki do banalizacji świata, do banalizacji formy i wypowiedzi wiersza. Wiersza, który sam w sobie jest szalenie skomplikowany, bo na tej niewielkiej przestrzeni, jaką jest kartka, mieści to coś, czego nie da się jednoznacznie wypowiedzieć i dlatego wciąż to coś rozwijamy, dopowiadamy, domyślamy. Więc raczej skupiłabym się na jednym wierszu Czesława Miłosza, który odkryłam na nowo jadąc do Włoch, gdzie brałam udział w czytaniu wierszy Miłosza w pięknej Sali Palazzo Ducale w Wenecji. Chodzi o wiersz "W mojej ojczyźnie", napisany jeszcze przed wojną, bo w 1937 roku. Zawsze uważałam, że ten wiersz napisany w rozlewnej frazie jest nostalgicznym wyrazem tęsknoty do swojej ojczyzny, do krainy dzieciństwa. Dopiero kiedy postanowiłam go ponownie przeczytać, zauważyłam, że ta rozlewna fraza i refleksyjność, którą w pierwszej chwili tak odbierałam i zapamiętałam, jest jednak pozorna, że ten wiersz jest niesłychanie dramatyczny. Już w pierwszej linijce: "w mojej ojczyźnie, do której nie wrócę", to "nie wrócę" jest jakby przełamaniem gładkiej frazy, to "nie wrócę" wyłamuje się i jest gorzkim przeczuciem, tragicznym przeczuciem, niemal okrzykiem rozpaczy, zapytaniem: ojczyzny, do której nie wrócę? I nagle zaczyna się dramat, bo z jednej strony wiersz przywołuje wspomnienie urody świata, zachwytu nad niebem, chmurami, które są ogromne, i nad jeziorem, które jest obszerne, a z drugiej strony ten zachwyt przestaje być tylko zachwytem nad pejzażem, ponieważ czai się w nim utrata ukochanych krajobrazów i śmierć. Tragizm tego wiersza, począwszy od tego wyłamującego się z melodii "nie wrócę", jeszcze bardziej podkreślają ostatnie linijki, że właśnie w tym jeziorze blask mojego życia się zatopił, że straszy mnie ten kształt, który tam w głębi jeziora śmierć ze mnie wykreuje. I nagle pomyślałam, że ten wiersz bardzo osobisty, poety, który jako młody twórca trafia z Wilna do Warszawy, jest jakimś strasznym przeczuciem utraty tego, co jest dla niego najważniejsze i najbliższe, a jednocześnie jest przeczuciem utraty życia. Teraz, dzisiaj, gdy miałam go czytać przed publicznością nie tylko polską, zdałam sobie sprawę, że dzieje się to w momencie jakichś strasznych ludzkich dramatów i tragedii, podczas których ludzie tracą swój dom, tracą swoje miasto, tracą swoją ojczyznę, rzucając się w ucieczce na morze w jakichś łupinkach, uciekając przed tyranami, despotami, nie mając gdzie się podziać. Mieli swoje oswojone krajobrazy, wschody i zachody słońca za oswojonym wzgórzem, tracą te domy, te miasta, do których może chcieliby wrócić, ale one już nie istnieją, bo tsunami zniszczyło im pejzaże nakładane przez tysiąclecia, także te inne, wewnętrzne pejzaże duchowe nakładane poprzez tradycję, zwyczaje, relacje człowieka z jego światem i otoczeniem. Okazuje się, że ten wiersz, który początkowo był tylko jakimś nostalgicznym przywołaniem oswojonego i bliskiego sobie świata, staje się niesłychanie aktualny, gdzie tragizm wiersza pomnożony jest przez tragiczny zewnętrzny kontekst. Tutaj ustawienie świateł z tego zewnętrznego świata rzuca swój refleks na słowa kiedyś wypowiedziane. Podobnie się dzieje, gdy przypomnimy sobie choćby dzieje Antygony i jej niepochowanych braci, których namnożyło się do dzisiejszej epoki tak wielu, że nie jesteśmy w stanie stać się tą siostrą, która z dymu pieców krematoryjnych czy z cienia na murze po bombie atomowej, w jaki zamienili się jej bracia, potrafi ich pochować. Ta multiplikacja dramatów i tragedii, o których się mówi od czasów starożytnych, zeszkliła się na swój sposób w słowie, w dramatach, w poematach, w wierszach pozornie zwyczajnych i nawet można powiedzieć łagodnych, które jednak pod swoją delikatną powierzchnią, delikatnym naskórkiem utrzymują właśnie to przeczucie tragedii ludzkiej egzystencji i dają temu wyraz. Dlatego ten wiersz wydał mi się godny przypomnienia i dlatego akurat teraz chciałam go przedstawić w Wenecji. Po powrocie z Włoch rzucił mi się w oczy zapis jakiegoś profesora, może właśnie w "Tygodniku", który użalał się, że studenci dzisiaj źle odbierają wiersze Miłosza. Tymczasem ja tam spotkałam się z czymś zupełnie innym. Tam właśnie, w tym obcym kraju, we Włoszech, podczas czytania wierszy Miłosza w przepięknych salach brakowało miejsc siedzących, w aulach Uniwersytetu Weneckiego i w Pałacu Dożów. W różnych księgarniach były rozkładane ulotki związane z setną rocznicą urodzin Miłosza. To wszystko jest oczywiście zasługą także Jarosława Mikołajewskiego, przedstawiciela świata kultury we Włoszech, a jednocześnie tłumacza i poety. Mieliśmy więc okazję odkryć entuzjazm studentów, którzy reprezentowali różne uczelnie od północy, od Wenecji, aż po Neapol, poprzez Rzym czy Florencję. Studenci w grupach po pięć, dziesięć osób występowali z własnymi przekładami Miłosza. To wzmożone zainteresowanie polskim poetą, który - nadal jak się okazuje - nie do końca jest przełożony we Włoszech, sprawiło, że na okoliczność tych spotkań przełożono na język włoski sporo wierszy poety dotąd tam nieznanych. Jedno z takich spotkań było na Uniwersytecie Weneckim, a drugie w Pałacu Dożów w bogatej, ogromnej, przepięknej sali, kapiącej złotem. Na czym więc polega ta odmienność stosunku do poety w Polsce i w świecie? Czegoś tutaj brakuje lub też coś zostało przegadane. Istnieją oczywiście dyktatorzy mody, którzy mówią, że w tym sezonie nosimy 10 centymetrów za kolano lub przed kolano, dyktując nam styl. Okazuje się, że na obszarze poetyckim też mamy takich dyktatorów smaczków literackich, że ten Miłosz nie dorasta, że ten Miłosz nie pasuje, oni narzucają swoją własną poetykę młodym, wrażliwym odbiorcom chcącym być au courant. To jest zastanawiające, dlaczego tak się dzieje.

Urszula Kozioł

Przeoczony moment

główki irysów pręgowane jak pyszczek tygrysa

dźwignięte na wysokich i sztywnych łodyżkach

upstrzone kroplami rosy

jak w koliach z kamiennych okruchów

markazytu

jak to się stało że przeoczyliśmy moment

w którym ciemność zawładnęła snem

jak mogliśmy przeoczyć że szykuje się

aż taka przemiana i takie rozłąki

Wiersz pochodzi z tomu "Horrendum" (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010)

Nawiązując do samego wiersza Miłosza: to, o czym mówisz, świadczy, że prawdziwa sztuka jest poza czasem.

Jest poza czasem, ale też bywa wizjonerska. Bo pojedyncze przeżycie i pojedyncze przeczucie rozpaczliwej sytuacji rozstania, utraty, bezpowrotności do rzeczy ważnych i dla poety istotnych, które go kształtowały, tutaj nagle zostaje rozszerzone i pomnożone przez kontekst zewnętrzny. Okazuje się, że w pewnym momencie pewne stare teksty nabierają mocnych akcentów, stają się aktualne. Czy nie tak było z "Dziadami" Mickiewicza w 1968 roku? Mam tu na myśli nie tylko inscenizację Dejmka, ale także tę we Wrocławiu, bo nie wiem, czy widziałaś inscenizację III części "Dziadów" Kazimierza Brauna, kiedy to całe fragmenty, osadzone w rzeczywistości wileńskiej, zabrzmiały tak, jakby to wszystko działo się u nas, teraz, w nas samych. Słowa Mickiewicza, które pozornie powinny zgasnąć, bo minęła jedna, druga epoka, wojna światowa, nadal żyją; podobnie jak dramaty Sofoklesa i Antygona. Zresztą w ogóle czas wyławia stale z przeszłości swoją kamerą jakiś wiersz czy tekst, własnym światłem opromienia, rozświetla jakiś jego fragment czy ułamek i go aktualizuje. Pamiętam z własnego dzieciństwa, jak podczas drugiej wojny światowej, będąc w pierwszej klasie gimnazjum na tajnych kompletach, idąc ulicą z gniewem recytowało się w myślach wiersz Ujejskiego z "Maratonu": "mało tej ziemi / tyle co na tarczy / lecz na grób wrogów / przecież jej wystarczy".

Ta ponadczasowość wielkich dzieł wynika z niezmienności ludzkich uczuć. Na przestrzeni wieków, pomimo że literatura powstaje w różnych kontekstach i pomimo zmian historycznych dekoracji, człowiek pozostaje człowiekiem. Jego uczucia, pragnienia, emocje są wciąż takie same. Może stąd ta łatwość przekładania tekstów z przeszłości na czasy współczesne.

Są też jakby mityczne tematy, które powtarzają się w dziejach ludzkości, jak Podróż czy Droga.

Coś o tym wiem, teraz po wielu latach na nowo przeczytałam w starym przekładzie Lucjana Siemieńskiego "Ulissesa" i po prostu zachwyciłam się książką, która jest jedną wielką metaforą losu ludzkiego, podróży, przygody i zderzenia świata rzeczywistego z urojonym, śnionym. Jest to znakomicie napisane. Autor wie, jak zaskakiwać, jak podsycać uwagę niespodziewanymi zwrotami akcji, ale przede wszystkim jest to jakaś wielka metafora. Myślę, że każdy utwór żyje dłużej, gdy zawiera w sobie metaforę. Odnosi się to do dzieł Kafki i wielu wielkich, spełnionych dzieł. Dawniej miano w poszanowaniu klasykę i tradycję. Wiedziano, że należy ją jakoś przyswoić i jakoś się do niej odnieść. Wierność wartościom w tej naszej peregrynacji do istotności naszej egzystencji była czymś oczywistym. Niepokoi mnie w obecnych czasach zgoda niektórych piszących na współdziałanie i współuczestnictwo w tym spłaszczaniu horyzontów, w banalizowaniu świata i własnego stosunku do rzeczy. A przecież arcydzieła literatury światowej na przestrzeni wieków dbały o naszą duchową kondycję i umiały to robić. Teraz rodzi się pytanie, czy pisarz ma jakieś powinności i obowiązki wobec społeczeństwa? I wobec siebie? Czy potrafi znaleźć sposób, by w krótkiej formie jakiegoś wiersza umieć się porozumieć z sobą samym i jakoś to przekazać drugiej osobie, komuś innemu? Jest coś, co Celan nazywał pocztą butelkową. Wiersz jest taką przesyłką w nieznane, w niewiadome, bo nie wiemy, kto ten wiersz przeczyta, do kogo on trafi i w jaki sposób będzie umiał oddziaływać albo nie.

Tomasz Mann mówił, że poeta jest jedyną osobą, która potrafi dokonać pewnych zmian w świecie. Liryka wbrew pozorom może przełamywać brutalizm codzienności. Słowo jako takie bywa zwycięstwem wobec siły i przemocy.

Jest to powtórzenie myśli Goethego, który mówił o tej sile trąbki (wojska) i sile pióra (słowa). Świadomość, że słowo ma szczególną siłę, bierze się już z tego, że na początku było słowo i że stał się świat.

Mam odczucie, że współczesny świat w swoim absurdzie, o którym nawet nie śnili twórcy teatru absurdu, przerasta literaturę i sztukę. Artysta staje się jakby bezradny wobec otaczających go problemów.

Chyba zawsze ten świat przerastał sztukę. Zawsze były okropne wojny, okropne prześladowania, okropne fobie, które opętywały tłumy żądne krwi, jak choćby okrzyk tłumu: "Ukrzyżuj go, ukrzyżuj go!". Krzyk tłumu, by ukrzyżować Chrystusa. Coś, co było niesieniem miłości, próbą odnowienia człowieka, budzi nienawiść. Albo kiedy jakiś tyran, mając za sobą wielkie armie, tajemną broń i jakieś moce, boi się tego długopisu, którym posługuje się poeta, i przegrywa. Ostatnio znowu możemy przeczytać o tym prześladowanym przez reżim malarzu Ai Weiwei w Chinach.

Czy możemy porozmawiać o twojej twórczości? Profesor Jacek Łukaszewicz podkreśla filozoficzność twojej poezji. Chciałabym zapytać, jaką myśl filozofii eksponujesz w swoich wierszach?

To jest osobny i obszerny temat, różne rozważania, rozmyślania zwłaszcza starożytnych filozofów, którzy zadali nam dezyderat powtarzany w ciągu wieków, że aby myśleć, trzeba wątpić. Dzisiaj mogłabym się zatrzymać na problemie niepewności. Niepewność i wątpienie drążą ludzkość od wieków, a w dzisiejszym świecie zajmują istotne miejsce. Ale wracając do wiesza - nie uważasz, że ta niepewność dotyczy również własnego tworzenia? Jak wiesz, Ewo, a wiesz na pewno, są takie wiersze, które sama napisałaś, ja też wiem, że kilka wierszy napisałam, ale są też takie wiersze, które nie wiadomo skąd się biorą, ktoś jakby je podrzuca... Nie masz takiego wrażenia?

Można to coś nazwać natchnieniem.

To myśmy to w uproszczeniu tak nazwali, bo musimy to jakoś nazwać. Odczuwamy niepokój, że ktoś jeszcze jest tu współautorem, że ktoś nas w jakiejś chwili przemienia z twórcy, kreatora w kopistę, że nagle mamy jakiś przekaz bezsłowny, ale pilny - coś w rodzaju telegramu, pilnego telegramu, i że jeśli go w jakiś sposób nie przyszpilimy zapisem do kartki, to on zniknie jak sen tuż po przebudzeniu. Praca kopisty chcącego to zanotować jest jednocześnie pracą tłumacza, bo tę bezsłowność trzeba przecież przetłumaczyć słowami, własnymi słowami. Jeśli odłożymy na później, to już będzie nie ten, sugerowany nam tekst, tylko całkiem inny.

To, co mówisz, uczy poetę pokory wobec własnego tekstu i aktu pisania. Poeta świadomy to taki, który zdaje sobie sprawę z istnienia pewnej siły, wydobywającej na światło dzienne tekst, który gdzieś tam już istnieje w jakimś idealnym świecie. Josif Brodski mówił, że to coś pochodzi od Boga.

Myślę, że Bóg ma tak wiele ważnych i istotnych spraw, że nie uważa nas za specjalnie godnych uwagi. Tak czy owak, jest to dylemat, z którym musieli się zmagać twórcy już od czasów starożytnych, i nie umiejąc nazwać tego, co ty nazywasz Bogiem, powołali muzę. Muza - Natchniuza, nawet Białoszewski czuł jej współautorstwo, trochę się z tym drocząc. Świadomość obecności imaginacyjnego współautora wprawia człowieka w zakłopotanie.

Ale ta praca kopisty jest swoistą grą autora ze swoim ego, nadświadomością czy wspomnianą muzą. Poeta uczy się od swojego natchnienia kunsztu operowania słowem. A udany krótki wiersz bywa niekiedy największym arcydziełem.

No właśnie, jak najmniej słów, jak głosiła awangarda. Wiersz jest zagęszczoną mową. Ale słowo nie tylko znaczy, ale dźwięczy. Dlatego ucząc w szkole radziłam, by wiersz nawet czytany oczyma był słyszany przez osobę czytającą. Ta foniczna warstwa wiersza jest równie ważna jak warstwa znaczeniowa. Dopowiada ją. Tak więc najkrótszy wiersz jest niekiedy najbardziej skomplikowany. Czasami odnoszę wrażenie, że niektóre dzisiejsze wiersze cierpią na nadwagę, zamiast szukać kontaktu i porozumienia z czytelnikiem tworzą jakieś zasieki z drutów kolczastych, jakieś bariery nie do pokonania, by w jakiś cyrkowy niemal sposób raczej zaciekawić gawiedź niż coś ważnego i istotnego komuś powiedzieć. Ale są to rzeczy związane z indywidualnym wyborem, z biegiem lat każdy wybiera sobie kontakt z taką poezją i z takim autorem, który jest dla niego ważny.

Od zawsze niemal jesteś związana z Wrocławiem...

Wrocław był miastem, w którym tego środowiska literackiego początkowo nie było. Natomiast gdy przyjechałam na studia do Wrocławia, bardzo aktywne, ożywione kontakty i relacje były głównie między młodymi pisarzami. Myślę, że ten ferment właściwy młodym autorom, z potrzebą rozmowy, wymiany, pokazywania sobie własnych tekstów, był czymś bardzo ważnym i potrzebnym. Pojawili się wtedy Lech Władysław Terlecki, Jacek Łukasiewicz, Stanisław Grochowiak, Aleksander Małachowski, Tadeusz Mikołajek, Jan Turnau, Czesław Białowąs. W późniejszych latach do Wrocławia dotarli Tadeusz Różewicz i Ludwik Flaszen. Przez jakiś czas od 1956 roku działało pismo "Poglądy", pracowałam w redakcji, to tam debiutowała przepięknym poematem Salomea Kapuścińska, ciągle pamiętam melodię tego poematu. Cieszyło nas odkrycie wielkiej, młodej autorki. Istniał teatr eksperymentalny Grotowskiego, teatr mimów Tomaszewskiego, Kalambur robił wspaniałe inscenizacje, jak choćby ta z ‘68 roku "Szewców" Witkiewicza, zrealizowana przez Włodzimierza Hermana. To wszystko tworzyło swoistą atmosferę, inną niż miewali młodzi twórcy w Krakowie czy Warszawie, gdzie było mnóstwo sławnych i opiniotwórczych klasyków, pomagających lub przeszkadzających. A we Wrocławiu było się na dorobku, w młodzieńczym zgiełku, stylu i w jakiejś chęci wzajemnych dysput, spotkań i bycia ze sobą.

Twoja liryka jest przykładem, że delikatne westchnienie poetyckie może być silniejsze od brutalnej frazy. Operujesz swoistym wyczuleniem na niuanse duchowe, uczuciowe, emocjonalne. Gdzie jest źródło tej liryki, bo ja doszukałam się go w liryce Safony?

Skoro tak uważasz, nie będę zaprzeczać. Moje spotkanie z Safoną zaczęło się poprzez jej ocalałe fragmenty, które wydały mi się odpowiednikami muzealnych rzeźb. Fragmentami, które nie mają głowy lub ręki, ale żebyśmy, broń Boże, nie dosztukowali im niczego, bo wtedy rzeźba się zbanalizuje, a w ten fragmentaryczny sposób jest formą otwartą i pozwala na różne domysły. Sprawa tej niedosłowności i fragmentaryczności wypowiedzi jest czymś najbardziej naturalnym, bo przecież nie myślimy okrągłymi zdaniami czy rozdziałami swoich wypowiedzi. Przed wojną mój ojciec zgromadził piękną bibliotekę, która w czasie wysiedlenia z Zamojszczyzny została zniszczona. Kartki na przykład encyklopedii były cieniuteńkie i świetnie zawijało się w nie machorkę, ci, którzy dorwali się do tej ojcowej biblioteki, mieli idealny papier do palenia papierosów. Z biblioteki ojca pamiętam wiersze wschodnie w tłumaczeniu Staffa, byłam wtedy małą osobą, bo w ‘42 roku na dzień przed Świętym Mikołajem uciekliśmy z tej naszej miejscowości pod Zamościem, wtedy byłam w trzeciej lub czwartej klasie. No i znów zaczyna się historia rodzinna, że mnóstwo się czytało, że był to dom rozśpiewany, rozdeklamowany, matka pięknie opowiadała, ojciec także, w domu czytało się książki na głos, matka uwielbiała czytać Leśmiana, który był w Zamościu. To jest mój krajan, bo w tych samych okolicach, tymi samymi uliczkami krążyliśmy, a to były uliczki, w których różne osoby nabywały jakiegoś takiego ważnego stosunku do słowa, bo przecież obok był także Hrubieszów z Prusem, Róża Luksemburg, którą wszyscy pamiętają jedynie od jednej jakby strony, tej partyjnej, a mało kto pamięta i nikt nie powołuje się na jej wspaniałe, przepiękne listy z więzienia, kiedy odchodzi już od partyjnych wyobrażeń o życiu i świecie, a zajmuje się ptakami i roślinami za oknem, które jest zakratowane, i pisze listy pocieszające do żony Liebknechta. Te jej listy z więzienia są przepiękne, sądzę, że i ona nauczyła się i nabywała tego stosunku do języka w Zamościu. Poprzez Biłgoraj przewinęli się też bracia Singerowie. No więc i ja tam byłam. Tam uczyłam się mowy od nich.

Zaczęłyśmy tę rozmowę od wiersza Czesława Miłosza, dlatego chciałabym ją zakończyć pytaniem o jeden z Twoich wierszy. Chodzi mi o utwór pod tytułem "Bezsenność" z tomu "Supliki". Ten wiersz, tak jak mówiłyśmy - jak każdy dobry wiersz - jest metaforą. Bardzo szczególną i wyjątkową, przywołane tam przebudzenie się ze snu w środku nocy jest metaforą nawiązującą do czasów marnych Hölderlina, do nocy ludzkości Hölderlina. Nocy, w której ludzkość wciąż tkwi i z której jeszcze się nie przebudziła. Ta noc, w której się budzisz, choć ona wciąż trwa, jest jakby analogiczna do duchowego przesłania przywołanego Hölderlina.

Słuchaj, Ewa, po prostu trafiłaś, dlatego że ja nie znałam Hölderlina, jak przyszłam na studia, nie miałam pojęciu o jego istnieniu, ale kiedy poznałam Feliksa Przybylaka, który był tłumaczem, zaczął mi go czytać, także po niemiecku, bo ja nie przyjmuję do wiadomości samego tłumaczenia, muszę słyszeć muzykę wiersza w oryginale. Późne "Hymny" Hölderlinowskie wywarły na mnie niesamowite wrażenie, dla mnie to było przedziwne, bardzo głębokie, niemal wstrząsające odkrycie poezji i jednocześnie losu poety. Bo chociaż podobnie jak Kundera bardzo nie lubię biografizmów i zasłaniania autorem jego tekstów, to w tym przypadku ta jego specyficzna sytuacja nie jest obojętna - geniusz, który jest przygnieciony istnieniem Goethego, Schillera i siłą rzeczy jest zepchnięty, wytrącony, odsunięty na boczny niemal tor, a mimo to przedziera się do istnienia i w tej chwili lśni jak gwiazda, bo w końcu Nietzsche powiedział, że istniało tylko trzech wielkich liryków w światowej literaturze: to był Pindar, Hölderlin i Leopardi. I to zdanie Nietzschego jest ważne i warto je powtarzać. Jest jakieś pokrewieństwo i podobieństwo istnienia naszego Norwida. Wielcy tamtego czasu także nie zauważali jego geniuszu. To jest zadziwiające, że wspaniały i wrażliwy hrabia Krasiński, wspomagając Norwida w trudnych warunkach, mówił: ale to jest na chleb, a nie na książki. Jak ten wrażliwy i wspaniały poeta mógł w ten sposób potraktować wielkiego poetę? Jak mógł nie dostrzec migotliwości w cieniu błękitnym, który na ścianie się pojawia, i jest i nie jest zarazem, i który w końcu staje się jakby ryciną japońską wypełnioną światłem, powietrzem, nieokreślonością i kapryśnością nastroju poety? Bo te rzeczy są i nie są zarazem. I ta błękitna wstążka może być dana, ale nie musi być dana, jest chciana, albo pomyślana tylko, w delikatnym rysunku, który zawarł w swoim wierszu. Norwid, do którego co pewien czas powracam i od którego próbuję uszczknąć ten mokry listek pozostawiony na szybie, który on powołał do istnienia. I właśnie ten Hölderlin, poznany przeze mnie dość późno, którego poznanie było bardzo ważnym momentem w moim życiu, a także bardzo ważnym zwrotem w moim myśleniu o poezji.

Rozmawiała EWA SONNENBERG

Ewa Sonnenberg - poetka, absolwentka filozofii UJ. Ukończyła klasę fortepianu w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Za debiutancki tom wierszy "Hazard" (1995) otrzymała nagrodę im. G. Trakla. Ostatnio opublikowała zbiory wierszy "Pisane na piasku" (2006), "Encyklopedia szaleńca" (2006).

Urszula Kozioł - poetka, prozaik, autorka utworów dramatycznych, wieloletnia redaktor wrocławskiej "Odry". Tegoroczna laureatka nagrody "Silesius" za całokształt twórczości.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]