Reklama

Niech się Uber podzieli

Niech się Uber podzieli

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
09.05.2019
Czyta się kilka minut
Kierowcy Ubera zorganizowali dziki strajk. Na razie nie w Polsce. Na razie.
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
W

W środę swoje aplikacje mieli wyłączyć solidarnie kierowcy w wielu amerykańskich, australijskich i brytyjskich metropoliach. Czarę goryczy przelała informacja o zbliżającej się ofercie publicznej, w wyniku której najpopularniejsza na świecie firma parataksówkarska zamierza pozyskać nawet kilka miliardów dolarów. Wszystko dzieje się oczywiście na dziko. Bo z legalnego punktu widzenia kierowcy pracujący dla kalifornijskiej korporacji nie są przecież nawet żadnymi pracownikami. Na dobrą sprawę koncern mógłby ich oskarżyć np. o... zmowę cenową wymierzoną w Bogu ducha winnego dostarczyciela aplikacji.

Późny kapitalizm jak z obrazka. Oto mamy globalną firmę, która jednym pstryknięciem palców ściąga z rynku kosmiczne pieniądze. Dlaczego przychodzi jej to tak dziecinnie łatwo? To oczywiste: rynek wierzy w wymyślony przez Ubera model biznesowy. A na czym polega ten model? Uber lubi pokazywać, że chodzi głównie o ich mobilną aplikację, przy pomocy której można sobie łatwo zamówić taksówkę. Sięgając po ten argument koncern z San Francisco od paru lat niezawodnie neutralizuje krytyków. Podskocz im, a zrobią z ciebie wroga postępu. Dziwacznego sojusznika zazdrośników z cuchnących papierosowym dymem bieda-taksówek, którzy nie mogą się pogodzić z realiami XXI wieku.

Tylko że chodzi przecież o coś zupełnie innego. Wszak w międzyczasie z podobnych do Ubera aplikacji zaczęło korzystać wielu tradycyjnych przewoźników. Którzy – żeby była jasność – też często wyzyskują swoich kierowców. Ale oni jednak nie zgarniają 9 miliardów na giełdowym debiucie. Dlaczego? Tajemnica nie jest trudna do rozwikłania. Model biznesowy Ubera jest fetowany przez rynek właśnie dlatego, że polega na wymyślnym rodzaju nieuczciwej konkurencji. Uber urósł i zamierza rosnąć dalej (właśnie dlatego możecie być pewni, że zbierze z rynku te ciężkie miliardy), robiąc dokładnie to samo, co taksówki. To znaczy wozić ludzi za pieniądze. Ale jednocześnie próbuje udawać, że tego nie robi. Nie „przewozi”, tylko „kojarzy ludzi jadących w tym samym kierunku”. Jego kierowcy to nie są „pracownicy”, tylko „partnerzy”, a niekiedy „wolontariusze”. Wykonywana przez nich praca to nie jest żadna praca, tylko rodzaj ciekawego spędzania wolnego czasu w ciekawym towarzystwie. Wszystko po to, żeby różnego typu regulacje (podatkowe, pracownicze, licencyjne) nie miały do nich zastosowania. To właśnie ten trik pozwala Uberowi miażdżyć konkurentów przy pomocy niskich cen usługi – najprostszego, najbardziej prymitywnego, ale jednocześnie najbardziej uniwersalnego sposobu budowania przewagi biznesowej.

Taniość uzyskana poprzez obchodzenie i rozmywanie istniejących regulacji – to sedno uberowskiego fenomenu. To nowe szaty króla „ekonomii chałtury” (gig economy), jak zwykło się nazywać w literaturze ekonomicznej ten typ działalności. Niestety, w przestrzeni publicznej niewielu jest takich, którzy chcą krzyknąć: „Ludzie, król jest nagi!”.

W kwietniu mieliśmy w Polsce próbę taksówkarskiego protestu przeciwko modelowi Ubera. Strajku działających w tej branży związków zawodowych nie dało się jednak wpisać w bieżący spór polityczny (czytaj: nie dało się z niego zrobić antypisowskiej pałki). Więc nie wypalił. Rząd obiecał, że wyjdzie jakoś na przeciw oczekiwaniom taksówkarzy. Jak? Tego dowiemy się, gdy powstanie projekt ustawy. Jeżeli powstanie. Wieści dochodzące z kręgów rządowych nie są dla taksówkarzy optymistyczne. Chodzą słuchy, że Ubera nie da skrzywdzić dość ostentacyjnie pilnująca swoich interesów w Polsce amerykańska ambasada.

W ogóle walka z firmami takimi jak Uber przypomina boksowanie się z wielką galaretą. Nawet, gdy ciosy dochodzą przeciwnika, nie robią na nim żadnego wrażenia. Bywa na przykład, że słysząc pomruki niezadowolenia Uber deklaruje: ależ oczywiście, że dobro publiczne jest dla nas najwyższym priorytetem. Po czym słychać – powiedzmy – obietnicę wprowadzenia nowego „kodeksu relacji z partnerami”. Sęk w tym, że takie rzekome ustępstwo firmy to nadal sporo mniej niż coś, co kierowcom powinno przysługiwać z mocy samego prawa, gdyby firma z Kalifornii przestała udawać, że to nie są żadni partnerzy biznesowi, lecz po prostu pracownicy. Między bajki można też włożyć neoliberalną opowieść o tym, żeby wybór pozostawić samym konsumentom. Na tej samej zasadzie można przecież argumentować za zawieszeniem prawa karnego, likwidacją kodeksu drogowego lub powszechnym dostępem do broni. Bo przecież to ludzie powinni zdecydować.

W zasadzie jedynym sposobem zmiany sytuacji byłby bunt samych kierowców Ubera. Właśnie taki, do jakiego doszło we wspomnianych amerykańskich, brytyjskich i australijskich miastach. Tamtejsi kierowcy postawili się z trzech powodów. Po pierwsze, skarżą się na zbyt niskie stawki (tu coś pewnie ugrają, choć zapewne nie wszyscy, bo koncern sięgnie niezawodnie po starą zasadę dziel i rządź). Po drugie, narzekają, że odmawia im się bycia pracownikami, co skutkuje choćby tym, że można im płacić poniżej ustawowych stawek minimalnych, i tym, że nie mogą jednoczyć się w związki (tu Uber będzie się bił do upadłego). Po trzecie, wskazują na nieprzejrzyste i niejasne algorytmy, określające jaki procent pieniędzy za przejazdy trafia do centrali. Które mogą być przez koncern wykorzystywane do rozgrywania pracowników przeciwko sobie. To również postulat, którego Kalifornijczycy raczej nie spełnią. No chyba, że protest nabierze siły i rozmachu.

Tak czy inaczej bunt uberowskich kierowców to ważne wydarzenie w historii „ekonomii chałtury”. A także poważny test dla możliwości obrony praw pracowniczych w XXI wieku. Pytanie brzmi: czy w Polsce zostanie dopisany osobny rozdział tej samej historii?

POLECAMY: Woś się jeży - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie internetowym "Tygodnika Powszechnego"

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

brzmi równie dobrze moim zdaniem jak "niech się Rafał Woś opamięta" albo ""kosmiczne bzdury"

Podziwiam wytrwałość w komentowaniu . Ja zwątpiłam ale z nadzieją, że może brak komentarzy da do myślenia. Może jakieś statystyki zbierają.

To nie komentowanie tylko zaznaczanie terenu. Nóżka w górę i sik. A o co chodzi z tymi statystykami? Na co ma pani nadzieję?

A propos statystyk, obecnie dzięki rozwiązaniom bigdatowym ustalane sa np. mierniki jakości pracy oparte o różne statystyki , w przypadku dziennikarza może to być np. ocena istotności poruszanych kwestii i za taką ocenę ktoś uwaza liczbę komentarzy pod artykułem . Oczywiście nie jest to jedyny miernik ale jeden z . I kompleksowa ocena może zależec od takiego jednego z. W takim przypadku brak komentarzy oznacza – nuda nie wzbudził emocji czyli nie związał czytelnika z portalem na dłużej niż czas przeczytania artykułu. Wiem że za chwilę odezwą się głosy że liczy się jeszcze co w tych komentarzach itp. ale to będzie po tzw słowach kluczowych w kolejnej wersji statystyk umożliwionych dzieki rozwiązaniom bigdatowym. A napisałam o nadziei bo wg mnie pan Redaktor jakoś ostatnio nie ma szczęścia do tematów a jeśli nawet temat może i ciekawy to przedstawia go w takim jednostronnym świetle coraz częściej kłócącym się z osiągnięciami nauki z zakresu ekonomii , przedsiębiorczości rozszerzonymi o wyniki badań socjologicznych . pozdrawiam i wracam do roboty

Tak myślałem ;) Jak się wlezie między wrony, trzeba krakać jak i ony. Redaktor Woś jakoś wyjątkowo działa na nerwy czytelnikom podzielającym bez zastrzeżeń twardą linię polityczną redakcji i nie ma szans zostać pokochanym przez pozostałych z powodu zbyt lewicowych poglądów. Może ku radości jednych i obojętności drugich naprawdę wywalą go stąd jak wcześniej z Wyborczej, Krytyki Liberalnej i Polityki, ale nie z powodu małej liczby generowanych komentarzy. Pod tym względem i tak bije na głowę 90% autorów TP.

jest taka, że drukuje regularnie teksty twardogłowego red. Wosia - ale Pan zapewne zupełnie co innego miał na myśli, ino nie przemyślał do końca...;) [nb z tymi 90% też Pan chyba strzelił na oślep, bo jeśli nie to poproszę o statystyki właśnieヅ ]

Według mnie do tekstów i opinii pana Wosia bardziej niż lewicowe pasuje termin socjal zupełny i urawniłowka . A każdy kto ma więcej niż samozwańczy intelektualista na którego nie ma popytu to prawdopodobnie nędzny wyzyskiwacz albo przynajmniej złodziej. Inne kwestie lewicowe nie są poruszane przez p. Wosia. Słowem jemu tylko kasa w głowie a nie równouprawnienie kobiet , sprawa LGB i inne właściwe dla lewicy. Kwestia przyszłości pana Wosia nie jest mi znana a prognozować wolę w innej dziedzinie.

To z lewicy wypada też Kwaśniewski, Miller, niedawno zmarły Karol Modzelewski, nie mówiąc o paru bardziej kontrowersyjnych postaciach z przeszłości, z którą, jak się właśnie okazało, lewica nigdy nie miała nic wspólnego. Oni od zawsze walczą tylko o prawa kobiet i LGBT oraz, w wolnych chwilach, o praworządność, pluralizm polityczny i wolnorynkową gospodarkę. W pamiętnym roku 1981 widziałem na murze napis "Nie chcemy Jaroszewicza w naszych szeregach. Bezpartyjni". No i nadal nie chcemy ;)

i Pan w nią też wpadł

Nie dziwię się bezpartyjnym :). A pana Kwaśniewskiego nigdy nie posądziłabym o bycie lewicowcem , myślę że był ukierunkowany na sukces i Bogu stawiał świeczkę i diabłu ogarek. Pamiętam jakiś program w telewizji wieczorową porą kiedy pani Kwaśniewska już jako eks I dama pokazywała jak nalezy pakować mężowi walizkę w delegację chodziło o to aby spodni nie zgnieść. Byłam w szoku (pewnie dlatego, że sama sobie walizkę pakowałam i pakuje no ale ja żony nie miałam i nie mam) WIęc chyba lepiej nie używać tego etykietowania i bo się pogubimy nie tylko w lewicy i prawicy ale również w nowoczesności i konserwatyzmie.

Nie wspomina autor o tym, że to, czy praca w Uberze będzie dochodowa musi się zatroszczyć sam pracownik. Nie przytoczę teraz nazwy, ale były raporty wskazujące, że duży odsetek kierowców zarabia poniżej minimalnej pensji w ich kraju, a niektórzy nawet tracą pieniądze jeśli uwzględni się koszty eksploatacyjne. Praca w Uberze okazuje się braniem pożyczki dając auto w zastaw. A to wszystko od firmy, która zebrała rekordowe 11 mld dolarów od inwestorów, a jednak po latach działalności jedyne co przynosi to setki milionów dolarów strat rocznie.

Sukces Ubera powiela schemat sukcesu kapitalizmu-handel iluzją, za którą jej "właściciel" każe sobie słono płacić; na tym fundamencie jest oparty np. system finansowy kreowania pieniędzy przez oprocentowane kredyty bankowe. Jest to trick "najstarszego zawodu świata" w perwersyjny sposób wykorzystujący ludzkie potrzeby. Jeżeli nie stworzymy modelu społeczeństwa skonsolidowanego i kooperatywnego, jak np. średniowiecznej Christianitas w Europie łacińskiej, to bankowo-korporacyjnie "panie lekkich obyczajów", zainfekują nas chorobą weneryczną społecznego chaosu. Choć może o to chodzi, żeby stworzyć przestrzeń dla Wielkiego Brata i Kochanego Wodza-paruzji sanacyjnego totalitaryzmu(?)
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]