Reklama

Wyhamuje czy nie wyhamuje

Wyhamuje czy nie wyhamuje

w cyklu Woś się jeży
06.08.2020
Czyta się kilka minut
Czy popularyzacja takich serwisów jak UberEats czy Bolt Food to faktycznie postęp? A co na przykład z problemem bezpieczeństwa komunikacyjnego?
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
S

Samochód zbliżał się z dużą prędkością do chodnika. Na chodniku przy stolikach kawiarnianych siedzieli ludzie. Przez moment nie było pewne: wyhamuje czy nie wyhamuje. Wyhamował. Z auta wysiadł chłopak. Bardzo się spieszył. Z tylnego siedzenia samochodu wyjął dużą charakterystyczną torbę z napisem Bolt Food. Wbiegł do lokalu. Po chwili z niego wybiegł. Wrzucił torbę do auta i odjechał. Może był obdarzony przez naturę wyjątkowo podzielną uwagą. A może po prostu miał szczęście i tylko dlatego jednoczesne grzebanie w nawigacji telefonu oraz włączanie się do ruchu odbyło się bez kolizji. A może trzeba dodać „tym razem”.

To obrazek z ulicy jednego z wielu wschodnioeuropejskich miast. Tak naprawdę nic wielkiego. Ot, codzienność jednego z setek, a może i tysięcy młodych mężczyzn (zazwyczaj mężczyzn), często o migranckim pochodzeniu, pracujących przy stosunkowo nowej usłudze szybkiej dostawy żywności zamawianej przez smartfonową aplikację.

Zaczął Uber, uruchamiając w wielu krajach świata swoją apkę Uber Eats (pierwsze było w 2015 r. Toronto). Jednak wielu lokalnych graczy postanowiło bić się na swoich rynkach z amerykańskim królem „gig economy” (to termin tłumaczony czasem jako „gospodarka fuchy” lub „chałtury” i opisujący model biznesowy firm takich jak Uber - oparty o sieć indywidualnych i pracujących na akord podwykonawców, których z firmą matką łączy tak niewiele, jak to tylko możliwe). Najchętniej po prostu kopiują uberowe modus operandi. Czyli obiecują dostarczyć jedzenie jeszcze taniej i jeszcze szybciej. Akurat wspomniany Bolt to estoński start-up z chińskim kapitałem (pierwotnie nazywał się Taxify), który w ostatnich miesiącach zwietrzył swoją szansę i w samym środku pandemii koronawirusa zaczął ostro rozpychać się w Polsce. I tak kurierom z plecakiem UberEats, którzy w międzyczasie stali się już stałą częścią pejzażu zatłoczonych śródmiejskich ulic czy wagonów komunikacji miejskiej, doszedł konkurent.

Czy konkurencja jest dobra? Zależy dla kogo. Zamawiającym faktycznie poszerzyła się oferta. A w modelu gig economy może sprawdzić się kolejna grupa młodych mężczyzn szukających dorywczego zajęcia. Ale są i słabe strony tej ekspansji. Ekonomiści przynajmniej od stu lat - za Anglikiem Cecilem Pigou - nazywają je kosztami zewnętrznymi. Koszt zewnętrzny to część rachunku ekonomicznego, wystawiona jakby poza firmowy rachunek kosztów. Kiedyś firmy wylewały ścieki do rzek czy wycinały lasy, nie licząc się przesadnie z tym, że pociąga to za sobą uszczuplenie albo dewastację zasobów naturalnych. Dziś muszą - przynajmniej teoretycznie - brać takie kwestie pod uwagę. W nowych modelach biznesowych pojawiły się jednak nowe sposoby bezkosztowego żerowania przez prywatne podmioty na dobrach wspólnych. Tym razem na bezpieczeństwie komunikacyjnym.


Czytaj także: Rafał Woś: Niech się Uber podzieli


Za pioniera uchodzi tu (podobnie jak na wielu innych polach) Amazon. Firma najbogatszego człowieka na ziemi Jeffa Bezosa słynie ze stałego śrubowania norm dla swoich pracowników. Robi to oczywiście „dla dobra klienta”. Zamówienia powinny być przecież dostarczone „jeszcze szybciej”. Jaka jest druga strona tego szaleńczego pędu, pokazało zeszłoroczne śledztwo amerykańskiej organizacji Pro Publica oraz portalu Buzz Feed. Jego autorzy opisali szereg drogowych tragedii wywołanych takim pośpiechem. Niektóre z nich zakończyły się śmiercią albo samego kierowcy, albo jego Bogu ducha winnej ofiary.

Ale to nie koniec. W raporcie można przeczytać, że ilekroć gdzieś w USA dochodzi do tragicznego wypadku drogowego z winy przeciążonego tempem zamówień kuriera, to Amazon bez trudu odcina się od sprawy, wskazując, że kierowcy pracują przecież dla firmy zewnętrznej. Gigant zrywa wówczas najczęściej współpracę z takim podwykonawcą. I kopiuje swój schemat w innym miejscu. W kwestii nadmiernie wyśrubowanych norm i tempa realizacji zamówień nie zmienia się jednak wiele.

Kurierzy dowożący jedzenie działają w ramach bardzo podobnego modelu. Można nawet powiedzieć, że tempo jest jeszcze szybsze, bo przecież „jedzenie stygnie”. A sami kurierzy to nawet nie pracownicy firmy zewnętrznej, tylko najczęściej indywidualne podmioty. W wielu przypadkach migranci, z definicji dużo bardziej zdani na łaskę i niełaskę drugiej strony kontraktu. Dopóki nic się nie dzieje, model jakoś się kręci. Gdy dochodzi do tragedii, zaczyna się przesuwanie winy.

Kierowcy i kurierzy pracujący zazwyczaj na ekstremalnie prekaryjnych porozumieniach już na wstępie stoją tu na straconej pozycji. To smutna, ale prawdziwa strona tego, by ktoś gdzieś mógł być obsłużony jeszcze szybciej i jeszcze wygodniej. Czy to na pewno zdrowy i zrównoważony kierunek naszego rozwoju społecznego?

Polecamy: Woś się jeży - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "TP"

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

...i byłby z niego z pewnością idealny pracodawca - czy to w małej firmie, czy najlepiej jako szef wielkiego koncernu - niestety nie jest i raczej nie będzie, bo red. Woś, co tu dużo mówić, w tym temacie jest mocny tylko w gębie [a niech będzie, że w klawiaturze]

@nowy. Pierdzielenie znam branże gdzie firmy i płacą i rejestrują i dobrze im się wiedzie. Tylko tam pracy raczej nie poszukują bo i ekipa stała i wykwalifikowana. Praca na miarę małego złota w dzisiejszych czasach. Tacy ludzie jak Rafał Woś są właśnie potrzebni aby przypominać innym że ludzie to ludzie a nie maszyny.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]