Reklama

Nie rusz moich kół. Wiktoria biegnie po zwycięstwo

Nie rusz moich kół. Wiktoria biegnie po zwycięstwo

25.04.2022
Czyta się kilka minut
Putin nie zniszczył mi marzeń i nie zmienił życia. No dobra – trochę zmienił. Ale ja mu za to wyrzuciłam rosyjskie zawody z kalendarza sportowego.
Wiktoria Gudyma na trasie Buka Trial, Bukowel, październik 2021 r. / ARSEN PETROV
N

Najbardziej tęsknię za magnoliami. Teraz jest ich czas – mówi Wiktoria, przeglądając na ekranie smartfona zdjęcia kwitnących krzewów. Do wojny mieszkała w Kijowie, blisko starego ogrodu botanicznego pełniącego dziś funkcję miejskiego parku. Jest tam zakątek magnolii wszystkich gatunków świata: białych, różowych, czerwonych, nawet żółtych. Kwitną wcześnie, zanim rozwiną liście.

Mówię, że dla Włochów magnolia to symbol siły przetrwania. Nie wiedziała, ale nie jest zdziwiona. Rozmawiamy po włosku. Nauczyła się go w kijowskim Instytucie Kultury. Mówi płynnie, choć czasem brakuje jej słów. Proszę wtedy, by przeszła na ukraiński. By mówiła bardziej z serca niż z głowy.

Zwycięstwo

Pierwszy raz zobaczyłem ją 27 marca na rzymskim maratonie. Biegła z ukraińską flagą. Dla dziennikarzy była łakomym kąskiem – udzieliła wywiadów chyba wszystkim kanałom telewizyjnym. Opowiadała o wojnie i o tym, jak z dziesięcioletnim synem Lwem uciekała z Kijowa do Warszawy. Mówiła, że biegnie po zwycięstwo – nie swoje, ale Ukrainy. I jeszcze te symboliczne imiona. W mediach społecznościowych pojawiły się komentarze, że na pewno nie jest uchodźczynią, tylko od lat mieszka we Włoszech. Że została opłacona i że jest ukraińską nacjonalistką.

– Widziałeś? – pyta, gdy dwa tygodnie później spotykamy się w Polsce. Pokazuje mi profil jednej z autorek komentarzy. Dziewczyna namawia Rosjan mieszkających we Włoszech, by malowali literę „Z” na samochodach tych, którzy trzymają z Ukraińcami.

– Zrobiłam screena i rozesłałam do mediów. Takich rzeczy nie daruję.

Nie darowała też organizatorom triathlonu Wild Siberia XTreme w Krasnych Worotach, w górach Ałtaju, gdzie miała startować. Skomentowała na ich stronie rosyjską napaść na Ukrainę. Usunęli wpis i zablokowali komentarze. Napisała więc do organizatorów ligi Xtreme World Tour, by cofnęli rosyjskim zawodom akredytację. No i zostały usunięte z kalendarza.

– Tak, jestem zawzięta – przyznaje. Ale pokazuje zdjęcia znajomych, którzy zginęli na wojnie, i fotografie zniszczonych miejsc, które dobrze znała. Opowiada o ludziach, którzy stracili bliskich i nie mają dokąd wracać. Ona miała szczęście – raz, że ocalała, dwa, że nie musiała z synem spać na dworcu. Ani martwić się o pracę. Jej firma, Playtika, izraelski producent gier komputerowych, ma w Polsce oddziały. Wynajęła hotele w Warszawie i Gdańsku dla pracowników z Kijowa oraz ich rodzin.

– Jestem im bardzo wdzięczna. Nie dość, że od razu miałam gdzie mieszkać i za co żyć, to jeszcze opłacili mi bilet lotniczy do Bostonu.

Bo Wiktoria zapisała się jeszcze przed wojną na bostoński maraton – jeden z największych w świecie, marzenie wszystkich biegaczy (odbył się w wielkanocny poniedziałek, ukończyła go z wynikiem 3 godz. 27 minut ”).

– Żaden Putin nie zniszczy moich marzeń i nie zmieni mojego życia – mówiła mi na kilka dni przed wylotem – No dobra. Trochę zmienił. Ale ja mu za to wyrzuciłam rosyjskie zawody z kalendarza ligi.

Ucieczka

W tamtą środę, 23 lutego, była wieczorem w teatrze. Do domu wróciła późno. Rano obudził ją telefon od mamy, która mieszka w Moskwie. Pytała, czy to prawda, że jest wojna. Potem były pierwsze alarmy i ucieczki do metra. Drugiego dnia spakowała rzeczy dla siebie i syna, trochę jedzenia i kilka książek. („To, co akurat leżało na wierzchu: »Viaggio in Italia« Goethego, album z malarstwem Anatolija Krywołapa, coś z psychologii behawioralnej i zbiór reportaży Oleksandra Micheda »Zmieszam twoją krew z węglem« – o Doniecku i Ługańsku”).

Pojechali jej samochodem, we czwórkę – zabrali Daszę, przyjaciółkę, i jej chłopaka, Oleksieja. Najpierw do Winnicy – niecałe 300 km w 8 godzin. Na drugi dzień do Lwowa, bocznymi drogami, by uniknąć korków i bombardowań – 12 godzin. Tam dołączył do nich Wład, kolega-biegacz, który powiedział, że do polskiej granicy jest kolejka na kilkadziesiąt godzin stania. Postanowili przeczekać w górach, na Zakarpaciu. Wynajęli domek w Bedewli, tuż przy granicy z Rumunią. („Trzeba było naprawić dach, kupić materac, posprzątać, wypędzić myszy. Ale ludzie byli bardzo życzliwi, przynosili nam jedzenie i mleko”). Po trzech dniach Olek i Wład dostali wezwanie do wojska. Zgłosili się do najbliższej jednostki. A Wiktoria, Lesia i Lew pojechali, przez Węgry i Słowację, do Polski.

– Do Warszawy przyjechaliśmy po północy. Całą drogę pilotował mnie przez telefon nasz dyrektor regionalny na Europę. Przyleciał specjalnie z Tel Awiwu, by zająć się uchodźcami. Czekał w hotelu, z trzema torbami jedzenia.

Warszawy nie znała, choć w Polsce była kilka razy. Miasto ją urzekło.

– Gdy usłyszałam, że było w 80 proc. zniszczone, że powstało z gruzów, poczułam, jak bardzo jest mi bliskie. Byłam w Muzeum Powstania Warszawskiego i pod Pomnikiem Bohaterów Getta. Wiem, że Kraków ma dłuższą i piękniejszą historię, że są tam cenniejsze zabytki, a tu zostały zrekonstruowane. Ale czuję siłę tego miasta. Siłę Polski.

Pierwsze koło

Pytam, skąd ona bierze siłę.

– To zależy od sytuacji. Ale zawsze ją gdzieś znajduję. Czasem w kontakcie ze sztuką. Stąd teatr, malarstwo, literatura. Czasem biorę ją z przyrody, obcowania z naturą. I z biegania.

Po chwili milczenia dodaje po ukraińsku: – Ale też z dzieciństwa. Było trudne.

Urodziła się w Winnicy w 1991 r. O sytuacji rodzinnej nie chce opowiadać. Tylko tyle, że ojciec odszedł, gdy miała trzy lata, a mama 10 lat później drugi raz wyszła za mąż i wyjechała do Moskwy.

– Zostałam z babcią Lydią. To była mądra i silna kobieta. Nauczycielka, dyrektorka szkoły, którą sama wybudowała. Wszystko jej zawdzięczam. Często powtarzam sobie jej słowa: „Jak jesteś szczęśliwa – śpiewaj. Jak ci jest ciężko – też śpiewaj”. Ona mnie namówiła, bym poszła do policji.

Gdy Wiktoria skończyła studia – ekonomię na winnickim uniwersytecie – i rozglądała się za pracą, babcia Lydia uznała, że nowa Ukraina (było tuż po Euromajdanie) potrzebuje nowych, młodych ludzi, którzy zadbają o sprawiedliwość.

– Przeszłam testy sprawnościowe i tak zostałam policjantką. Patrolowałam ulice. Zapisałam się też na prawo w akademii MSW. Doszłam do stopnia lejtnanta, ale ciężko było godzić pracę, zwłaszcza zmiany nocne, z opieką nad dzieckiem. Poprosiłam o przeniesienie na inne stanowisko, najlepiej biurowe, lepsze dla młodej matki. Obiecali, ale potem przyjęli na to miejsce jakiegoś mężczyznę. Odeszłam.

 

Decyzja nie była łatwa, bo nie chodziło tylko o zmianę pracy. To był również zwrot w życiu prywatnym: rozstała się z mężem, wyjechała z synkiem z Winnicy, zaczęła wszystko od nowa.

– W takiej sytuacji jest wiele kobiet – mówi krótko. – Rozdział zamknięty, nie ma co do niego wracać.

W Kijowie wynajęła mieszkanie i znalazła dobrą pracę. Lewka zapisała do niemieckiej szkoły („dowiedziałam się, że po jej ukończeniu będzie mógł studiować w Niemczech”), na lekcje gitary, angielskiego i tańca. Sama też szlifowała języki, chodziła do teatru („najczęściej do Złotych Wrót i Na Peczerską – małe, studenckie sceny”), na spotkania literackie. Zajęła się też fotografią i sportem: pływała, jeździła na nartach i na rowerze.

– Startowałam w zawodach kolarskich, założyliśmy z przyjaciółmi własną amatorską drużynę. Na treningach robiłam czasem po 100 km wokół Kijowa: Borodzianka, Irpień, Gostomel, Bucza… Znam je dobrze. To były modne przedmieścia, dużo nowych domów. Młodzi kupowali tam działki. Blisko miasta, dobry dojazd, czyste powietrze.

W 2017 r. trafiła na reklamę triathlonu w Bukowelu, popularnym ośrodku sportów górskich. Dystans olimpijski, zwany sprintem: 750 m pływania, 20 km rowerem, 5 km biegiem. Uznała, że da radę. Rok później była już mistrzynią Ukrainy. Zadebiutowała też w zawodach IronMan (3,5 km wpław, 180 km rowerem, 42 km biegiem) w Tallinie – zajęła 5. miejsce. A pierwszy maraton, w Koszycach, w 2018 r., ukończyła na 15. miejscu wśród kobiet, zdobywając kwalifikację do Chicago. Tam uzyskała najlepszy jak dotąd wynik: 3 godz. 13 minut.

Polubiła życie w biegu, bo pozwala łączyć przyjemne z pożytecznym: zwiedza świat, poznaje ludzi, zawiera przyjaźnie. Choć jest też druga strona medalu: codzienne treningi – setki godzin na rowerze, pływalni, trasach biegowych – i kontuzje, w tym ta najpoważniejsza, w ubiegłym roku: przeciążeniowe złamanie kości. Nie odpuściła: kilka miesięcy po wyleczeniu zajęła pierwsze miejsce w triathlonach-sprintach w Czernomorsku i Wyszogrodzie oraz, na pełnym dystansie, w Suchołuczy.

Łańcuch solidarności

Tydzień po ucieczce z Kijowa dostała maila od organizatorów maratonu w Rzymie, na który zapisała się jeszcze jesienią. Pytali, czy przyjedzie.

Mówi Cesare Monetti z biura prasowego biegu: – Na liście startowej było 30 zawodników z Ukrainy. Do każdego wysłaliśmy pytanie, czy przyjedzie. Część zrezygnowała, inni nie odpowiedzieli. Rodzina jednego zawodnika odpisała, że zginął na wojnie. Udział potwierdziło 12 osób, wśród nich Wiktoria. Opisała w mailu swoją historię: ucieczkę z Ukrainy, pobyt w Warszawie. Od razu uruchomiliśmy łańcuch solidarności: firma Joma, nasz sponsor, podarowała jej buty i strój sportowy, bo przecież, uciekając przed wojną, o takich rzeczach się nie pamięta. A drużyna z Watykanu postanowiła wziąć Wiktorię i jej syna pod swoją opiekę.


Wiktoria Gudyma z synem Lwem, Rzym, marzec 2022 r. / ATLETHICA VATICANA

Watykańska drużyna lekkoatletyczna – Atletica Vaticana – została założona w 2019 r. przez miłośników biegania: księży, biskupów, siostry zakonne, gwardzistów szwajcarskich i pracowników świeckich. Są amatorami, ale wyników nie muszą się wstydzić. Ks. Vincenzo Puccio (dziś reprezentuje już lokalną drużynę z Sycylii) zdobywał dla niej trofea w maratonach z czasem 2 godz. 35 minut; Sara Carnicelli biega 10 km poniżej 35 minut. W ubiegłym roku Watykańczycy zadebiutowali na lekkoatletycznych Mistrzostwach Europy Małych Państw.

– Gdy dowiedzieliśmy się o Wiktorii, od razu zaproponowaliśmy jej dołączenie do naszego zespołu – opowiada Giampaolo Mattei, na co dzień dziennikarz „­L’Osservatore Romano”. – Zorganizowaliśmy dla niej i jej syna nocleg z wyżywieniem w jednym z domów zakonnych, zwiedzanie Rzymu i Watykanu. Byli też na przedmaratońskiej kolacji, gdzie poznali resztę zespołu, a podczas mszy dla biegaczy Wiktoria czytała modlitwę wiernych – wezwanie o pokój w Ukrainie i na świecie. Po maratonie wziąłem ich na audiencję do papieża.

– Wciąż trudno mi w to uwierzyć – wspomina Wiktoria. – Wszystko działo się bardzo szybko. I jeszcze ta wizyta w Watykanie. Gdy papież do nas podszedł, byłam tak przejęta, że nie pamiętam nawet, co mówił. Pobłogosławił Lewka, podał mi rękę. Powiedziałam po włosku: „Proszę, módl się za Ukrainę i za nasze dzieci”.

Została ochrzczona w cerkwi prawosławnej, ale nie praktykuje, jak większość młodych w Ukrainie.

– Czasami się modlę. Proszę Boga o pomoc. Ale wiem, że niczego za mnie nie zrobi. Do nas należy pierwszy krok. Bo chyba nie chodzi o to, by akceptować wszystko, co przynosi los, mówiąc: taka wola Boża. We mnie często nie ma zgody na to, co się dzieje. Jeśli tylko mogę, próbuję zmieniać rzeczywistość.

O tym, że Franciszek jest krytykowany za postawę wobec Rosji, wtedy jeszcze nie słyszała. Nie interesowała się Kościołem i Watykanem.

– Gdybym wiedziała, może bym go o to zapytała. Albo o drogę krzyżową. Napisał do mnie kolega, który jest w wojsku: „Wiko, czy to ty będziesz szła z Rosjanką z krzyżem? Bo widziałem twoje zdjęcia z papieżem”. Zrobiło mi się przykro. Jaki wspólny krzyż? Wiesz, ile ukraińskich kobiet zostało zgwałconych przez rosyjskich żołnierzy? Ile straciło najbliższych – synów, mężów, braci, rodziców? Ile dzieci zginęło albo zostało kalekami? Czy ktokolwiek ma prawo mówić w ich imieniu o pojednaniu i przebaczeniu?

Komentuje też pomysł organizatorów maratonu we Florencji, którzy zapraszali ją do udziału. Chcieli, by zawodnicy z Ukrainy i Rosji startowali razem, trzymając się za ręce. – Prędzej bym się z nimi pobiła, niż podała rękę – mówi.

Drugie koło

– Może myślisz, że jestem nacjonalistką? Nie. Jestem Ukrainką – to moja narodowość, kultura, język, sztuka, tradycja, z których jestem dumna. Ale przecież w Ukrainie od wieków żyją też inne narody: Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, Tatarzy, Polacy, Żydzi, Mołdawianie, Bułgarzy, Węgrzy, Rumuni, Grecy, Ormianie, Szwedzi, Romowie… Ponad 100 różnych narodowości. Nie mam z tym żadnego problemu. Wręcz przeciwnie – to bogactwo mojego kraju. Szanuję ich tradycje i kulturę. Ukraina to też ich ojczyzna. Jeśli o nią dbają, mają poczucie przynależności do wspólnoty, są ukraińskimi patriotami.

Podkreśla, że język to sprawa kluczowa. Ukraina przetrwała, bo zachowała swoją mowę – dzięki elitom kulturalnym i intelektualnym, ale też prostym ludziom, zwłaszcza na wsi. Teraz, w czasie wojny, wszyscy zaczynają to rozumieć.

– W moim domu mówiło się tylko po ukraińsku. Natomiast w szkole syna niemal wszyscy, dzieci i nauczyciele, rozmawiali po rosyjsku. Tylko jedna nauczycielka mówiła, że nie rozumie, zmuszając innych do używania ukraińskiego. Ja to samo mówiłam Lewkowi: „nie ty masz się dostosowywać do nich, tylko oni do ciebie”. Ukraińcy powinni mówić po ukraińsku. Kto nie umie, niech się nauczy. Czy to nacjonalizm?

Wie, że nacjonalizm łatwo przeradza się w szowinizm, a nawet w nazizm. Holokaust i Hołodomor są tego przykładem. Dzisiejsza wojna też.

– Drugi mąż mojej mamy, Rosjanin, powiedział do niej ostatnio: „Ty banderówko!”. Po tylu latach wspólnego życia! – opowiada. – On wierzy w to, co mówi rosyjska propaganda. Według niej każdy Ukrainiec, który chce niezależnego i demo­kratycznego państwa, to nacjonalista. Mają wyprane mózgi. Nawet mama pytała mnie niedawno, przez telefon, czy z tą Buczą to prawda. Czy Rosjanie to zrobili. Mówię: „Tak, mamo, prawda”. Wysyłam jej zdjęcia, opowiadam o ludziach, których znała, a których już nie ma. Rosja zawsze wynosiła swój naród ponad inne. Więc kto tu jest nacjonalistą?

Kazała mamie wyjechać z Moskwy. Boi się, że wkrótce zacznie się nagonka na Ukraińców żyjących w Rosji. A ona ma ukraiński paszport, w każdej chwili mogą ją zatrzymać na ulicy, sprawdzić dokumenty.

– Powiedziałam: zabieraj małą i uciekajcie. Jej córka ma 13 lat, nie chciała wyjeżdżać, płakała za koleżankami. Ale znalazłam im mieszkanie na Łotwie, u przyjaciół. Są bezpieczne.

Pytam, o jakiej Ukrainie marzy.

– Mam tyle samo lat, co wolna Ukraina. Innej nie znam i sobie nie wyobrażam. Moja Ukraina to Kijów, Winnica, Krym, Donieck i Użhorod. Chcę, by była państwem nowoczesnym i demokratycznym, otwartym na Europę. Żeby mój syn żył w bezpiecznym kraju, nie musiał brać do ręki broni, mógł studiować na Zachodzie i podróżować po świecie. Czy to zbyt dużo?

▪ ▪ ▪

Kilka dni po naszym spotkaniu Wiktoria przysyła mi mailem wiersz Oksany Zabużko „Nowe prawo Archimedesa”. Pisze: „Wiesz, co powiedział Archimedes do legionisty, kiedy rzymskie wojsko zajęło Syrakuzy? – Nie rusz moich kół! Dla niego koło nie było tylko geometryczną figurą ani formą zapisu myśli. Było symbolem tożsamości i suwerenności. To też mój wiersz. Ja, tak samo jak Archimedes i Zabużko, mówię: Nie rusz moich kół. Mówię to mężczyznom, czasowi i Putinowi. ©℗

Galeria zdjęć

https://www.tygodnikpowszechny.pl/atak-na-ukraine

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz i fotoedytor „Tygodnika Powszechnego”. Absolwent teatrologii UJ, studiował też historię i kulturę Włoch w ramach stypendium przyznanego przez konsorcjum ICoN zrzeszające kilka...
Ukazał się pierwotnie pod tytułem: „Nie rusz moich kół”.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]