Przygotowanie do sakramentu małżeństwa... Kursy, wykłady, uczęszczanie obowiązkowe dla młodych. A młodzi nie zawsze mają czas, nie mają głowy, więc szukają zastępstwa: siostra, brat, przyjaciel. Ci zastępcy oczywiście podszywają się pod oblubieńca lub oblubienicę, byle zaliczyć. Tak bywa, nie znaczy, że tak jest zawsze czy nawet często.
Są też zresztą znakomite kursy przedmałżeńskie, znakomite spotkania, rozmowy. I są ludzie, którzy te wykłady traktują poważnie. Nawet z kiepskiego kursu można coś cennego wynieść. Prawie zawsze. Chciałoby się napisać, że te spotkania są ważne. Niestety, każdą zrutynizowaną praktykę można pozbawić sensu. Jest obowiązek i przepis, jest więc i rutyna. Czy być musi? Od czego to zależy, od kogo? Nie warto się nad tym rozwodzić, bo ci, którzy te spotkania prowadzą ciekawie, i tak będą nadal je prowadzić, a tym, którym to nie idzie, nadal nie będzie szło i żadne skrypty, książki, poradniki na nic się nie zdadzą.
Jak zapewnić wszystkim dostęp do (przecież potrzebnych i użytecznych) kursów dobrych i na właściwym poziomie? Przed ślubem warto pogadać o życiu i o tym, czym jest właściwie sakrament małżeństwa. Jedno jest pewne: kursy przedmałżeńskie nie rozwiązują tych kwestii. I nie mówię o tych, którzy do sakramentu małżeństwa przystępują beztrosko, bez gotowości wytrwania w związku „aż śmierć was nie rozłączy”. Sądzę, że po prostu nie ma takich sposobów, takich kursów, takich pouczeń, które by w ciągu kilku tygodni przygotowały człowieka do wspólnego życia na dobre i na złe, na pokonywanie kryzysów i dramatów. Po prostu takich kursów nie ma i być nie może. To jest sprawa całej formacji człowieka, dwojga ludzi. Kościół, organizatorzy jego funkcjonowania, wynajdują różne sposoby, żeby pomóc. Sposoby kiepskie lub udane, ale tylko pomocnicze. Cała formacja człowieka... w tym wypadku – dwojga ludzi? Trzeba się starać o możliwie dobre kursy, zapraszać, czy wręcz wymagać obecności na nich, i pogodzić się z tym, że przy rozmaitym podejściu do sakramentu małżeństwa również stosunek do tych kursów będzie rozmaity.
Mowa o małżeństwach, wybaczcie, że dodam: wcale niekoniecznie kościelnych. Jest coś dramatycznego w rozpadaniu się związków, które w zamiarze miały być (tak to wyglądało) trwałe. Nie zwracam się do tych, którzy się potem rozeszli, bo nie znam ich osobnych, niepowtarzalnych przecież losów, więc i nie osądzam. Wiem jednak, że gdzieś tam została zadana dramatyczna rana. I boleję, jeśli tę ranę można było uleczyć. A zwykle jeśli było można, to wcześniej, nim ich pokonała. Potem było już za późno.
Czy przedmałżeńskie kursy mogą tu w czymś pomóc? Kiedy przychodzą smutne doświadczenia i kryzysy, nie ma już żadnych kursów ani nauk. Ani nawet pamięci o tych, które były. Wtedy potrzebne jest coś bardziej osobistego. Według mego doświadczenia formację do trwania w związku otrzymuje się w rodzinie, od rodziców, którzy właściwie nie muszą o tym mówić. Po prostu są tacy, jacy są. Nawet jeśli jedna tylko część związku (on czy ona) wzrastało w takiej szkole, szansa przebrnięcia przez trudności jest niewspółmiernie większa niż wtedy, kiedy żadne z nich nie ma w tyle głowy przykładu, który może inspirować. Ale wiem, że i wtedy można trudności pokonać, nawet bez inspirujących przykładów, taka jest siła miłości. Do jej dojrzałej formy sprowadza się przecież cała ta historia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















