Nie ma takich kursów, które by przygotowały do wspólnego życia

Kiedy przychodzi kryzys, nie ma już żadnych kursów ani nauk. Wtedy potrzebne jest coś bardziej osobistego.
Czyta się kilka minut
Ks. Adam Boniecki // Fot. Grażyna Makara
Ks. Adam Boniecki // Fot. Grażyna Makara

Przygotowanie do sakramentu małżeństwa... Kursy, wykłady, uczęszczanie obowiązkowe dla młodych. A młodzi nie zawsze mają czas, nie mają głowy, więc szukają zastępstwa: siostra, brat, przyjaciel. Ci zastępcy oczywiście podszywają się pod oblubieńca lub oblubienicę, byle zaliczyć. Tak bywa, nie znaczy, że tak jest zawsze czy nawet często. 

Są też zresztą znakomite kursy przedmałżeńskie, znakomite spotkania, rozmowy. I są ludzie, którzy te wykłady traktują poważnie. Nawet z kiepskiego kursu można coś cennego wynieść. Prawie zawsze. Chciałoby się napisać, że te spotkania są ważne. Niestety, każdą zrutynizowaną praktykę można pozbawić sensu. Jest obowiązek i przepis, jest więc i rutyna. Czy być musi? Od czego to zależy, od kogo? Nie warto się nad tym rozwodzić, bo ci, którzy te spotkania prowadzą ciekawie, i tak będą nadal je prowadzić, a tym, którym to nie idzie, nadal nie będzie szło i żadne skrypty, książki, poradniki na nic się nie zdadzą.

Jak zapewnić wszystkim dostęp do (przecież potrzebnych i użytecznych) kursów dobrych i na właściwym poziomie? Przed ślubem warto pogadać o życiu i o tym, czym jest właściwie sakrament małżeństwa. Jedno jest pewne: kursy przedmałżeńskie nie rozwiązują tych kwestii. I nie mówię o tych, którzy do sakramentu małżeństwa przystępują beztrosko, bez gotowości wytrwania w związku „aż śmierć was nie rozłączy”. Sądzę, że po prostu nie ma takich sposobów, takich kursów, takich pouczeń, które by w ciągu kilku tygodni przygotowały człowieka do wspólnego życia na dobre i na złe, na pokonywanie kryzysów i dramatów. Po prostu takich kursów nie ma i być nie może. To jest sprawa całej formacji człowieka, dwojga ludzi. Kościół, organizatorzy jego funkcjonowania, wynajdują różne sposoby, żeby pomóc. Sposoby kiepskie lub udane, ale tylko pomocnicze. Cała formacja człowieka... w tym wypadku – dwojga ludzi? Trzeba się starać o możliwie dobre kursy, zapraszać, czy wręcz wymagać obecności na nich, i pogodzić się z tym, że przy rozmaitym podejściu do sakramentu małżeństwa również stosunek  do tych kursów będzie rozmaity. 

Mowa o małżeństwach, wybaczcie, że dodam: wcale niekoniecznie kościelnych. Jest coś dramatycznego w rozpadaniu się związków, które w zamiarze miały być (tak to wyglądało) trwałe. Nie zwracam się do tych, którzy się potem rozeszli, bo nie znam ich osobnych, niepowtarzalnych przecież losów, więc i nie osądzam. Wiem jednak, że gdzieś tam została zadana dramatyczna rana. I boleję, jeśli tę ranę można było uleczyć. A zwykle jeśli było można, to wcześniej, nim ich pokonała. Potem było już za późno.

Czy przedmałżeńskie kursy mogą tu w czymś pomóc? Kiedy przychodzą smutne doświadczenia i kryzysy, nie ma już żadnych kursów ani nauk. Ani nawet pamięci o tych, które były. Wtedy potrzebne jest coś bardziej osobistego. Według mego doświadczenia formację do trwania w związku otrzymuje się w rodzinie, od rodziców, którzy właściwie nie muszą o tym mówić. Po prostu są tacy, jacy są. Nawet jeśli jedna tylko część związku (on czy ona) wzrastało w takiej szkole, szansa przebrnięcia przez trudności jest niewspółmiernie większa niż wtedy, kiedy żadne z nich nie ma w tyle głowy przykładu, który może inspirować. Ale wiem, że i wtedy można trudności pokonać, nawet bez inspirujących przykładów, taka jest siła miłości. Do jej dojrzałej formy sprowadza się przecież cała ta historia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Aż do śmierci