Reklama

Nie cieszę się, że odchodzą

Nie cieszę się, że odchodzą

27.01.2020
Czyta się kilka minut
Chciałbym móc powiedzieć – jak księża w zamieszczonym w tym numerze artykule Marcina Chodunia – że „bardzo się cieszę, iż osoby odchodzące z Kościoła katolickiego nie trafiają w próżnię, tylko w dobre ręce” (tj. do Kościoła ewangelickiego).
Z

Zgoda: lepiej, że tam, niż gdyby miały trafiać w pustkę. Owo „tam” ładnie opisał ks. Roman Pracki, proboszcz luterańskiej parafii w Krakowie: konwersja to nie zmiana domu, a tylko zmiana pokoju na taki, „w którym się czują bardziej u siebie”.

Ale z tego, że odchodzą, „bardzo się cieszyć” nie umiem. Choć nie jest to eksodus masowy, to wzrastająca z roku na rok liczba osób odchodzących z Kościoła katolickiego do innych Kościołów chrześcijańskich mnie niepokoi.

Czemu w Kościele katolickim nie czują się u siebie? Chociaż odpowiedzi cytowane w artykule Marcina Chodunia to zaledwie przykłady, bo kompleksowych badań nie ma, to jednak można podejrzewać, że odchodzą, bo w Kościele katolickim nie znajdują klimatu przyjaznego przeżywaniu wiary.

Oczekują, że takim miejscem będzie wspólnota wierzących. Wielkomiejska parafia, z ...

3762

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Jeśli taka jest diagnoza Księdza i jego kolegów po fachu, co do odchodzenia z naszego Kościoła, to powiem krótko i dosadnie - jesteśmy w d…e i to głęboko. To nie przechodzenie do innych kościołów jest powodem pustoszejącego naszego przybytku, raczej obojętność na te sprawy młodych, oni trafiają może nie w pustkę, ale w religiowstrent powodowany głównie krótkowzrocznością etatowych ludzi kościoła. Nie są wrogami Kościoła, szanują przekonania rodziców dziadków, zanoszą dzieci do chrztu itp, ale za tym stoją puste deklaracje. Ze swą obojętnością się nie kryją, bo i od starszego pokolenia rodziny nie są uzależnieni, głównie materialnie. Taki stan nie jest spowodowany ostatnimi skandalami, to efekt długotrwale źle prowadzonej ewangelizacji, nieżyciowym trwaniu na hamowaniu postępu, zmiany. Niech przykładem będzie antykoncepcja, czy in vitro. Która dzisiejsza młoda kobieta, postawiona przed wyborem dziecko czy Kościół wybierze to drugie? Takich kiepsko trafionych posunięć jest mnóstwo, z religią w szkole na czele. Dopiero na kolejnym planie jest ceremoniał, przepych i patologie. Proszę też nie sugerować, że za pańskiej młodości było lepiej, bo to zwyczajnie nieprawda. Mamy w sobie taki mechanizm, zapominanie tego co nam w życiu dało w kość i kreowania swej przeszłości na naszych pragnieniach, a nawet marzeniach. Potem te wyobrażenia sobie utrwalamy i tak fałszywy obraz sobie utrwalamy jako prawdziwy. Ten mechanizm jest nawet dobrze udokumentowany naukowo. Nie, Kościół nigdy nie był przyjazny, prosty, przepełniony miłością i pomocny. Zawsze eksploatował do upadłego najbiedniejszych, budując własną potęgę. Z upodobaniem stosował szantaż emocjonalny i to na każdym etapie życia wiernych. Zostanie księdzem było jedyną drogą awansu społecznego nieograniczonego stanem i pozycją społeczną. Dawało i jeszcze daje ogromną wymierną władzę. Prestiż jakoś podupadł, co odbija się na powołaniach. Nie wątpię, że ksiądz na swej drodze spotkał ludzi wielkich i życzliwych, ja dorastałem na wsi, na lekcjach religii, wtenczas prowadzonych w salkach katechetycznych, panowała niezwykła jak na nasz temperament dyscyplina. Proboszcz chadzał między ławkami, z taką listewką ostro zakończoną, odpytywał zazwyczaj tych mniej rozgarniętych, a gdy padała zła odpowiedź lał na odlew. Nikt nawet nie mruknął, na kolędzie jedno złe słowo i dostawało się kolejne manto. Tak proszę Księdza utrwalano prawdy wiary, może nie wszędzie, ale wyjątki potwierdzają reguły. Tymczasem świat się zmienił, a starsi panowie, którzy decydują o tym co i jak w Kościele, nadal żyją w przekonaniu, że tamte metody były dobre jakaż szkoda, że nie da się do nich wrócić.

Z jednej strony katolicyzm zawiera w sobie ideologie (co nie znaczy, że redukuję go tylko do niej) radykalną, antynaturalizm, w przeciwieństwie do humanizmu (przynajmniej historycznie) zawiera apoteozę cierpienia, pod groźbą wiecznej kary narzuca wszystkim ascetyczny tryb życia (wspomniana antykoncepcja to tylko wierzchołek góry lodowej, istotą jest zakaz każdorazowego oddzielania aktu od płodności małżeństwa i odwrotnie co skutkuje potępieniem in vitro nawet w przypadku hipotetycznych działań tylko na jednym embrionie). W każdym społeczeństwie znajdzie się pewien odsetek (uważam zbliżony do mniej więcej stałej liczebności ŚJ w nowoczesnych społeczeństwach) ludzi o takiej konstrukcji psychicznej gdzie odnajdują się w zasadzie podporządkowania i restrykcyjnych regulaminach. Z drugiej strony KK jest powszechny, masowy, rytuały przejścia spływają pokoleniami (chociaż ostatnio wyrwa w tej sztafecie), ma ogromny stan posiadania (osiągnięty choćby w/w metodami), którego nie chce tracić dlatego gra na wielu frontach kosztem olania ortodoksji, do czego się nie przyznaje: w niektórych statystykach pentekostalizm przegonił katolików, w odpowiedzi różne ruchy odnowy, wspólnoty charyzmatyczne, w odpowiedzi na podgryzających główny nurt tradycjonalistów balansujących na granicy schizmy przyciąga mężczyzn wspólnotami wojowników, rycerzy gdzie dominuje retoryka militarystyczna. Jedna narta najedzie na drugą jak skoczkowi narciarskiemu tuż przed upadkiem? " Która dzisiejsza młoda kobieta, postawiona przed wyborem dziecko czy Kościół wybierze to drugie?" A dlaczego tylko "młoda" i dlaczego tylko kobieta, a nie mężczyzna? Czy one w ogóle były praktykującymi katoliczkami (swoją drogą co to "niepraktykujący weganin") czy tylko kulturowo przesiąknęły pewną obrzędowością, powinny bez mrugnięcia okiem poświęcić satysfakcjonujące życie seksualne i więziotwórczy charakter namiętności w małżeństwie kosztem trwania w stanie łaski.

Co sprawiło, że ośmielam się komentować wstępniak tak szanowanego i cenionego przeze mnie Księdza? Może mam poczucie powinności zabrania głosu płynące z własnego doświadczenia? Czworo dorosłych dzieci, które dopóki były małe, zabieraliśmy na niedzielne msze. Dziś każde z nich trzyma się od kościoła na bezpieczną odległość. Nie dziwię się. Od początku chytry pomysł katechezy w szkole przywodził mi na myśl zachowanie pewnego bezdomnego, który w barze mlecznym podchodził do jedzącego zupę przy stoliku. „To moje” - oświadczał pan nie pierwszej świeżości, wkładając brudne palce do talerza. Czasami działało i zniesmaczony klient zostawiał niedojedzone danie. Amator cudzego jedzenia skończył pewnie w jakimś przytułku, lub zakładzie dla obłąkanych. Jaki będzie finał akcji „mamy prawo do religii w szkole”? Nietrudno sobie wyobrazić. Już ojciec Góra konstatował, że bierzmowanie to „oficjalne pożegnanie Kościoła w obecności biskupa”. Dziś słyszymy o nadużyciach w polskim Kościele. Informacje wykwitują w mediach, jak wągry na nosie nastolatka po sałatce z nieświeżym majonezem. Przykłady z innych krajów „katolickich”, choćby Irlandii i Hiszpanii, każą domniemywać, że czeka nas odkrycie „zepsutej żywności” na o wiele większą skalę. A może winna jest źle zaprojektowana linia produkcyjna? Zastanawiam się, czy u zarania błędu nie leży brak uważności w czytaniu instrukcji. Jezus nie powiedział „pozwólcie przyprowadzać dzieci do mnie”. Nie zachęcał też rodziców by tak czynili. Zwracał się do apostołów, kórzy „je” strofowali, ale z pewnością tak, by słyszały to same maluchy: „Pozwlócie im przychodzić”. Zapewne widział, że same chcą i otworzył ramiona. Być może inną, kardynalną „niedokładnością” w tłumaczeniu wytycznych z księgi „O dobrej nowinie” jest przekonanie, że Mistrz unosił się gniewem, oczywiście słusznym. Rzesze przedstawicieli Jego nauki od stuleci interpretują tak właśnie zachowania Nauczyciela, który rzekomo miał prawo, tak po ludzku, nie wytrzymać i wygarnąć, co na wątrobie leży. Takoż i powodowani boskim przykładem dowalamy od dłuższego czasu bliźniemu, będąc przekonani o naszej świętej racji – już to orężem, już to linijką opuszczaną na grzbiety wychowanków. Pomijając Izajasza, który miał na temat Zbawiciela swoje zdanie: „Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku(...)” - można by skupić się wyłacznie na scenie wypędzenia kupców ze świątyni. Uważne odczytanie instrukcji postępowania w podobnej sytuacji każe zwrócić uwagę na moment, gdy Jezus zaplata bicz ze sznurków. Nie sięga po jakieś ciężkie narzędzie, tylko plecie sznurki, którymi na łbach dorosłych facetów mógłby co najwyżej zepsuć kupieckie fryzury. Czemu plecie? Może żeby pokazać, że w razie pokusy gniewu lepiej policzyć do dziesięciu (splotów)? Czemu sznurki? A bo może lepiej rozładować sytuację i zrobić małe przedstawienie ośmieszające nie samych kupców, lecz rolę w jakiej się znaleźli, niż robić im faktycznie krzywdę? Coś mi się wydaje, że to nasza niedojrzała lektura Pisma przynosi zgniłe owoce. Przemoc w Kościele. Rodziców wobec dzieci, kapłanów wobec dzieci, wobec wiernych, którzy pod groźbą ostracyzmu muszą się podporządkować władzy ambony; przemoc hierarchów wobec kapłanów. Przemocą jest naruszanie nietykalności dziecka. Nietykalności nie tylko ciała, ale i delikatnego, kształtującego się sumienia. Przemocą jest zawłaszczanie wymiaru sprawiedliwości w Polsce w celu ochrony przed odpowiedzialnością całkiem licznej grupy księży za przestępstwa związane z pedofilią (Polecam książkę Radosława Grucy „Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje”). Dziękuję Księdzu Redaktorowi za przykłady duchownych, którzy mogą być stawiani za wzór właściwego naśladowania Mistrza. I ja znam takich. Być może będę pamiętał o nich, gdy przeczytam kolejne wzmianki w mediach o księdzu który... oraz o tym, że coraz więcej wiernych odchodzi z tego Domu. Mam nadzieję, że sam w nim ciągle jestem.

Tłem, na którym jaśnieje Kościół księży Zieji i Bozowskiego oraz biskupa Pietraszki jest bizantynizm. Ks. Adam Boniecki popłynął z głównym nurtem polskiej publicystyki, która sięga po Bizancjum („Pisancjum”) gdy trzeba kogoś zdyskredytować. Akurat w jego wypadku to dziwne, bo jego zakonny współbrat przez wiele lat był proboszczem w jedynej bizantyńsko-słowiańskiej (neounickiej) parafii w Kostomłotach nad Bugiem. Konia z rzędem temu, kto znajdzie tam coś, co potwierdzałoby stereotyp. Kilka miesięcy temu jeden z tygodników wydał dodatek poświęcony Bizancjum. W zamierzeniu miał pomóc w walce z krzywdzącym stereotypem. Jak wyszło? - http://bogdanpanczak.blogspot.com/2019/09/wasna-droga.html

Mam całkiem odmienne doświadczenie z dzieciństwa i młodości. Będąc dziś 78-letnim starym człowiekiem, pamiętam moje radosne doświadczenia w krakowskiej parafii św. Floriana. Jako ośmiolatek wstąpiłem tam do ministrantów, którym przewodził ks. Karol Wojtyła, "ksiądz doktor", jak go nazywaliśmy. Był moim wzorem osobowym tak dalece, że na bierzmowaniu przyjąłem imię Karol, na jego cześć. Inni księża opiekunowie ministrantów, których mam w sercu, to ks. Mieczysław Turek, ks. Jerzy Bryła (któremu oby Pan Bóg dał jak najdłuższe życie), ks. Sikora (imienia nie pamiętam), przedobry, ciężko chory człowiek. Bardzo dobrze wspominam proboszczów: przedwcześnie zmarłego ks. Tadeusza Kurowskiego, męczennika komunizmu, czy ks. Józefa Rozwadowskiego (późniejszego biskupa łódzkiego), który mnie - człowieka już na progu dorosłości - traktował jak przyjaciela. Znajomość z ks. Wojtyłą zaowocowała m.in. pobłogosławieniem przez niego ślubu mojego i Krystyny w katedrze wawelskiej 45 lat temu, 4 lata przed konklawe. Dobrą miał rękę, bo jesteśmy nader szczęśliwym małżeństwem. Ten idylliczny obrazek muszę jednak zakłócić. Podczas szeregu ostatnich lat oboje zaangażowaliśmy się w organizacji kościelnej, pełni entuzjazmu i dobrej woli. I tu zetknęliśmy się z tym, co nieszlachetne w polskim Kościele - i wśród duchownych i wśród "etatowych" działaczy katolickich. Dlatego nie dziwię się odchodzącym. Sam nieraz mam pokusę... Jeśli coś mnie wstrzymuje, to słowa Mistrza i dobre przykłady, choćby wiejskiego proboszcza, który na pogrzebie starego, dobrego człowieka w swej homilii dał dowód żywej, autentycznej wiary. Oportunisto, to był wiejski ksiądz! Ale - jak widać - są ludzie i ludziska.

Zupełnie nie ma znaczenia czy ksiądz wiejski czy miejski, bo kształtuje go instytucja i ludzie. Ksiądz miejski na jajka nie ma co liczyć, ale ma inne udogodnienia, lecz nie o tym. Chodzi raczej o to jak hartuje się stal. Jakiś czas temu, za sprawą ożenku syna, los spyknął mnie z moim rówieśnikiem, ojcem wybranki syna. Pochodzi z rodziny inteligenckiej, nauczycielskiej krótko mówiąc. On ministrantował u wspomnianego proboszcza. Jakoś tak rozmowa zeszła na tamte czasy i jego postać się pojawiła. Otóż teściu syna złego słowa o tym księdzu powiedzieć nie da. Fakt, lał tylko tych głupszych i z biednych rodzin, mnie też zresztą nigdy nie tknął bo katechizm na blachę wykuty miałem - mama dopilnowała. Tak zahartowani zapełniamy do dziś wiejskie kościoły. Metoda tak czy siak nie do utrzymania, barany się rozłażą, a na horyzoncie nie pojawia się alternatywa.

1) Najpierw trzeba wyrzec się myślenia, że Katolicyzm to "coś lepszego, nieomylnego i ważniejszego" 2) Dalej trzeba zrezygnować z osiągania swoich celów w oparciu o strach, manipulację, brak szacunku... 3) Następnie zreflektować, że co do zasady Kościół zajmuje się sprawami ducha i nijak nie może być autorytetem "w nieswoich" kwestiach 4) A gdy te wszystkie powyższe zrozumienia już nastąpią to: * Najpierw długi, długi czas będzie trzeba "przekierowywać na nowe swoje serce" /bo stare nawyki bynajmniej łatwo nie odpuszczą/ ** Później długo, długo "szlifować chodniki" - w pokorze, prostocie i miłości działać dla dobra bliźnich /bo budowany latami w "owieczkach" wizerunek, strach i nawyk też łatwo nie puści/ *** No i wtedy... może zaczną wracać pierwsze osoby. PS. Żeby nie było wątpliwości - "nie kibicuję" odchodzeniu od Kościoła "w próżnię" (bo do bliższych chrześcijaństwu Kościołów - czemu nie). Tak czy siak <<Panie, do kogóż pójdziemy ?>> obowiązuje...

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]