Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nasza ludzka powinność

Nasza ludzka powinność

22.02.2016
Czyta się kilka minut
Dr hab. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa IPN ds. poszukiwań ofiar komunizmu: Te masowe doły śmierci, splecione ze sobą szczątki, przestrzelone czaszki – wszystko to więcej mówi o komunizmie niż najsolidniejsze książki historyczne.
Uroczystości pogrzebowe 35 żołnierzy powojennego podziemia, których szczątki znaleziono na tzw. Łączce na Powązkach. Warszawa, plac Piłsudskiego, 27 września 2015 r. Fot. Piotr Gajewski / IPN
K

KRZYSZTOF PIĘCIAK: Dlaczego zajął się Pan szukaniem miejsc, gdzie pochowane są ofiary komunizmu z okresu powojennego?

KRZYSZTOF SZWAGRZYK, pełnomocnik prezesa IPN ds. poszukiwań ofiar komunizmu: Jak to czasem bywa, zadecydowało jedno wydarzenie, które, co się później okazało, wpłynęło na moje życie. Był rok 1990. Na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu odsłanialiśmy pomnik ofiar komunizmu lat 1945-56: ludzi, których zamęczono w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej oraz w innych miejscach Wrocławia i pogrzebano na kwaterach 81a i 120 tego cmentarza. Przyszły tysiące ludzi. Pomnik był piękny, składał się z rozrzuconych w artystycznym nieładzie ponad stu kamiennych krzyży, które pokryły teren obu kwater. Pomyślałem wtedy, że włożyliśmy tyle wysiłku w budowę tego pomnika, a jednak krzyże stawiamy tylko symbolicznie. Czemu nie wykonujemy dalszego kroku, czemu ich nie szukamy?

Co się stało potem?

Podjęliśmy pierwszą próbę gromadzenia informacji o osobach, które zostały zamordowane we Wrocławiu i pogrzebane na cmentarzu Osobowickim. Zaczęliśmy też myśleć o ekshumacjach, ale wtedy, w latach 90., nie było takiej możliwości. Pojawiła się dopiero, gdy powstał IPN. Ale to nie było tak, że to IPN narzucił ten projekt i wyznaczył mnie do niego. Było odwrotnie: to ja zaproponowałem rozwiązania, które potem mogły być zrealizowane, już z ramienia IPN.

Pamięta Pan pierwszego, które znaleźliście?

Pierwsze szczątki znaleźliśmy jesienią 2003 r., właśnie na cmentarzu Osobowickim. To był kapitan Włodzimierz Pawłowski, ps. „Kresowiak”, skazany i zamordowany w 1953 r. W chwili śmierci miał 41 lat [podczas okupacji niemieckiej żołnierz Batalionów Chłopskich, po 1945 r. działacz PSL; na Dolnym Śląsku dowodził organizacją Rzeczpospolita Polska Walcząca – red.].


CZYTAJ CAŁY SPECJALNY DODATEK "ŻOŁNIERZE WYKLĘCI. OPOWIEŚCI NAJMŁODSZYCH"


Nie było nikogo, kto by wcześniej zajmował się takimi poszukiwaniami?

To był mój autorski projekt. W pewnym momencie działania, które realizowaliśmy, wyszły poza pojedyncze prace poszukiwawcze i ekshumacyjne. To był już czas, gdy realizowaliśmy poszukania setek osób w Polsce. W efekcie, kiedy w 2011 r. zostałem formalnie pełnomocnikiem, mieliśmy już odnalezionych sto kilkadziesiąt szczątków w całym kraju. Wyznaczenie mnie na pełnomocnika nie było więc podjęciem czegoś nowego, lecz raczej usankcjonowaniem istniejącej sytuacji. Wcześniej, od 2003 r., prace poszukiwawczo-ekshumacyjne realizowaliśmy na terenie Wrocławia, Opola, Dzierżoniowa, Jawora, Szczecina.

My, czyli kto?

Mówię w liczbie mnogiej, bo od początku pracujemy jako zespół, do którego należą specjaliści z różnych dziedzin. To archeolodzy, medycy sądowi, antropolodzy, archiwiści. Z czasem doszli też genetycy. Nazywamy to „metodą wrocławską”: prace prowadzi zespół, w którym każdy specjalista odpowiada za swoją część zadań.

Na czym polega ta metoda?

Zanim zaczniemy prace archeologiczne, przeszukujemy różne materiały archiwalne, np. więzienne, sądowe, ubeckie itd. Szukamy też świadków czy relacji. Zbieramy dane o poszukiwanych: o czasie i miejscu śmierci, dane antropologiczne. Gdy więc przystępujemy potem do wyznaczania terenu pod działania poszukiwawcze, wiemy już wiele. Później następuje przygotowanie do prac archeologicznych, tj. analiza badań gruntowych, map, zdjęć lotniczych, georadarowych. Dopiero kolejny etap to prace ziemne. Z różnym skutkiem. Czasem analiza jest błędna. Ale w większości przypadków okazuje się, że prace przygotowawcze były rzetelne.

Kto uczestniczy w ekshumacji?

Na miejscu zawsze są z nami medycy sądowi i antropolodzy. Odbywają się badania szczątków i pobieranie materiału genetycznego, który potem może być porównany z materiałem od osób spokrewnionych z ofiarami. W tej chwili w skali kraju kilkaset osób oddało materiał genetyczny do takich celów porównawczych, jest on gromadzony w centralnej bazie danych. Potem następuje identyfikacja genetyczna. Tak to wygląda w skrócie.

Jaki jest dziś bilans poszukiwań?

Przebadaliśmy ponad 20 miejsc w całym kraju, ogromna większość kryła szczątki ludzkie. Łącznie odnaleźliśmy ok. 700 szczątków, z których ok. 50 zidentyfikowano już genetycznie. Najbardziej znane miejsce to kwatera „Ł” na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. To zresztą nie jedyne miejsce na Powązkach kryjące ofiary. W Warszawie prowadziliśmy też poszukiwania na cmentarzu Bródnowskim i słynnym Służewiu przy ul. Wałbrzyskiej. Inne miejsca najbardziej znane, gdzie prowadziliśmy prace, to Wrocław, Kraków, Rzeszów, Białystok, Gdańsk, Szczecin, Poznań. Teraz przed nami znów pracowity rok.

20 miejsc to chyba dopiero początek? Po 1945 r. istniało 17 wojewódzkich i ok. 285 powiatowych filii Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a znawcy tematu twierdzą, że każdy urząd wojewódzki i wiele powiatowych miało „własne” miejsca, gdzie anonimowo chowano ofiary. Możliwe jest znalezienie i zbadanie wszystkich?

Rzeczywiście, w każdym mieście wojewódzkim i prawie każdym powiatowym były miejsca, gdzie funkcjonariusze UB grzebali swe ofiary. Charakterystyczne w przypadku urzędów powiatowych było to, że często ubecy chowali zwłoki na dziedzińcach wewnętrznych lub zaraz przy budynkach, które zajmowali, np. na terenie ogrodów, garaży, magazynów. Jeśli zaś mówimy o urzędach wojewódzkich, tu skala pochówków jest większa. Ludzie umierali w aresztach lub byli mordowani dziesiątkami, czasem setkami, dziedzińce zwyczajnie nie wystarczały. Dlatego w miastach wojewódzkich ukrywano szczątki na zwykłych cmentarzach, a także pod miastami, np. na poligonach czy w lasach, w miejscach trudno dostępnych.

Czy te pochówki jakoś rejestrowano?

Używamy tu słowa „pochówek”... Miejmy jednak świadomość, że jest niewłaściwe. Słowo „pochówek” znaczyłoby, że ci, którzy zabijali, układali ofiarę w grobie z zachowaniem pewnego szacunku. Tymczasem mówimy o praktykach, jakie można przypisać mordercy, który chce ukryć ciało ofiary. Bo zwróćmy uwagę: chowano ich tak, że ślad po ofiarach miał zaginąć. Robiono w tej materii naprawdę wiele. Zwykle nie wpisywano zamordowanych do dokumentacji, np. cmentarnej. Dlatego musimy wszystko ustalać na podstawie innych dokumentów czy relacji.

O jakiej skali zjawiska mówimy?

Choć mamy za sobą ćwierć wieku wolnej Polski, nadal nie umiemy precyzyjnie odpowiedzieć na pytanie, ile osób przeszło przez więzienia i areszty bezpieki w latach 1944-56. Może trudno sobie wyobrazić, że to możliwe, ale to fakt. Nie potrafimy też powiedzieć dokładnie, ile orzeczono i wykonano wyroków śmierci. Ani ile dokładnie osób zginęło, jako żołnierze powojennego podziemia – dziś mówimy: Żołnierze Wyklęci – w walce z jednostkami UB, KBW, wojska czy także NKWD. Ciągle poruszamy się w sferze szacunków. Mam nadzieję, że to się w końcu zmieni.

Prezes IPN Łukasz Kamiński mówił w rozmowie z „Tygodnikiem”, że „projekt poszukiwań i ekshumacji postawił w sferze publicznej kwestię oceny komunizmu jak nigdy dotąd”. Czy ta praca zmieniła Pana spojrzenie na okres powojenny, czy tylko potwierdziła wcześniejsze Pana poglądy?

Kiedyś sądziłem, że dobrze znam skalę funkcjonowania aparatu terroru czy represji po 1944-45 r. Ale prace poszukiwawcze i ekshumacyjne sprawiły, że zobaczyłem obrazy, o których nie mówią żadne dokumenty. Te masowe doły śmierci, ta nieprawdopodobna liczba ludzi wrzuconych do nich bez żadnego szacunku, splecione ze sobą, niemal zrośnięte szczątki, przestrzelone czaszki – wszystko to mówi więcej o komunizmie i ludziach, którzy tworzyli ten system, niż wiele najsolidniejszych nawet książek. Mam wrażenie, że wiedza o komunizmie, jaką miałem, była wiedzą papierową, a tę rzeczywistą poznaję dopiero teraz.

Czy okoliczności jakiejś ekshumacji zrobiły na Panu szczególne wrażenie?

Było wiele takich momentów. Nie potrafiłbym wskazać jednego, najważniejszego. Na pewno ważne były dla mnie badania na wrocławskim cmentarzu Osobowickim: w końcu, 22 lata po tamtej uroczystości z 1990 r., doprowadziliśmy do tego, że te pola przestały być bezimienne. Znaleźliśmy prawie 300 szczątków, wiele zidentyfikowaliśmy. Krzyże z nazwiskami można było już postawić w rzeczywistych miejscach. Niezwykłym momentem były też prace na kwaterze „Ł” cmentarza Powązkowskiego. Nie było innego miejsca w Polsce, które budziłoby takie zainteresowanie społeczne. Nigdy nie pracowaliśmy sami, zawsze w otoczeniu ludzi. Pamiętam też wzruszenie, gdy w 2014 r. na cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku, trzeciego dnia naszych tam prac, odkryliśmy na głębokości zaledwie pół metra szczątki młodej dziewczyny. Już tego dnia mówiliśmy między sobą, nawet bez badań: to „Inka”...

...jedna z najmłodszych spośród skazanych sądownie, 17-letnia Danuta Siedzikówna, sanitariuszka AK, stracona w 1946 r.

Pamiętam naszą niewzruszoną pewność, że to ona: bardzo młoda dziewczyna z przestrzeloną głową. Obok niej leżał mężczyzna, starszy od niej. Wszystko tu pasowało do danych, które wcześniej zebraliśmy [mężczyzną był podporucznik AK Feliks Selmanowicz, ps. „Zagończyk”, stracony razem z „Inką” – red.]. Pamiętam wreszcie wyjątkową atmosferę, która towarzyszy uroczystościom, jakie odbywają się co roku na „polanie śmierci” koło miejscowości Barut na Opolszczyźnie. Jeśli tylko mogę, staram się w nich uczestniczyć. Przyjeżdżają tam rodziny pomordowanych partyzantów z oddziału NSZ kpt. Henryka Flamego „Bartka”, uśmierceni skrytobójczo na terenie Opolszczyzny we wrześniu 1946 r. Ten mord na prawie 200 partyzantach do dziś nie został wyjaśniony. Od kilku lat staramy się ustalić miejsca, gdzie mogą spoczywać. Każdy chyba, kto choć raz był wśród tych rodzin, które przyjeżdżają co roku z różnych miejsc Polski, głównie z Żywiecczyzny – bo tam powstał oddział „Bartka” – i modlą się w tym symbolicznym miejscu, był pod wielkim wrażeniem. Ja traktuję to jako zobowiązanie: trzeba zrobić wszystko, by można było tym ludziom powiedzieć – tak, odnaleźliśmy waszych bliskich

Czy można przewidzieć, jak długo jeszcze będą trwać poszukiwania i ekshumacje?

Być może wiele lat. Wszystko zależy od tego, czy będziemy je kontynuować w sposób szeroki, czy też wąski. To znaczy: czy zatrudnimy kolejnych 20-30 specjalistów, dzięki czemu będzie można pracować w kilku miejscach naraz, czy też będziemy pracować jak dotąd z jednym doświadczonym zespołem, który siłą rzeczy ma ograniczone możliwości? Odpowiedź nie jest prosta i nie chodzi tylko o pieniądze. Znalezienie finansów i utworzenie kilku zespołów zwiększy szanse, ale nie musi gwarantować sukcesu. Bo najważniejsze są nie pieniądze, ale ludzie, którzy są w zespole i odznaczają się szczególnymi predyspozycjami. To nie jest tak, że można w każdej chwili znaleźć kolejnych specjalistów, którzy mogliby dołączyć. To nie takie proste.

Ma Pan na myśli obciążenie psychiczne, zapewne towarzyszące tej pracy?

Chodzi o predyspozycje osobiste. Tu nie wystarczy być specjalistą, jeśli ktoś nie ma przekonania do tej pracy, którą uznajemy za pewien zaszczyt, honor – bo my tak to traktujemy. Jeśli ktoś ma wyobrażenie, że to zwykła praca od ósmej do szesnastej, szybko od nas odejdzie.

Zapytam inaczej: o jakim zakresie prac mówimy?

Po 1944-45 r. na podstawie wyroków sądowych zamordowano w Polsce ok. 4 tys. ludzi. Kolejnych kilkanaście tysięcy zostało zabitych w walce lub uśmierconych w wyniku różnych działań pacyfikacyjnych UB, KBW i wojska, czasem też przy wsparciu NKWD. Do tego dochodzą zamordowani w wojewódzkich i powiatowych aresztach UB oraz w placówkach Informacji Wojskowej. Daje to liczbę kilkunastu tysięcy ludzi, których szczątki nie zostały wydane rodzinom, lecz zakopane anonimowo, ukryte w nieznanych do dziś miejscach. Ile potrzeba czasu, by ich odnaleźć? Dziesięć lat? Mam świadomość, że być może nigdy nie będzie można powiedzieć: udało się, znaleźliśmy wszystkich. To zapewne niemożliwe. Także dlatego, że w niektórych urzędach wojewódzkich UB szczątki przekazywano do zakładów anatomii, traktowano je jako materiał do ćwiczeń. Nigdy więc nie odnajdziemy wszystkich. Ale należy zrobić wszystko, aby odnaleźć możliwie wielu.

Wyobraźmy sobie, że uczestniczy Pan w publicznej dyskusji i musi przedstawić w niej sens tej pracy. Jak by ją Pan uzasadnił?

Odpowiedź zależy od tego, komu musiałbym ten sens przedstawiać. Jeśli osobom, które uznają członków powojennej konspiracji, Żołnierzy Wyklętych, za bohaterów, powiedziałbym: to część naszej historii. To ludzie, którzy kontynuowali walkę o wolność, nasi bohaterowie, których próbowano nam odebrać. A my jesteśmy im winni szacunek i pamięć. A żeby tę pamięć zachować i przekazać, powinniśmy także odnaleźć ich szczątki.

A gdyby dyskutował Pan ze sceptykiem?

Gdybym miał przekonać tych, którzy nie czują żadnego związku z Żołnierzami Wyklętymi – a mam świadomość, że takich ludzi jest przecież w Polsce niemało – powiedziałbym: wychowaliśmy się i żyjemy w kręgu kultury chrześcijańskiej, europejskiej, w której prawo do pochówku i do grobu jest czymś oczywistym, pozostającym poza dyskusją. Jeśli więc ktoś zastanawia się, jaki jest sens wydawać pieniądze podatnika na te poszukiwania, ekshumacje i na drogie badania genetyczne, niech przypomni sobie dzień 1 listopada. I niezależnie od tego, czy jest chrześcijaninem, czy też nie, niech zada sobie pytanie: czy tego dnia idzie na groby swoich bliskich, czy też zapala świeczki w miejscach przypadkowych, symbolicznych? Każdy z nas ma prawo do tego, aby znać miejsca pochówku swoich najbliższych. Dlaczego więc miałby odmawiać tego prawa innym, którzy do dziś nie wiedzą, do jakiego dołu wrzucono ich ojca, dziadka, wuja? Tym współobywatelom, którzy nie czują związku z Żołnierzami Wyklętymi, powiedziałbym więc, że tu nie chodzi o poglądy polityczne, lecz o zwykłą ludzką powinność. ©

Dr hab. KRZYSZTOF SZWAGRZYK jest historykiem, profesorem Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, pełnomocnikiem prezesa IPN ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego. Autor wielu książek, m.in. „Listy do Bieruta. Prośby o ułaskawienie z lat 1946–1956”, „Straceni na Dolnym Śląsku 1945–1956”, „Prawnicy czasu bezprawia. Sędziowie i prokuratorzy wojskowi w Polsce 1944–1956”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]