Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Naprawianie historycznych krzywd

Naprawianie historycznych krzywd

13.10.2013
Czyta się kilka minut
Mariusz Wołos: Kiedy w 1922 r. zamordowano prezydenta Gabriela Narutowicza, Piłsudski wiedział najpewniej już wówczas, że w naszym kraju demokracja niekoniecznie musi się udać. Stąd pytanie: „Czy w Polsce można rządzić bez bata?”.
Fot. Michał Łepecki / FORUM
Z

ZBIGNIEW ROKITA: Już od Wiosny Ludów wielu polskich myślicieli zakładało, że wielka wojna między mocarstwami, która przyniesie nam wolność, jest nieuchronna. Czy ktokolwiek przewidział dokładnie taki bieg wypadków, który w 1918 r. doprowadził do odzyskania przez Polskę niepodległości?
MARIUSZ WOŁOS:
Takiego rozwoju wydarzeń nie przewidział nikt – idee niepodległościowe zakładały zupełnie inne scenariusze. Obok koncepcji krakowskich Stańczyków, którzy postulowali przekształcenie Austro-Węgier w trialistyczną Austro-Węgro-Polskę jako etap na drodze do niepodległości, najistotniejsze były dwie inne tradycje myślowe. Pierwszą była pasywistyczna i ewolucyjna koncepcja Romana Dmowskiego: zakładał on w razie wybuchu wojny poparcie Rosji przeciwko państwom centralnym, co miało doprowadzić do zjednoczenia polskich ziem trzech zaborów pod berłem cara, uzyskanie możliwie szerokiej autonomii, a w konsekwencji odzyskanie niepodległości. W tym wariancie pozostawał nam tylko jeden przeciwnik oceniany przez przywódcę Narodowych Demokratów jako kulturowo stojący od nas niżej, a przez to mniej niebezpieczny. Ziszczenie tej koncepcji było jednak uzależnione od militarnego zwycięstwa Rosji co najmniej na polskich ziemiach i zatwierdzenia tych zmian terytorialnych przez pozostałe państwa Ententy. W przeciwieństwie do lidera Narodowej Demokracji, Piłsudski wierzył w wariant aktywny – przyszły Marszałek przygotowywał się do powstania, które jednak nigdy nie wybuchło.
Dlaczego w takim razie w przededniu niepodległości nie próbowano wywołać powstania?
Zarówno Piłsudski, jak i Dmowski byli pogrobowcami Powstania Styczniowego, lecz wyciągnęli z niego zupełnie różne wnioski. Przewidując jeszcze przed 1914 r. wybuch konfliktu między zaborcami, Piłsudski chciał dokonać tego, co nie udało się podczas zrywu styczniowego: stworzyć zalążek armii i wyznaczyć wodza, którą to rolę przeznaczył dla siebie. Miało to umożliwić wywołanie powstania w momencie, gdy wojska państw centralnych wkroczą na terytorium Królestwa Polskiego. Koncepcja ta upadła już w pierwszych tygodniach wojny – Polacy z zaboru rosyjskiego nie poderwali się do walki powstańczej przeciwko caratowi. Inaczej rzecz się miała w 1917 r. Wówczas to podnosiły się głosy z „dołów legionowych”, aby zbrojnie uderzyć na Niemców. Tym razem przeciwny był Piłsudski. Powód był prosty – nie można było wywołać powstania przeciwko Niemcom, którzy zajmowali większość polskich terytoriów, bo Rzesza była wówczas za silna. Piłsudski zdawał sobie sprawę, że niemiecka armia utopiłaby bunty we krwi, a my stracilibyśmy żołnierza, który później mógł okazać się bardziej przydatny. Walka zbrojna w tamtych warunkach byłaby szaleństwem, a Piłsudski szaleńcem nie był.
Żeby ocenić, w jakim stopniu udało nam się zrealizować nasze niepodległościowe cele, trzeba byłoby zdefiniować, co w czasach zaborów rozumiano pod pojęciem „walki o Polskę” – Polską miały być ziemie dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów czy terytoria zamieszkane przez etnicznych Polaków?
W przededniu I wojny światowej zdecydowana większość myślących Polaków chciała odrodzenia kraju w jego przedrozbiorowych granicach. Widziała w takim rozwiązaniu „naprawienie” historycznej krzywdy, jaką były rozbiory. W tym kontekście dwie nasze główne koncepcje uporządkowania dawnych ziem polskich na wschodzie – inkorporacyjna i federalistyczna – były w jakimś sensie ustępstwem decydentów, dowodem ewolucji ich poglądów.
Wchłonięcie ziem litewskich czy ukraińskich, gdzie procesy narodowotwórcze były już zaawansowane, było ustępstwem?
Tak, bo nasi politycy postanowili ograniczyć się do granic mniej więcej pokrywających się z granicami, które posiadaliśmy między pierwszym a drugim rozbiorem Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Nikt realnie stąpający po ziemi nie chciał sięgać po obszary utracone wcześniej, jak ziemia kijowska czy nawet winnicka. Z dzisiejszej perspektywy nawet takie stanowisko może być uważane za marzycielstwo, przejaw polskiego romantyzmu czy imperializmu, ale w 1918 r. myślano o granicach przez pryzmat doświadczeń przedrozbiorowych, a nie Jałty czy nawet Rygi.
A co rozumieli wówczas pod pojęciem „Polak”?
Pojmowanie polskości od końca XVIII wieku uległo zmianie. Przede wszystkim polskość rozumiano już nie elitarnie, a egalitarnie – Polakiem nie był wyłącznie, jak to miało miejsce wcześniej, szlachcic czy inteligent szlacheckiego pochodzenia, ale również chłop czy robotnik. Poza tym stosowano w tym przypadku nie tylko kryterium narodu etnicznego, ale również politycznego – Polakiem mógł być każdy, kto się nim czuł, a więc także zasymilowany Żyd, Białorusin czy Ukrainiec.
Mówiąc o myśli politycznej międzywojnia, wymienia się dwie wiodące koncepcje: Piłsudskiego i Dmowskiego. To uproszczenie?
Były też inne koncepcje, ale żadne w równie znacznym stopniu nie determinowały polskiej polityki.
Piłsudski i Dmowski nie zgadzali się co do kwestii zasadniczych, a co do szczegółów?
Wbrew pozorom widzę dużo zbieżności w ich poglądach: choć obaj politycy myśleli w różny sposób, to ich koncepcje uzupełniały się właśnie w kwestiach zasadniczych. Gdyby było zresztą inaczej, to jak Dmowski mógłby reprezentować na Paryskiej Konferencji Pokojowej Polskę, w której zasadniczy głos miał wówczas Piłsudski? Obaj panowie potrafili również wznieść się ponad podziały polityczne, czego najlepszym przykładem jest powołanie na dwa dni przed początkiem Paryskiej Konferencji kompromisowego rządu Ignacego Jana Paderewskiego. Piłsudski i Dmowski zdawali sobie wówczas sprawę, że funkcję tę sprawować musi osoba szanowana na świecie i emblematyczna dla sprawy polskiej. Postawienie na czele rządu Paderewskiego prędko przyniosło zresztą rezultaty – niemal natychmiast po sformowaniu jego gabinetu światowe mocarstwa jedno po drugim uznały naszą niepodległość.
Jaka więc była najistotniejsza różnica między myślą Piłsudskiego a Dmowskiego?
Po 1918 r. był to stosunek do mocarstw – o ile pierwszy był gotowy sprzeciwić się woli Paryża i Londynu, o tyle drugi na taki krok nigdy się nie zdobył. Rodzi się jednak pytanie: czy gdyby Dmowski był tak długo u steru władzy jak Piłsudski, to wcześniej czy później nie zacząłby się opierać Francji i Anglii, widząc chociażby ich ustępliwość względem Niemiec kosztem Polski? To jednak już sfera „gdybania”. Zwolennicy Marszałka mówili, że gdy ten stawiał na naród polski, Dmowski zmieniał fronty i, przeprowadzając polityczne kalkulacje, stawiał na europejskie potęgi – przychylnie spoglądał na Petersburg, potem na Paryż, Londyn i Waszyngton, a u schyłku życia doszła jeszcze fascynacja faszystowskim Rzymem.
Piłsudski natomiast silnie akcentował niezależność polskiej polityki od jakiegokolwiek mocarstwa, szczególnie od Francji – zwalczał powszechny w europejskich stolicach pogląd o Polsce jako o francuskiej klientce. Doprowadził do usunięcia Francuskiej Misji Wojskowej w 1932 r., potrafił też być nielojalny wobec Paryża wtedy, gdy Paryż był nielojalny wobec niego.
Polska myśl polityczna okresu zaborów była zdominowana przez próby odpowiedzi na pytanie: „Jak wywalczyć niepodległość”, a w znacznie mniejszym stopniu zastanawiano się nad tym, co z już zdobytą niepodległością począć. W rezultacie rok 1918 zastał nas koncepcyjnie nieprzygotowanych.
Tak było – budowanie Drugiej Rzeczypospolitej, zwłaszcza w latach 1918-19, było improwizacją. Powszechna zgoda panowała z pewnością co do tego, że odrodzona Polska powinna być republiką – frakcja monarchistyczna grała marginalną rolę. Nie za bardzo jednak wiedzieliśmy, jak taka republika powinna wyglądać.
W listopadzie 1918 r. Piłsudski na arenie wewnętrznej miał dwa priorytety – stworzenie silnej armii, która wyrąbie granice i obroni kruchą niepodległość, oraz jak najszybsze powołanie sejmu. Demokratycznie wybrany parlament sam miał przyjąć konstytucję i podstawowe akty prawne, określając tym samym zasady funkcjonowania państwa. Daty mówią tutaj same za siebie – 10 listopada 1918 r. Piłsudski wraca do Warszawy, a 26 stycznia roku kolejnego odbywają się wybory do sejmu: dwa i pół miesiąca po pojawieniu się Polski na mapie posiada ona już swój parlament.
Piłsudski wydaje się być jednak bardziej taktykiem niż strategiem – zmieniał założenia polityki w zależności od zmieniających się okoliczności. Czy Piłsudski miał spójną koncepcję?
W odniesieniu do spraw wewnętrznych takiej koncepcji nie miał. O zmieniających się poglądach Marszałka świadczy to, że choć otrzymał w 1918 r. władzę dyktatorską, nie skorzystał z niej – choć przecież mógł, jednak już w 1926 r. sam po nią sięgnął, tworząc system autorytarny. Poglądy Piłsudskiego zmieniały się wraz z tym, jak ciągle rozczarowywał się Polakami.
Z czego wynikało rozczarowanie?
Pierwsze zawody przyszły, gdy jego rodacy nie przyłączyli się gremialnie do organizowanych przez Piłsudskiego powstań: w 1905 r., gdy w czasie rewolucji rosyjskiej nie poparto walczących bojowców z PPS, oraz w 1914 r., gdy zignorowano wkraczających do Królestwa strzelców – stąd wzięła się opowiadająca o osamotnieniu pieśń „My, Pierwsza Brygada”. Największe rozczarowanie przyszło jednak w 1922 r., kiedy już w odzyskanej Polsce zamordowano prezydenta Gabriela Narutowicza. Piłsudski wiedział najpewniej już wówczas, że w naszym kraju demokracja niekoniecznie musi się udać. Jego pytanie: „Czy w Polsce można rządzić bez bata” jest odbiciem tego sposobu myślenia.
W polityce zagranicznej również nie było spójnej koncepcji.
Ujmijmy to w ten sposób – posiadaliśmy więcej niż jedną koncepcję, a decyzję, po którą sięgnąć, podejmowaliśmy zależnie od zmieniającej się sytuacji.
Wystarczy spojrzeć na politykę wschodnią. Posiadaliśmy uznawane często za przeciwstawne dwie idee: kojarzoną z Narodową Demokracją Dmowskiego koncepcję inkorporacyjną oraz kojarzoną z Piłsudskim i Leonem Wasilewskim koncepcję federalistyczną. W rzeczywistości oba pomysły wcale nie kłóciły się ze sobą, a nawet uzupełniały: federalizm był koncepcją tego, co mogliśmy osiągnąć maksymalnie, a inkorporacjonizm – minimalnie. Tak przynajmniej wyglądało to z perspektywy Belwederu, który miał wówczas głos decydujący.
Koniec końców urzeczywistniło się to, co było wówczas możliwe.
A więc wariant inkorporacyjny: wchłonęliśmy ziemie na wschodzie, tworząc państwo bardziej unitarne, choć z dużą liczbą niezadowolonych z tego faktu mniejszości narodowych, którym Druga Rzeczpospolita miała niewiele do zaoferowania. Myśl federalistyczna była bardziej realistyczna, bo uwzględniała procesy narodowotwórcze, które zachodziły u naszych wschodnich sąsiadów, szczególnie u Ukraińców galicyjskich oraz Litwinów, jednak problem polegał na tym, że poza Symonem Petlurą właściwie nikt nie chciał z nami jej realizować.
To ciekawe, w jakim stopniu w okresie międzywojennym nasz ogląd stosunków międzynarodowych był realistyczny – czy z czasem zaczęliśmy widzieć w sobie mocarstwo?
Na pewno postrzegaliśmy się jako mocarstwo regionalne, choć pytanie, o jakim regionie mowa? Byliśmy istotnym graczem dla Łotwy, Estonii, Litwy, Finlandii, Rumunii, może jeszcze dla Węgier, ale niecała Europa Środkowa i Południowa postrzegała nas w kategoriach regionalnego mocarstwa. To zresztą stale się zmieniało. Inaczej sytuacja wyglądała na przykład w 1921 r., a jeszcze inaczej w przededniu wybuchu II wojny światowej.
A czy ówczesne potęgi uważały Polskę za gracza, na którym można opierać europejski ład?
Niekoniecznie, przykładowo Brytyjczycy wcale nie byli szczególnie zadowoleni z pojawienia się Polski na mapie. Wcześniej Londyn kierował się polityką równowagi sił w Europie – czynnik niemiecki równoważył czynnik rosyjski i odwrotnie. Tymczasem nagle pojawiła się Polska, której istnienie stało się impulsem do pojednania niemiecko-sowieckiego, co zresztą się ziściło. Brytyjczycy obawiali się również scenariusza, w którym Moskwa mogłaby przenieść swoje zainteresowanie z kierunku zachodniego na wschodni, a to z kolei mogłoby rozregulować układ sił w Europie i naruszyć strefy wpływów Londynu w Azji.
Nasz główny sojusznik, Paryż, również miał takie nastawienie?
W Paryżu długo nie umierały nadzieje na sojusz z Moskwą – nawet z bolszewicką i nawet kosztem Polski. W tym czasie dla Francuzów naturalnym sojusznikiem był ten, kto znajdował się przy wschodniej granicy Niemiec, ale część francuskich elit być może wolałaby widzieć tam Rosję. Wielu francuskich polityków nie wiedziało, co z tą Polską począć, gdyby rzeczywiście doszło do ziszczenia projektowanego sojuszu ze Związkiem Sowieckim. Szybko zorientowano się jednak, że czerwona Rosja nie jest białą Rosją – uznano więc, że lepiej mieć zastępczego sojusznika, jakim jest Polska, na którą można będzie liczyć w razie francusko-niemieckiej wojny, niż nikogo.
Czy nasze elity międzywojenne widziały alternatywę dla oparcia bezpieczeństwa na Paryżu i Londynie?
Od początku nie mieliśmy wyboru, bo i co nam pozostawało? Zbliżenie z bolszewikami, dla których byliśmy przeszkodą w ich marszu na Zachód i które zakończyłoby się sowietyzacją? Sojusz z Niemcami, które czując się wielkim pokrzywdzonym traktatu wersalskiego, właśnie w Polsce widziały głównego beneficjenta powojennego ładu i dążyły do rewizji granicy wschodniej? Druga Rzeczpospolita położona była tragicznie, nie mogła prowadzić innej polityki, a tezy, że można było iść razem z Niemcami, stać się ich Juniorpartnerem, są dla mnie nie do przyjęcia. Zapłacilibyśmy za to ziemiami zachodnimi, uzależnieniem od Berlina i – w przypadku sojuszu z Hitlerem – udziałem w Holokauście.
Po rozluźnieniu sojuszu polsko-francuskiego i konferencji w Locarno znaczenia nabrała koncepcja sojuszu regionalnego – Międzymorza.
Tak, miała być ona uzupełnieniem dla wektora zachodniego – Piłsudski miał poczucie kruchości polskiej państwowości i chwytał się najróżniejszych możliwości, żeby tę państwowość zachować. Działający pod kuratelą Warszawy blok miał skupiać rozciągające się od Skandynawii po Jugosławię, a może nawet i Włochy, państwa wciśnięte między Niemcy i Związek Sowiecki.
Międzymorze nigdy jednak nie powstało.
Problemem było przede wszystkim to, że chcieliśmy budować trzecią siłę z pominięciem Czechosłowacji, która cieszyła się na Zachodzie o wiele większą estymą jako demokracja niż my, a do której Piłsudski i Beck nie mieli zaufania – zresztą z wzajemnością. Ponadto dla wielu państw nie byliśmy wystarczająco atrakcyjni, by chciały za nami pójść – tak było chociażby z państwami skandynawskimi, które w innych krajach widziały pewniejszych partnerów.
Jaki był w takim razie geograficzny zasięg polskiej myśli międzywojennej – w swoim pojmowaniu świata nasze elity ograniczały się tylko do spraw europejskich?
Co do zasady tak, choć były wyjątki. Pojawiały się chociażby koncepcje odnoszące się do Turcji, Persji, prometejskiego wspierania dążeń niepodległościowych narodów Związku Sowieckiego czy – z zachowaniem proporcji – możliwych zdobyczy kolonialnych w Afryce, a nawet Ameryce Południowej, ale zajmowała się nimi raczej grupka zapaleńców. Poza tym polskie koncepcje pozornie wykraczające poza sprawy europejskie, w rzeczywistości były traktowane jako sposób realizacji właśnie celów europejskich – na przykład Japonię postrzegano jako potencjalnego sojusznika w rywalizacji ze Związkiem Sowieckim.
Czasem problem ze zdefiniowaniem naszych celów międzynarodowych wynikał z paradoksu Polski międzywojennej: była ona zbyt dużym krajem, żeby czuć się krajem małym...
... a zbyt małym, żeby być krajem dużym – potęgą. 

MARIUSZ WOŁOS jest polskim historykiem, profesorem Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie i Instytutu Historii PAN w Warszawie, wydał mi.in.: „O Piłsudskim, Dmowskim i zamachu majowym. Dyplomacja sowiecka wobec Polski w okresie kryzysu politycznego 1925–1926”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]