Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Namiętności i studia pionkowe

Namiętności i studia pionkowe

19.02.2018
Czyta się kilka minut
Edward Pałłasz, kompozytor: Nagle zostałem wdowcem. Pewnego dnia obudziłem się w tym mieszkaniu na podłodze, po jakiejś pijatyce, w ubraniu, i doszedłem do wniosku, że to prowadzi donikąd. Muszę się na kimś wesprzeć, bo inaczej się całkiem zagubię.
Edward Pałłasz, 1973 r. ANDRZEJ FEDOROWICZ
E

EDWARD PAŁŁASZ: To ty z pediatrii przerzuciłaś się na geriatrię?

JUSTYNA DĄBROWSKA: Nie. Nadal zajmuję się niemowlętami. Ale nie tylko. Robię też rozmowy dla „Tygodnika” z takimi, jak ty. Bo w życiu najbardziej mnie ciekawią początek i koniec.

Rzeczywiście, to najciekawsze. Sam początek jest tajemnicą, a i koniec jest zagadką.

Doświadczenie wojny chyba ustawia porządek na resztę życia?

Zdecydowanie. Dotarło to do mnie z chwilą, gdy doszedłem do czasu, kiedy mogę popatrzeć na siebie z dystansu.

Ile trzeba mieć lat, żeby móc na siebie popatrzeć z dystansu?

Pierwszy raz tak na siebie spojrzałem, kiedy tu przyszedł kapitalizm. Przez całą komunę byłem jak wolny ptak. Nigdzie nie pracowałem na stałe, tak żeby trzeba było rano wstać, założyć krawat, gdzieś pojechać. Dopiero przed sześćdziesiątką doszedłem do wniosku, że muszę się ustabilizować, bo czasy zrobiły się doraźnie trudniejsze. Uznałem, że muszę na jakąś emeryturę zapracować.

Poszedłeś do prawdziwej pracy.

Przyjąłem propozycję, by objąć radiową Dwójkę. I tam byłem codziennie, przez cztery lata, od rana do popołudnia, a potem jeszcze i wieczorami. Ale po czterech latach mnie wyrzucili. Następnego dnia zadzwonił Stefan Sutkowski i zaproponował mi pracę w Warszawskiej Operze Kameralnej. Tam przepracowałem trzynaście lat. Nawet się nie zorientowałem, kiedy przekroczyłem wiek emerytalny. Dopiero po trzech czy czterech latach połapałem się, że mi się należy emerytura. A jak odszedłem, to pomyślałem, że ciągle jestem w niezłej kondycji i zacząłem pisać książkę. Trzy lata ją pisałem. W marcu się ukaże. W Iskrach, pod tytułem „Na własną nutę”. Taki ślad po sobie zostawię.

Jak siadłeś do pisania, musiałeś na siebie spojrzeć z boku.

Miałem wtedy 76 lat i nagle zaczęło mnie nachodzić coś w rodzaju samopoznania. Wcześniej nie. Zacząłem podsumowywać swoje życie i musiałem spojrzeć wstecz. Tam rzuciłem snop światła.

I co zobaczyłeś?

Zobaczyłem, że jest nieźle. Postawiłbym sobie stopień dobry z minusem. A może nawet cały dobry? Doszedłem do wniosku, że jak na dziecko prowincji, które pięć lat spędziło na wiosce, gdzie była tylko szkółka, leśniczówka i cztery chałupy, to naprawdę daleko zaszedłem. Przecież całe moje dzieciństwo to była wojna.

Co pamiętasz najlepiej?

Takie najwcześniejsze okruchy.

Trzy obrazy mi zostały. Pierwszy to idiotyczna próba mojej matki, która postanowiła uciec ze Starogardu, gdzie mieszkaliśmy, na południe. Wzięła mnie i prababkę, którą wsadzono w jakiś wózek dziecinny. Był pierwszy, może drugi dzień wojny. To oczywiście nie mogło się udać. Drugi ślad to obraz zabitego konia, który leży na nasypie drogi. Ten koń wydał mi się wtedy taki płaski, że aż nierzeczywisty. A trzeci obraz z tej wyprawy jest taki, że jestem już z powrotem w Starogardzie, na Friedrichstrasse, u moich dziadków, leżę w łóżku i nie mogę nogi ustawić odpowiednio, żeby pierzyna mnie nie urażała w pokaleczone tą wędrówką paluchy. Tyle mi zostało.

Przy komponowaniu dwuchodówki, 1954 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA
Przy komponowaniu dwuchodówki, 1954 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA

Mówisz, że Twoje dzieciństwo to wojna. Skąd potem w Tobie taka siła i witalność?

Też się nad tym zastanawiałem. Kiedy dwa miesiące przed końcem wojny Sowieci wyzwolili Starogard, od razu pojawiła się tam niesamowita erupcja aktywności i wolności. Dobrze to pamiętam. Niemieckie nazwy sklepów i ulic zbijano, a na szkolnym podwórku palono stos niemieckich podręczników. Pamiętam niesamowite odrodzenie, niezwykłą aktywność. W kontraście do wojny, do bombardowania, oblężenia, strzelania. Ja też wtedy poczułem się nagle ożywiony. Wiedziałem, że zaczyna się coś nowego. Coś niewiarygodnego.

Wojna Cię nie okaleczyła?

Nie. Powiem ci teraz coś niepopularnego. Uważam, że wojna dała mi też coś pozytywnego. Chodziłem w Starogardzie do Grundschule, tam się nauczyłem pisać i czytać. Dostałem dobrą, podstawową, niemiecką edukację. I nie mam z tego czasu wyłącznie złych skojarzeń. Nie czułem wtedy, że byłem indoktrynowany. Raz dostałem w pysk, bo nie zdjąłem czapki przed oficerem. I to wszystko. Wejście Hitlera na Pomorze, na Kaszuby, na Kociewie było niewiarygodnie krwawe. Wiedziałem o tym. Ale potem zapanował jaki taki spokój.

Nie bałeś się?

Jasne, że czasem się bałem. Wcześnie zacząłem się uczyć grać na pianinie, wuj był muzykiem, uczył mnie. Wziąłem jakieś nuty, zacząłem z nich grać. Ale czytać jeszcze nie umiałem. Nagle awantura, cała rodzina się zleciała, zabrali mi te nuty, nakrzyczeli. A ja po prostu zagrałem melodyjkę, która przed wojną była bardzo popularna. Jakoś tak to szło: „marszałek Śmigły-Rydz, nasz dzielny, dobry wódz”...

Myślisz dzisiaj czasem o wojnie, coś wraca?

Wraca tylko wtedy, kiedy mam wrażenie, że jakieś polityczne działania są nieroztropne, głupie i mogą doprowadzić do katastrofy. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, że każdy nacjonalizm, nawet ten najszlachetniejszy, jest zgubny i prowadzi do totalnego nieszczęścia. Jeżeli na co dzień mnie coś niepokoi, to to, że tę naszą ojczyznę obóz władzy pisowskiej prowadzi do przepaści. Ta przepaść jest zniweczeniem czegoś, o czym kiedyś nawet nie marzyłem: że będzie wolny kraj, wolne wybory, że nie będzie cenzury ani przemocy. A widzę, jak nadciąga państwo policyjne, w którym strach będzie się stawał obezwładniający. Tego się naprawdę boję. Staram się od tego izolować emocjonalnie, telewizji nie oglądam, bo trudno mi znieść kłamstwo.

Czujesz się stary?

I tak, i nie. Starość jest. Widzę ją. Widzę jej oznaki – mniejszą sprawność fizyczną. Widzę, że teraz, kiedy skończyłem 80 lat, wszystko dzieje się wolniej. Nie jestem w stanie wielu rzeczy wykonać ot tak. Na przykład tej tam żarówki szybko nie wkręcę. Mam wprawdzie drabinę, ale muszę jednak kogoś zawołać, żeby mi ją przytrzymał, bo inaczej mogę spaść. Ciało nie pozwala na taką plastyczność jak kiedyś. Nie mogę narzekać, bo umysł jeszcze biega nieźle, wcale wolniej nie myślę, jakem myślał, że myślę. Ale już nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co bym chciał. Mam ograniczenia.

Co się traci z wiekiem?

Pewne znane i miłe z młodości doznania. Na przykład namiętności męskie. Następuje spadek witalności, tak to elegancko nazwijmy.

Zostaje sama uroda?

Uroda była dawno i nieprawda.

Inne namiętności gasną też?

Różnie, niektóre się przytępiają. Ja na przykład miałem długie lata słabość do układania problemów szachowych, nawet wydałem taką książeczkę „Dwuchodówki i studia pionkowe”. Spójrz, tu stoi.

Co to są „Studia pionkowe”?

Taka kompozycja szachowa. Tworzy się pewną sytuację, w której jest ukryte piękno. Ono polega na tym, że jest tam niezwykła niespodzianka okraszona niespodziewaną ofiarą. To wszystko się dzieje na szachownicy, na którą patrzysz. Ale jest ukryte tak finezyjnie, że odkrycie tego – oszałamia. Ci, którzy to lubią, patrzą i myślą: „Jak to było możliwe, że to tak można było zrobić?!”. O, tu, patrz. Takie zadanie. Powiesiłem je sobie i lubię na nie patrzeć. Chyba najlepsze z tych moich pionkowych studiów. Wiele ich nie skomponowałem, może dwadzieścia kilka. Rozwiązanie tego problemu jest dla zwykłego szachisty bardzo trudne. Ale jeżeli je odkryje, to powinno go zachwycić. Opowiem ci szybko. Możesz nie umieć grać w szachy, to nie ma znaczenia. Białe zawsze są z dołu, czarne u góry. Czarny pionek, jak dojdzie na dół, zyskuje na sile i staje się hetmanem. Biały pionek, jak się dostanie na górę, też może zostać hetmanem. Ale w tej sytuacji, jak widzisz, ten biały król czarnego pionka nie dogoni, bo on zawsze mu ucieknie. Natomiast, kiedy biały pionek próbuje iść, to czarny król zdąży go zatrzymać. Generalnie ta sytuacja dla normalnego szachisty jest przegrana. Biały musi przegrać, czarny musi wygrać.

Ale tu jest zaszyta pewna tajemnica. Otóż jeżeli biały król pójdzie na ratunek swojemu pionkowi, ale niezwyczajną drogą, to wszystko potoczy się inaczej. Jeśli nie zabierze czarnego piona, co się tu narzuca, tylko zamiast tego pójdzie do tyłu, schowa się, to potem się okaże, że ten jeden ruch nie pozwoli potem czarnemu hetmanowi go zaszachować. Po dziesięciu posunięciach okaże się, że białe mogą zremisować! Nie muszą wcale przegrać, choć na pierwszy rzut oka jest to niemożliwe.

Widzisz to?! To jest absolutnie fascynujące. Tu jest wszystko jak w powieści: jest jakaś przeszłość i teraźniejszość, ale też wiele możliwych światów w przyszłości. Wiele rozwiązań, które są złudą. Im więcej tych złud, tym lepiej, bo rozwiązujący ciągle w nie wpada i wciąż musi zaczynać na nowo. To jest piękne!

Z córeczką Urszulą, 1962 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA
Z córeczką Urszulą, 1962 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA

Dlaczego teraz nie możesz się tym już zajmować jak kiedyś?

Właściwie mogę. Ale to jest niestety bardzo czasochłonne hobby.

A Ty już się liczysz z czasem.

Muszę. Trzeba teraz dysponować czasem o wiele bardziej ­racjonalnie, nie można dać się ponieść uciechom.

To co przedkładasz ponad szachy?

Pracę. Komponuję, ile się da. Napisałem niedawno utwór chóralny „Et...”. Punktem wyjścia jest Apokalipsa św. Jana, sąd nad umarłymi. To bardzo skomplikowany i trudny do wykonania utwór, bo tam są 24 głosy. W punktach kulminacyjnych każdy z członków chóru ma swój inny dźwięk i te dźwięki tworzą złożony pion. Ale tylko w tych chwilach, kiedy ma być groźnie. Polski Chór Kameralny z Gdańska pod dyrekcją Jana Łukaszewskiego wykonał to rewelacyjnie, mam poczucie ogromnej satysfakcji.

Skąd wiedziałeś, że to muzyka będzie Twoim życiem?

Wiedziałem od razu. Widziałem, że to mi wychodzi, nie miałem żadnych wątpliwości. Mam słuch absolutny. Wiesz, że ja nie kończyłem formalnych studiów kompozytorskich? Los nie pozwolił mi takich studiów mieć, bo nie było szkoły średniej muzycznej w Starogardzie, a do Gdańska nie mogłem dojeżdżać, było za daleko, za trudno i musiałem z tego zrezygnować. Zacząłem coś robić w teatrzyku Bim-Bom w Gdańsku, bez dostatecznego wykształcenia. Potem przeniosłem się do Warszawy. Tu ponowiłem próbę dostania się do średniej szkoły muzycznej, żeby potem móc iść wyżej. Ale miałem 19 lat, byłem za stary, nie przyjęli mnie.

A ten słuch absolutny – co to właściwie jest?

Taka zdolność, że jeżeli ktoś mi zagra na klawiszach pik, pik, pik, to ja wiem, które to są dźwięki i jak się nazywają. Zawsze wiem, co kto gra. To odkrył mój wuj, jak mnie zaczął uczyć nut. Zagrał coś, a ja powiedziałem, co to było. To on znowu gra pim, pim, pam i pyta: „A te jak się nazywają?”. A ja, że to D, E, F. To on zagrał trzy dźwięki naraz. „A to jakie dźwięki są?”. „No przecież D, F, G”... Wtedy to była rodzinna sensacja, że pięciolatek słyszy takie rzeczy. W kąt mnie stawiali w pokoju, żebym nie mógł podpatrzeć pianina, i pytają, co było. A ja mówię: „To, to i to”. To jest ta rzecz, która niewiarygodnie ułatwia muzykowanie.

Ale może też przeszkadzać. Opowiem ci jedną historię. Kiedy byłem na studiach politechnicznych w Gdańsku, tam była jakaś akademia i miałem zagrać dwa utwory Chopina. Nie wiedziałem, że tuż przed tą akademią przyszedł stroiciel i postanowił fortepianowi nadać lepsze brzmienie. Podciągnął cały strój instrumentu o pół tonu w górę. Wtedy struny są bardziej napięte i brzmienie niby fajniejsze. Ale ja nie wiedziałem o tym, nie dotknąłem tego instrumentu po tym strojeniu, nie było jak. Wszedłem na estradę i zacząłem grać utwór w tonacji c-moll, tak jak miało być. Gram i słyszę coś zupełnie innego, słyszę cis-moll! Niebywała konfuzja, ręce próbowały zrobić to, co słyszy ucho. Zrobiłem pim, pam, bum, przerwałem i zszedłem.

Czy znasz jakiś utwór, który mógłby być metaforą starości?

Może ostatnia część IX Symfonii Gustawa Mahlera? Tam jest takie ogromne adagio. To jest ta pogodna starość, która zarazem jest smutna. Taki szczyt emocjonalny. Starość bywa piękna, dopóki nie przygniecie cię fizjologia, choroba, bezradność, cierpienie. Wtedy dopiero traci swój urok.

Czy można się do tego czasu w życiu jakoś przygotować?

Do bycia starym? Nie sądzę. Nie możesz się przygotować do czegoś, czego nie znasz. Człowiek 20-letni czy nawet 40-letni nie może sobie w ogóle starości wyobrazić. I nie ma potrzeby, żeby to robił. Nie ma powodu, by za dużo o tym myśleć, bo można przez to ulec paraliżowi. Trzeba być aktywnym. To wszystko.

Ty jesteś cały czas aktywny.

Staram się. Wiesz, co jest bardzo istotne? Żeby żyć wśród ludzi. To nam nie pozwala zdziadzieć. Bardzo lubię mieć ludzi wokół siebie, coś z nimi wspólnie robić, gadać, nawet się spierać. Trzeba zwalczyć w sobie skłonność do lenistwa, do tego, żeby się położyć na kanapie. Bardzo uważać, żeby nie popaść w apatię. Na mnie mobilizująco działa konsumowanie świata sztuki, kultury. Śledzę, co robią moi młodsi koledzy muzycy, kompozytorzy. Ciekaw jestem, co znajomi pisarze napisali, a co malarze namalowali, jakie kino się pojawiło.

A jakbym Cię zapytała, co jest w życiu warte starania? Co byś odpowiedział?

Nie być samemu. Ja się boję być sam. Moja pierwsza żona, Małgosia, umarła w Londynie po operacji. Miała bardzo ciężko chore serce. Przyjechałem tu z jej prochami i dość nieszablonowo się zachowałem. Nie minął miesiąc, może dwa, jak ją pogrzebałem, a już postanowiłem, że nie mogę dalej być sam, że natychmiast muszę znaleźć partnerkę. I tak zrobiłem.

Faktycznie, nieszablonowo.

Pogrzeb Małgosi był w końcu października, a ja pod koniec listopada ułożyłem sobie w głowie, kogo znam i kto mi się podoba. Marysia kopiowała mi nuty. Wtedy oczywiście to była jeszcze pani Maria.

Oświadczyłeś się szybko?

Zaprosiłem do opery na „Króla Rogera”. Ale ona nie wiedziała wtedy, że już jestem wdowcem. Akurat był u niej Andrzej Kurylewicz i ona mówi do niego: „Wiesz, dzwonił do mnie Pałłasz i chce iść ze mną do opery”. A on na to: „W żadnym wypadku, nie idź!”. „A dlaczego nie?”. „No przecież on jest wdowiec”. Ona duże oczy robi. A on: „Wdowcy to mają narowy, maniery, przyzwyczajenia, wiadomo, jak to jest. Ciągle będzie cię przyrównywać do tej pierwszej”.

Czyli pierwsza randka była w operze?

Tak. A sylwestra już spędzaliśmy wspólnie, po bożemu, ale razem. Starałem się tak robić, żeby nie dotknąć mojej córki, Urszuli, nie wprowadzać jej w zakłopotanie.

Udało Ci się?

Wydaje mi się, że tak, choć nie wiem na pewno. Ta psychologia rodzinna to jest strasznie skomplikowana materia. Nie było wybuchu radości, że tata sobie znalazł narzeczoną. Ale nie było też konfliktu.

Może córka widziała, jak trudno Ci być samemu.

Nawet z nią nie gadałem wiele na ten temat. Była wtedy w ciąży, miała inne sprawy na głowie. Minął rok dokładnie i staliśmy się z Marysią małżeństwem. Tak. Lęk przed samotnością to jest coś, co mocno we mnie siedzi. Nie mam poczucia, że sam ze sobą czułbym się dobrze. Każdy wyjazd zagraniczny – zobaczenie fiordów czy piramid – będzie jałowy, jeśli nie będę miał kogoś, z kim mógłbym się tym dzielić. Obrazki to ja mogę sobie zobaczyć w książce albo w telewizji. Jak miałbym jechać sam, to ni cholery mnie nie ciągnie. Wolę siedzieć w domu. Pogadać, poczytać.

Jesteście z Marysią ponad 30 lat. Jak to zrobiliście?

To musi płynąć z potrzeby dzielenia się sobą. Miałem w życiu dwie miłości. Obie te dziewczyny – każdą w swoim czasie – bardzo zdecydowanie szturmowałem. Wiedziałem, że muszę każdą z nich zdobyć. Z Małgosią było tak, że byliśmy oboje dość rzadkimi okazami w STS-ie, takimi z importu. Nie znając tu w Warszawie nikogo, wspieraliśmy się na sobie wzajemnie. A z Marysią było tak, że nagle zostałem wdowcem. Pewnego dnia obudziłem się w tym mieszkaniu na podłodze, po jakiejś pijatyce, w ubraniu, i doszedłem do wniosku, że to prowadzi donikąd. Muszę się na kimś wesprzeć, na kimś, kto mi będzie bliski... bo inaczej się całkiem zgubię. Miałem zresztą wielki fart, to też muszę powiedzieć.

Dużo gadacie ze sobą?

My wyłącznie gadamy!

Z Małgorzatą Ślusarek – przyszłą żoną – przed budynkiem Studenckiego Teatru Satyryków STS, 1957 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA
Z Małgorzatą Ślusarek – przyszłą żoną – przed budynkiem Studenckiego Teatru Satyryków STS, 1957 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA

A o czym?

Na przykład o moich sprawach zawodowych. To dla mnie bardzo ważne, że mogę się podzielić. Kiedy pracowałem w Polskim Radiu, wszedłem tam w konflikt z władzami w obronie Dwójki – to był bój na śmierć i życie. Po powrocie do domu Marysia wyprowadzała mnie na spacer. Szliśmy, ja opowiadałem, ona słuchała. To było dla mnie zbawienne. Pamiętam jej to do dzisiaj. Poza tym mamy dużo wspólnych zainteresowań. Rozmawiamy o książkach, słuchamy muzyki. Słuchamy, potem rozmawiamy. Ta dziedzina jest dla nas stale otwarta. Zaczyna się od Mieczysława Fogga czy Ordonówny, a kończy na hip-hopie. W muzyce poważnej jesteśmy na bieżąco do ostatniego dnia, ostatniej nowinki. To lubimy.

A o co się kłócicie?

Kłócimy się, jeżeli nie spełniam jakichś oczekiwań. Marysia nie werbalizuje swoich potrzeb, tylko je skrywa i oczekuje, że sam wpadnę na to, czego oczekuje. A mechanizm męskiej psychiki jest odmienny. Facet woli, kiedy się sprawy stawia wprost. A jak nie, to czuje się bezradny i dotknięty. Niczego złego nie zrobił, a jednak coś jest nie tak. Ale może to chodzi o to, żebym nie poczuł się zbyt dobrze, żebym nie wpadł w samozachwyt?

Mimo że jesteś w czepku urodzony, Marysia Ci czasem uciera nosa?

No pewnie. Myśmy teraz przeżyli okrutny rok, dla mnie chyba najtrudniejszy w moim półwieczu. Ona leżała po wypadku, była bezradna całkowicie, a ja zostałem jako jedyny stały i całodobowy opiekun. To się okazuje dla mężczyzny trudnym doświadczeniem. Nie nawykłem do takiej formy troskliwości.

Co Ci pomogło?

To, że nie mam wyjścia. Wiedziałem, że przyjdzie pielęgniarka i przez godzinę coś poćwiczy. Ale jest dzień i jest noc. A basen trzeba umieć podać zawsze. I – być na wezwanie. To, muszę ci powiedzieć, była dla mnie trudna szkoła. Ale przetrwaliśmy.

To rzeczywiście chyba musi być miłość.

Tak, to właśnie jest miłość. Wiesz, żeby cokolwiek się udało, najpierw musi być akceptacja. Ale pogodnego ducha w samotności się nie wzbudzi. To jest niemożliwe, bo człowiek wyraża się poprzez język, a mówić trzeba do kogoś. Dopiero za pomocą języka mogę przekazać Marysi swoją figlarność, swoje skojarzenia, siebie po prostu.

Wiesz, można być z kimś długo tylko pod warunkiem, że ten ktoś cię nie nudzi. My się przyjaźnimy. Ponad 30 lat. I oby jak najdłużej.

Z żoną Marią w Brukseli, 2011 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA
Z żoną Marią w Brukseli, 2011 r. / ARCHIWUM EDWARDA PAŁŁASZA

Myślisz czasem o śmierci?

Mam świadomość, że to nienazwane i trudno wyobrażalne na nas czeka. Jak moja mama umierała, pojechałem do Starogardu, ona tam mieszkała do końca życia. Akurat wróciła ze szpitala. Była już bardzo schorowana, taka drobna, krucha. W pewnym momencie przenosiłem ją z łóżka na fotel. Jak dziecko. I pomyślałem sobie wtedy: ona mnie tak w łonie nosiła, a teraz role się odwróciły. Ja ją noszę.

Dobra śmierć to jest taka, w której się nie cierpi. O taką można się modlić, choć się nie wierzy. Takiej bym chciał. U Imrego Kertésza jest jedno takie zdanie, które dobrze oddaje to, co myślę na ten temat: „oczywiście, byłoby mi łatwiej, gdyby istniał Bóg i byłbym wierzący”. I to jest ta formuła, która mi najbardziej odpowiada.

Fascynuje mnie starość, bo mam poczucie, że ona jedna jest szczera.

To prawda. Patrzę często na te starania młodszego pokolenia i rzeczywiście mam poczucie, że oni przeceniają znaczenie tego, jak się jest postrzeganym przez innych. Na starość sporo skóry się zrzuca. Kiedy się jest młodym, przybiera się różne pozy, tworzy taką aktorską wersję siebie. Jak już nie trzeba tych masek nosić, to jest wielka ulga. Człowiek czuje się luźniejszy. I to jest wielka przyjemność. ©

EDWARD PAŁŁASZ (ur. 1936) jest kompozytorem i działaczem środowiska artystycznego. Były dyrektor Programu II Polskiego Radia (1995-98), prezes Stowarzyszenia Autorów ZAiKS (1988-93 i 2003-09). Był związany z teatrami Bim-Bom i STS. Komponował muzykę do filmów i Kabaretu Olgi Lipińskiej.

Galeria zdjęć

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Piękna, mądra rozmowa."Dobra śmierć to,taka, w której się nie cierpi. O taką można się modlić, choć się nie wierzy. Takiej bym chciał". Dziękuję za ten wywiad. I czekam na dalsze tak ciekawe rozmowy.

"cis" jest czymś takim obiektywnym i jednakowo-brzmiącym bez względu na instrument? I nieważne czy to trójkąt, fagot czy fortepian? Udało się panu zburzyć mój światopogląd muzyczny, bo do tej pory byłem przekonany, że każde pianino ma swój własny "cis".

Takie np, cis może mieć każdy instrunent, również każdy fortepian ma swoje cis, ale nie może to być c, czy coś co osobie o słuchu absolutnym brzmi podobnie jak c.

Trudno rozmawiać o "cis" gdy nie może ono po prostu wybrzmieć, ale co w takim razie decyduje o tym, że cis to cis? Bo przecież to z trójkąta będzie miało z definicji "inne brzmienie" i wiadomo, że jest pochodną "c". Ale czy jest jakiś wzorzec <<c>> tak jak metra z Sevres?

Każde "cis" (tak samo jak wszystkie inne dźwięki) ma swoją własną częstotliwość, którą można zmierzyć w herzach. Dany dźwięk może brzmieć bardziej "słodko", "ostro", "śpiewnie" itp., w zależności od tego, na jakim instrumencie (i z jaką biegłością) będzie zagrany, ale jego wysokość (czyli częstotliwość) będzie zawsze taka sama, niezależnie od tego, z jakiego instrumentu zostanie wydobyty.

że muzyka jest taka ulotna i niematerialna. A tu proszę. Czysta fizyka :)

Były kiedyś na końcu w Trybunie Ludu. To było wszystko co mi się w niej podobało. Zadania szachowe i fajny papier )

Słucham właśnie Mahlera no.9 i tak żałuję że nie widzę tych obrazów malowanych muzyką. Nie wiem dlaczego akurat ta symfonia to personifikacja starości. Jedyne co do mnie dociera to waltz Cis-moll Chopina z poniższym podkładem. https://youtu.be/aBUuElOChFg

w końcówce można ją jednak usłyszeć.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]