Pół miliona owiec w piach. Rozporządzenie wykonawcze Komisji numer wysoki łamane przez rok niedawny paragraf któryś punkt jeden z wielu nie zostawia wątpliwości.
Pomór małych przeżuwaczy (znany pod skrótem PPR od pięknej fonetycznie, choć u czytelników Camusa budzącej lekki dreszcz przerażenia francuskiej nazwy peste des petits ruminants) należy do chorób wymagających „wprowadzenia natychmiastowych środków likwidacji”.
Zresztą to nic nowego, na gładkim obliczu Europy jak dziobate znamiona mnożą się masowe doły po następujących regularnie zderzeniach przemysłowej hodowli z takim czy innym wiruskiem. U nas niedawno tak było z powodu afrykańskiego pomoru świń – zresztą PPR też wzięło się z Afryki.
Tym razem jednak morowo zrobiło się w Grecji, a grecka owca i koza zawsze będą w nas budzić żywsze uczucia niż, dajmy na to, takie z Szetlandów, hrabstwa Donegal czy Estremadury. Bo choć Wyspy Brytyjskie i Hiszpania mają największe w Europie stada, to jednak mniejsza Grecja jest praojczyzną arkadyjskich skojarzeń pasterskich. A poza tym nie trzeba czytać klasyków, żeby kochać fetę i mieć ją w wyższym poważaniu niż ser Manchego.
Lepiej najedzcie się jej porządnie na zapas, bowiem stanie się rychło towarem luksusowym. Kryje się za tym historia niejasna i migotliwa, pełna refleksów i złudzeń, gdzie twardym faktem są tylko zwłoki zabitych profilaktycznie owiec (nawet jedna chora sztuka zmusza do wybicia stada) oraz sumy zdefraudowanych dotacji rolniczych z unijnego budżetu. Nawet to, o jaką zarazę chodzi, nie jest wcale jasne.
W rzetelnych, wydawałoby się, dokumentach unijnych dotyczących plagi, jaka od półtora roku trapi greckie hodowle, oprócz PPR pojawia się ostatnio także „ospa owiec i kóz”, trochę podobna w objawach, również nieuleczalna, ale wywołana przez innego wirusa.
W każdym razie obu tym chorobom można zapobiegać w jakimś stopniu przez zaszczepienie stad. I teraz spodziewacie się stereotypowej historii o nierozumnych ludziach ze wsi, którzy pogonili widłami światłego lekarza ze stolicy przysłanego z walizką szczepionek. A kuku! Jest odwrotnie. To hodowcy urządzają blokady dróg i demonstracje, by żądać od władz zgody na szczepienia.
Preparaty są dostępne, i to za darmo, Komisja Europejska jest gotowa za nie zapłacić i przysłać. Ale rząd w Atenach nie chce. Oficjalnie dlatego, że szczepionki nie mają wszystkich dopuszczeń (choć unijne urzędy mówią, że nie ma z tym problemu), a poza tym że przez masowe zaszczepienia owce będą miały przeciwciała, co sprawi, że mogą być problemy z eksportem. No i że w ten sposób Grecja zyska przykre znamię endemicznego ogniska tej choroby.
Złośliwcy – a w przypadku polityki rolnej, wierzcie mi, złośliwość jest często jedynym kluczem do prawdy – mają piękne w swej prostocie wyjaśnienie: gdyby zaczęła się masowa kampania szczepień, to po liczbie zamówionych preparatów szybko by się doszło, ile jest naprawdę owiec w kraju.
W statystykach sporządzanych na potrzeby rozliczania Wspólnej Polityki Rolnej pogłowie małych przeżuwaczy wynosi 15 milionów. Podczas gdy rozsądne szacunki rynkowe, przyjęte jako konsensus także w agendach unijnych odpowiedzialnych za np. handel, mówią, że chodzi ich po tamtych pastwiskach milionów siedem, góra osiem. Na cierpliwym papierze beczącą potęgą okazuje się Kreta, tyle że kiedy się przeliczy objętość wydojonego tam mleka (to trudniej „wykreować”), to nagle kreteńska owca daje go trzy razy mniej niż jej siostra z Tesalii.
Grecki rząd może chcieć uniknąć takiego momentu prawdy, bo i tak ma na karku od roku inspekcje z Brukseli, które próbują rozgryźć działający kilkanaście lat system wyłudzania setek milionów euro na lipne pastwiska i pola. Przy czym ów zawiły przekręt wygląda, jakby powstał w samym sercu departamentu rozdzielającego środki i był przez jego wysokich urzędników co najmniej tolerowany.
To nie pierwsza zresztą w tej ojczyźnie Platona historia wielkich kombinacji bytami idealnymi. Były już wirtualne drzewa oliwne (aż zaczęto je liczyć z satelity), wirtualne budowy... Sęk w tym, że za każdym razem wszyscy odpowiedzialni wiedzieli, że coś tu się nie zgadza, że dane i raporty krzyczą fałszem na odległość, ale dla świętego politycznego spokoju udawali ślepych. Sarkali i śmiali się przy kolacji w domu, ale w godzinach pracy stemplowali oczywistą nieprawdę.
Premier Kanady Mark Carney przypomniał wielkim tego świata zebranym w Davos opowieść Václava Havla z „Siły bezsilnych” o propagandowym plakacie, który sklepikarz wystawia w witrynie, żeby nie mieć kłopotów, i jak ten odruch przemnożony przez miliony buduje fundamenty życia w fałszu, solidniejsze niż te podparte nagą siłą.
Jak twierdzi Carney w przemówieniu, które bardzo radzę przeczytać, długo żyliśmy w fałszu, gapiąc się na to, jak tzw. ład światowy ewidentnie nie działa albo działa wybiórczo, na korzyść tych dużych i bogatych raczej. I że nie da się go dłużej bronić, tak jak pewnego dnia greckie owce zostaną policzone. O ile jakieś jeszcze zostaną przy życiu.
Wybite dotąd setki tysięcy owiec to niewielka część greckich stad, ale na pewno feta, już obecnie nietania, będzie jeszcze droższa. W przypadku różnych sałatek i dań wykorzystujących nieśmiertelne połączenie szpinaku z fetą – znane choćby z potrawy spanakorizo, ale testowane przez nas w niezliczonych wariantach z takimi czy innymi dodatkami... – warto mieć oryginał.
Za to do różnych potraw przechodzących długą obróbkę termiczną nie mam skrupułów, gdy z powodu budżetu lub pośpiechu sięgam nawet nie po inny serek owczy, tylko po podrabianą tzw. polską fetę, czyli serek sałatkowy sprzedawany w podłużnych kostkach. Ale tylko tłusta wersja!
Przepis na tartę z karmelizowaną cebulą i niby-fetą

- 4 duże czerwone cebule
- 4 łyżki oliwy
- 4 łyżki cukru pudru
- 4 łyżki octu balsamicznego
- 200 g fety lub tzw. serka sałatkowego
- 100 ml śmietany 18%
- oregano lub tymianek lub zahatar
Kroimy na cieniusieńkie piórka cebulę.
Rozgrzewamy na średnim ogniu oliwę, podsmażamy cebulę; gdy się zaszkli, solimy, zmniejszamy ogień, wsypujemy cukier, dokładnie mieszamy, przykrywamy i dusimy tak na minimalnym ogniu ok. 10 minut, co jakiś czas sprawdzając, czy się nic nie przypala, i delikatnie mieszając.
Cebula powinna być całkowicie rozmiękła i lekko kleista. Kiedy osiągnie ten stan, wlewamy ocet, przykrywamy i znów podduszamy kilka minut.
Kiedy ostygnie, bierzemy podpieczony kruchy spód, wykładamy na niego serek sałatkowy rozrobiony ze śmietaną i ziołami. Na to idzie cebula. Jeśli dysponujemy prawdziwą fetą, możemy na wierzch jeszcze trochę jej pokruszyć.
Pieczemy w 180 stopniach ok. 30 minut, aż wierzch tarty będzie suchy i lekko chrupiący.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















