Sezonu ogórkowego w Niemczech nie będzie. Po wyborach we Francji także za Odrą szykuje się polityczne trzęsienie ziemi. Na wschodzie kraju rozkręca się wyborcza kampania: 1 września mieszkańcy Saksonii i Turyngii zdecydują, kto będzie rządzić w ich landach. Trzy tygodnie później to samo uczynią mieszkańcy Brandenburgii.
W Niemczech, które są federacją 16 landów posiadających szeroką autonomię, każde takie wybory mają dużą wagę. Ale te zbliżające się – szczególną. Niemcy wschodnie, teren dawnej komunistycznej NRD, od dawna idą politycznie w innym kierunku niż zachodnia część kraju. Choć od zjednoczenia minęły prawie 34 lata, niewidzialny szczelny mur rozdziela go na dwie nierówne części.
We wszystkich wschodnich landach od lat rośnie poparcie dla populistycznej i nacjonalistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Zajmuje na tych terenach pierwsze miejsce w sondażach i może liczyć na 29 proc. głosów w Brandenburgii, 31 proc. w Saksonii i prawie 29 proc. w Turyngii. To wciąż za mało, by samodzielnie rządzić. Odwiecznym problemem AfD jest fakt, że pozostałe partie wykluczają z nią współpracę.
Sytuację może odmienić pojawienie się nowej formacji, która w wielu punktach przypomina AfD: to Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW).
Chrzest bojowy
Jak wskazuje sama jego nazwa, ten polityczny projekt skupia się wokół jednej osoby. 54-letnia Sahra Wagenknecht to jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy niemieckiej polityki. Od lat jest ulubienicą telewizyjnych talk-show. Jej książki, w których opisuje problemy społeczne i sugeruje polityczne rozwiązania, podbijają listy bestsellerów.
Choć dotychczas wybierała raczej rolę outsiderki i komentatorki, to w tym roku postanowiła odkryć karty. Jej celem jest przejęcie władzy w całej republice. Trzy wschodnie landy stają się chrzestem bojowym dla jej ugrupowania.
W sondażach partia Wagenknecht ma już 17 proc. poparcia w Brandenburgii, 15 proc. w Saksonii i 20 proc. w Turyngii, a słupki wciąż rosną. To dużo jak na partię, która powstała w styczniu, i której jedyną rozpoznawalną postacią jest jej liderka. Ale to też za mało, by marzyć o samodzielnych rządach. Czy dojdzie więc do sojuszu dwóch populizmów: tego spod znaku AfD i tego skrajnie lewicowego, reprezentowanego przez Wagenknecht? „Tygodnik” udał się do Brandenburgii, by rozmawiać z politykami i wyborcami obu formacji.

Dwa światy
To, że w jakimś miejscu odbywa się wydarzenie organizowane przez AfD, można łatwo poznać po tym, że od razu zjawia się tam kontrdemonstracja. Nie inaczej było w Panketal, gdzie pod koniec czerwca lokalne struktury AfD zorganizowały debatę „Wojna czy pokój”.
Panketal jest gminą leżącą w tzw. berlińskim sadełku, jak nazywa się miejscowości otaczające Berlin. Z centrum stolicy można tu przyjechać podmiejską kolejką. Podróż zajmie niecałe pół godziny. Najpierw opuszcza się strefę A, później B. Panketal to już strefa C, poza granicami Berlina. Witamy w Brandenburgii. Tutaj zakupy robi się w OBI, a nie, jak w Berlinie, w niszowych modowych sklepikach. Zamiast wymyślnie podanych dań w tajskich i nepalskich knajpkach, tu jest zestaw w McDonaldzie lub kebab przy stacji kolejowej.
Życie na wschodnioniemieckiej prowincji i w metropoliach stanowią dwa światy. Granica przebiega także wzdłuż wyznawanych wartości i politycznych poglądów.
Co zaś łączy – także tu wielkim tematem jest dziś wojna. Ale, w przeciwieństwie do linii rządu i do poglądów większości wyborców w zachodnich landach, niemiecki Wschód jest nastawiony krytycznie wobec Kijowa i domaga się od kanclerza Scholza „rozwiązań pokojowych” – co w obecnych realiach oznaczałoby zostawienie Ukraińców na pastwę Rosji.
Obopólnie wykluczeni
Jeszcze zanim dojdzie do debaty w Panketal, na placyku między budynkiem urzędu gminy a przystankiem autobusowym staje grupka ludzi. Pod czujnym okiem policji rozkładają instrumenty muzyczne. – Chcemy pokazać, że nasze miasto jest tolerancyjne. Nie zgadzamy się na wykluczanie i dzielenie społeczeństwa – mówi „Tygodnikowi” Christiane, jedna z organizatorek protestu przeciwko AfD. To kolejny ich taki protest w tym miejscu na przestrzeni kilku miesięcy.
Nieformalna grupa zawiązała się po tym, jak media ujawniły treść rozmów dotyczących reemigracji, czyli planu masowego odesłania obcokrajowców za granicę. W rozmowach, obok przedstawicieli organizacji uznawanych za ekstremistyczne, brali też udział politycy AfD.
Gdy grupka jeszcze stroi instrumenty, po drugiej stronie ulicy nieoczekiwanie ustawia się kontrdemonstracja do kontrdemonstracji. Sytuacja robi się dość komiczna: pytani o powód swojego przybycia, tamci również zapewniają, że są za pokojem, tolerancją i przeciw wykluczeniu. Tyle że ci pierwsi są przeciw AfD, a ci drudzy przeciw poczuciu wykluczenia, którego doświadczają, gdy jako wyborcy AfD są wyzywani od „nazistów”.
Rozmowa o szacunku
Gdy na zewnątrz trwa konkurs, która grupa będzie głośniejsza, w środku lokalni członkowie AfD dyskutują o wojnie w Ukrainie. Zaproszony na tę okazję poseł Bundestagu Joachim Wundrak już lata temu przeszedł z CDU do AfD. Pochodzi z Niemiec zachodnich, jest byłym wojskowym. W temacie rosyjskiej agresji jest partyjnym outsiderem: trzyma się faktów. Popiera dostawy broni dla Ukrainy. Gdy w czerwcu prawie cała frakcja AfD opuściła plenum Bundestagu podczas mowy prezydenta Zełenskiego, Wundrak został.
To wszystko nie podoba się członkom AfD z Panketalu. Padają kolejne kontry, wybuchy oburzenia. Mówcy uważają, że winę za tę wojnę ponoszą Amerykanie, NATO, nawet Scholz. „Jak możemy zatrzymać dostawy broni? Kto za to płaci? Czy Niemcy to jeszcze suwerenny kraj?”. Dyskutanci nie chcą już słuchać Wundraka. Atmosfera robi się nerwowa.
Kilku zwolenników AfD wychodzi na papierosa. Anonimowo chętnie dzielą się swoimi poglądami. Mówią, że głównym powodem ich angażowania się w AfD jest chęć radykalnego zmniejszenia imigracji. Drugi powód: trzeba, ich zdaniem, skończyć z pomocą dla Ukrainy.
W rozmowie przewija się też poczucie odrzucenia. Mówią o braku szacunku. – Prowadzę warsztat samochodowy, ale młodym wmawia się, że praca fizyczna to coś, czego powinni się wstydzić – mówi jeden z lokalnych liderów AfD.
Rozmowa schodzi na wybory. – Nie uda nam się uzyskać samodzielnej większości – przyznają. A koalicjanci? Uważają, że w grę wchodzi tylko partia Wagenknecht („Ciekawa alternatywa”, „podobne postulaty”). – W sprawie wojny i imigracji Wagenknecht mówi to, co my. Tyle że w niej wciąż siedzi stara stalinistka – mówi polityk AfD.
Komunistka
Stalinistka, nowa Róża Luxemburg, Madonna neokomunizmu: do Sahry Wagenknecht na przestrzeni ostatnich trzech dekad przylegały różne chwytliwe określenia.
Odwołania do komunizmu nie są w jej przypadku przenośnią. Już jako nastolatka, dorastająca w NRD, obkuła się z Hegla, Marksa i Lenina. W 1989 r., mając niespełna 20 lat, wstąpiła w szeregi trzymającej wciąż władzę partii komunistycznej SED. Po zjednoczeniu Niemiec nie mogła pogodzić się z upadkiem komunizmu. W eseju „Marksizm i oportunizm” krytykowała każde odstępstwo od doktryny i sugerowała, że w najczystszej postaci komunizm występował w Związku Sowieckim za rządów Stalina.
I choć dekady później ten tekst zaliczyła do błędów młodości, nigdy nie wyrzekła się wiary w komunizm. Do ubiegłego roku była w Partii Lewicy, gdzie działała w ramach grupy Komunistyczna Platforma. Ale wąskie ramy programowe skrajnej lewicy w ostatnich latach coraz bardziej jej ciążyły. Lepiej czuła się w populistycznych hasłach. Zaczęła dublować postulaty AfD – tylko robiła to z większym wyczuciem i retorycznym wdziękiem.
Z dialektyczną brutalnością za wroga „klasy pracującej” uznała „liberalne elity”. W jej interpretacji ta uprzywilejowana grupa, zamiast walczyć o lepsze płace dla mas, woli popijać sojowe latte, roztrząsać kwestie genderowe i kręci nosem na „hołotę” głosującą na AfD.
Jej książka „Zadufani”, w której mniej więcej w takim tonie sportretowała wielkomiejską klasę średnią, okazała się jednym z hitów sprzedażowych ostatnich lat. W radykalizacji znalazła receptę na sukces. W styczniu jej Sojusz był już zarejestrowaną partią.
Poza prawicą i lewicą
Radykalna krytyka rządu i elit, podobnie jak u AfD podejście do imigracji i wojny, sprzeciw wobec unijnej polityki klimatycznej: wiele łączy Wagenknecht z AfD. Sondaże, w których obie partie uzyskują na wschodzie ponad połowę głosów, skłaniają do pytań o ewentualny sojusz obu skrajności. Bliższe spojrzenie komplikuje jednak tę układankę.
Poniedziałek, 1 lipca. Regionalne struktury BSW spotykają się w Poczdamie, stolicy Brandenburgii. Kilkadziesiąt osób, które przez ostatnie pół roku zgłosiły się do nowej formacji, zbiera się w hotelu Mercury. Jak w przypadku AfD, przeważają starsi mężczyźni.
Rozmowy toczą się spokojnie do chwili, gdy do sali wchodzi Wagenknecht. Od razu widać, że to jej partia. Skupia uwagę fotografów. Z jej słów wynika, że to nie Brandenburgia, lecz Berlin jest jej głównym celem. – Mamy najgorszy rząd w historii – atakuje. – Ale też najgorszą opozycję – dodaje, po czym nazywa Björna Höckego, szefa AfD w Turyngii, „faszystą”. To nie brzmi jak zaproszenie do wspólnych rządów.
W przerwie po jej wystąpieniu „Tygodnik” rozmawia z kilkoma działaczami BSW. Ciężko wyczuć radykalizm, który ciąży zawsze na rozmowach z ludźmi AfD. – Naszym celem jest zmiana polityki. Nie chcemy dalej podziału na prawicę i lewicę. Chcemy prowadzić mądrą politykę gospodarczą, tak aby miejsca pracy pozostały w Niemczech – tłumaczy Robert Crumbach, wybrany w Poczdamie wyborczą „jedynką” dla Brandenburgii.
Wcześniej angażował się w SPD, ale uważa, że socjaldemokraci przestali się troszczyć o robotników. – Nie mogłem się z tym pogodzić – mówi. Ponieważ Brandenburgia ma długą granicę z Polską, Crumbach rzuca postulatami, które dotyczą kwestii polsko-niemieckich: lepsza współpraca gospodarcza, wspólne kontrole granicy, więcej nauki polskiego w landzie.
Czy ten uśmiechnięty i sympatyczny polityk wyobraża sobie współpracę z AfD?
– Dobre rzeczy nie stają się złe dlatego, że popierają je niewłaściwi ludzie – odpowiada wymijająco. Dopytywany, przyznaje, że patrząc na propozycje AfD, trudno mu wyobrazić sobie z nią współpracę.
Antyzachodnie nastroje
Pierwsze wrażenie jest więc takie, że nowe ugrupowanie nie zamierza mościć sobie wspólnego łoża ze skrajną prawicą. Tyle że problemem może być nie tylko ich koalicja. Obie partie obsługują antyzachodnie i prorosyjskie resentymenty mieszkańców wschodnich Niemiec – tak twierdzi w rozmowie z „Tygodnikiem” Ilko-Sascha Kowalczuk, historyk i znawca tego regionu [patrz obok – red.]. Większość nie chce wolności i demokracji i życzy sobie autorytarnego państwa – to, zdaniem Kowalczuka, motywacje wyborców AfD i BSW. Dobre wyniki tych dwóch partii mogą prowadzić do zmiany nastrojów w całych Niemczech, choćby w kwestii wsparcia dla Ukrainy.
A że wiele może się jeszcze wydarzyć, gdy po wrześniowych wyborach dojdzie do konkretnych rozmów, na to wskazuje pewien szczegół z biografii Sahry Wagenknecht.
W swoich młodzieńczych latach spośród wierchuszki NRD miała najbardziej cenić postać Waltera Ulbrichta, stalinisty, który rządził twardą ręką aż do 1971 r. Jego fotografia miała wisieć na ścianie berlińskiego mieszkania Wagenknecht. W czerwcu 1961 r. Ulbricht zapewniał świat, że „nikt nie ma zamiaru budować muru”. Dwa miesiące później budowa słynnego muru berlińskiego, który na kolejne 28 lat podzielił miasto, ruszyła pełną parą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















