Na samym dole

Górą wielka polityka, której uproszczone meandry starają się nam przekazywać codzienne serwisy medialne. Od czasu do czasu zagarnia nas ten świat bezpośrednio: umownie, gdy w relacji z sondaży jesteśmy powiadamiani, że "tyle a tyle procent Polaków" nie zgadza się albo zgadza, oburza albo pochwala. I dosłownie, kiedy zapraszani jesteśmy do takich czy innych urn. Na co dzień jest to egzystencja na zupełnie innym poziomie. Gazety chowają dla niej dalekie strony, radio i telewizję trzeba przełączać na regionalny zakres. A i tak będą to skrawki. Codzienność, najważniejsza dla życia każdego z nas, w ogromnym wymiarze toczy się poza uwagą i troską polityków i dziennikarzy. Na szczęście.
Czyta się kilka minut

Tam na dole zasady i reguły postępowania nie są wirtualne i mają nieubłagane konsekwencje. Słowa oznaczające wartości znaczą to, co nazywają, bez cudzysłowu. Troska matki, by dziecko nie poszło do szkoły bez śniadania, decyduje w ogromnej mierze o tym, czy ono czegoś się nauczy, a uprzejme słowo do sąsiada z bloku przekłada się na możliwość zrobienia razem czegoś potrzebnego wszystkim mieszkańcom, bo ci ludzie znają się i lubią. Władza oceniana jest nie na podstawie migawek z sejmowych pyskówek pomiędzy partiami, ale według tego, czy zapewnia regularną wywózkę śmieci z osiedlowych pojemników i niezawodzącą komunikację do pracy. Duma z własnej małej ojczyzny, na przykład wobec przyjezdnych, zasadza się nie tyle na tym, że gdzieś w Warszawie przemawiano górnolotnie, a następny raz paradny krok defilady wzniecał oklaski patrzących, ile na tym, że ulice świecą czystością, a balkony od wiosny rozkwitają kwiatami. Jeżeli tak jest, oczywiście...

Dlatego, gdy czytam w "Tygodniku" zasłużone peany na cześć włoskiej Wspólnoty św. Idziego, apostołującej po świecie w intencji pokoju, czuję wdzięczność nie tyle za organizowane co roku międzynarodowe kongresy, ile za krzewienie także i u nas nie za bardzo popularnej zasady, że nie ma takiej biedy, w której nie można byłoby pomóc jeszcze biedniejszym od nas. Kiedy przy zbliżającej się rocznicy dwudziestolecia powołania pierwszego niekomunistycznego rządu czytam tytuł notatki na ten temat w bardzo ideowym dzienniku: "Ostatni premier PRL", boli mnie nie zajadłość autora, nakazująca mu operować samymi emocjami, lecz niezdolność do uczciwego przypomnienia jednego tylko faktu, że to pod tym rządem skończył się PRL i zaczęła Rzeczpospolita, i dlatego tytuł powinien był mieć drugą część: "i pierwszy premier RP". Dlatego (przeskoczę w rejon sobie najbliższy) z ulgą czytam o proteście krakowian przeciwko wycinaniu drzew na jednej z najpiękniejszych ulic miasta, alei 3 Maja, i dlatego dzisiaj, w niedzielę, ucieszyłam się, spotykając pod moim kościołem harcerzy, którzy coś już podjęli, żeby przygotować samym sobie zimowisko.

A nadto myślę, odłożywszy na bok wszystkie relacje z nieustannych wojen na górze czy na górach, że dopóki ludzie będą chcieli być dla siebie dobrzy, a nie tylko "walczyć ze złem", można nie tracić nadziei.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 38/2009