Rozpisano je na sześć dni. Głosowanie zaczęło się już we wtorek 21 stycznia, a według reżimu Białorusini tylko czekali na ten dzień, aby popędzić gromadnie do lokali wyborczych i oddać swoje głosy na Alaksandra Łukaszenkę. Przed niedzielą zagłosować miała już niemal połowa wyborców. Wszyscy cytowani przez reżimowych reporterów zapewniali, że poparli stabilność.
Spektakl wyborczy na Białorusi
Rzeczywiście trudno się z tym nie zgodzić, że człowiek, który po raz siódmy startuje w de facto bezalternatywnych wyborach, zapewnia już nawet nie polityczną stabilność, co stagnację, polityczną martwotę, nie gwarantując przy tym rozwoju. Z tego powodu w ostatnich latach kraj opuściło już od 250 tys. do 500 tys. Białorusinów – i to tych najbardziej aktywnych.
Spektakl miał swoją tradycyjną już oprawę. W lokalach wyborczych ustawiono lady z jedzeniem, odbywały się występy zespołów estradowych i ludowych. Byli też „międzynarodowi obserwatorzy”, zarówno z „państw niezaangażowanych”, jak i takich jak Niemcy, Szwajcaria czy Polska. Warszawę „reprezentował” ukrywający się na Białorusi przed polskim wymiarem sprawiedliwości sędzia Tomasz Szmydt, w Polsce podejrzany o szpiegostwo. „Dzień wyborów jest doskonale zorganizowany” – mówił każdy z „obserwatorów”.
Spacyfikowana opozycja
Wcześniej Łukaszenka okazał gest wobec Zachodu: w ciągu roku poprzedzającego „wybory” zwolnił niemal 300 więźniów politycznych, o czym informowały reżimowe media. Nie informowały, że jednocześnie trwały kolejne represje i pulę „zakładników” uzupełniano na bieżąco. Opozycja jest spacyfikowana – szef MSW Iwan Kubrakou mógł powiedzieć, że to były najspokojniejsze wybory w historii Białorusi.
W telewizji pokazano też, że żyją wciąż najbardziej znani więźniowie, w tym dziennikarze Radia Swaboda (finansowanego przez Waszyngton, jak w czasach PRL-u Radio Wolna Europa). Reżim uwolnił nawet Amerykankę, która odbywała wyrok w białoruskim więzieniu. Dyktator był tak dobry, że odsunął od granicy z Polską i Litwą nielegalnych migrantów. Pozwolił też zagranicznym dziennikarzom obserwować swoje „łże-wybory”, co propaganda wykorzystała jako dowód na „wolność słowa” i przejrzystość reżimu.
Czy Łukaszenka liczy na jakieś porozumienie z Zachodem?
Uwolnienie trzystu z ogólnej liczby tysiąca kilkuset więźniów politycznych czy chwilowe wyhamowanie wojny hybrydowej na granicy mogą sugerować, że dyktator może teraz podjąć próbę wykorzystania swojej „reelekcji” do choćby częściowej normalizacji stosunków z Zachodem.
Wszystkie te teatralne kroki, podobnie jak sam przebieg „kampanii” i „głosowania”, świadczą jednak, że tak naprawdę na Białorusi nic się nie zmieniło. Nie zmieniło się też nic w zależności Mińska od Moskwy. Warto, żeby Zachód o tym pamiętał.
PIOTR POGORZELSKI jest wicedyrektorem Polskiego Radia dla Zagranicy i autorem audycji „Po prostu Wschód” w radiowej Trójce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















