Nadia Terranova jest włoską pisarką, autorką kilkunastu książek dla dzieci oraz czterech powieści dla dorosłego czytelnika. Dostrzeżono ją nie tylko we Włoszech, ale też daleko za oceanem, a jeden z jej tytułów spotkał się ponoć z pochwałami francuskiej noblistki Annie Ernaux („Styl narracji Nadii Terranovej urzeka precyzją i wrażliwością”).
Pierwszą publikacją w Polsce, przed dziesięciu laty, była książka dla młodego, choć wyrobionego już czytelnika o Schulzu (to pewnie skusiło polskiego wydawcę). „Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać” (ilustr. Ofra Amit, tłum. Joanna Wajs, Format 2016) to inspirowana życiem i twórczością polsko-żydowskiego pisarza poetycka opowieść o sile wyobraźni pozwalającej przetrwać odmieńcowi. To, co go obciąża, Bruno przemienia w broń przeciw światu. I choć ten świat go w końcu unicestwia, chłopiec trwa w przestrzeni dającej mu od początku poczucie wolności – w sferze obrazu i słowa.
Prowincja – czy to dalekie galicyjskie miasteczko Drohobycz, czy tkwiąca na końcu włoskiego buta Kalabria i Sycylia – wyraźnie pociąga pisarkę, może dlatego, że choć mieszka w Rzymie, to urodziła się i dzieciństwo spędziła w sycylijskiej Mesynie. Inny występujący u niej leitmotiv to morze, będące tłem i bohaterem kolejnych dwu książek wydanych po polsku: jednej dla dorosłych i jednej dla dzieci.
Akcja powieści „I zadrżała noc” (tłum. Alina Pawłowska-Zampino, Mova 2024) toczy się przed, podczas i po tragicznym trzęsieniu ziemi 28 grudnia 1908 r. w rejonie Cieśniny Mesyńskiej. Dotknęło ono mieszkańców po obu stronach „Włoskiego Bosforu”. 20-letnia Barbara z Mesyny i 11-letni Nicola z Reggio Calabria nie znają się, ich dramatyczne historie toczą się równolegle. Przewrotny los skrzyżuje ich jednak ze sobą dwa razy: w chwili symbolicznej śmierci i odrodzenia.
Drogi Barbary i Nicoli plączą się jak „talia kart do tarota wymieszanych w ciemnościach przez wiatr” i układają w zaskakujące sensy. Bohaterowie zmagają się z traumą wywołaną zarówno przez zło naturalne (kataklizm), jak i osobowe, którego tamto pierwsze okazało się wyzwolicielem: chłopiec z pozornie dobrego, bogatego domu w zastępstwie zmarłych, przemocowych rodziców otrzyma wreszcie nowych, „prawdziwych”, a dziewczyna wyzwolona z duszącej presji oczekiwań ojca i konwenansu będzie mogła spełnić swe aspiracje, choć poniesie wysokie koszta. Pierwsze spotkanie obojga będzie wiązało się z krzywdą wyrządzoną im przez marynarza, który przybył z misją niesienia pomocy. Drugie – po latach – posłuży wyzwoleniu z przeszłości, nadającemu sens ich historii.
Po tej emancypacyjnej powieści przyszła znów kolej na książkę dla dzieci. We „Wszędzie widzę morze” pamięć o wakacjach spędzanych u babci pomaga dziewczynce imieniem Tatú przetrwać w mieście szare ponure miesiące zimowej pluchy i tęsknoty za bliskością oraz wybrzeżem.
Morze należy tu do sfery wyidealizowanego szczęścia, oderwanej od wszelkich rutyn wakacyjnej przygody z seniorką rodziny. Staje się też nośnikiem rodzinnej pamięci, a nawet katalizatorem opowieści pamięć uzdrawiającej. Kto chce lub kto potrzebuje, ten dojrzy, że za baśnią o czarnobrodym piracie zamieniającym dziewczęta w syreny oraz dziewczynie o kędzierzawych włosach skrywać się też może opowieść o porzuceniu.
Książka oswaja młodego odbiorcę z różnymi poziomami narracyjnymi. Świetne ilustracje wspomagają słowo – baśń wydrukowano w odcieniach fioletu. W warstwie obrazowej, nawet tej dotyczącej szarej codzienności, co i rusz pojawia się dyskretny kolorystyczny motyw z baśni-pamięci, która zawsze towarzyszy narratorce i czytelniczkom. Bowiem „zawsze widzieć morze” oznacza także: „w morzu zawsze widzieć własne życie”. „Morze to coś bardzo osobistego – mówi nam Tatú – to sprawa rodzinna”.
Struktura tekstu oraz nostalgiczny klimat wizualny intrygują i łagodzą nieco gorzki posmak opowieści. Zupełnie jak czereśniowy likier ziołową frittatę. Wszak otwierająca i zamykająca rozkładówka – za wspaniałymi klifami Wyspy Żarnowców, obok zakotwiczonego w zatoce statku pirata – ukazuje dymiący wulkan.
Nadia Terranova, WSZĘDZIE WIDZĘ MORZE, ilustr. Serena Mabilia, tłum. Luiza Krolczuk, Widnokrąg 2026.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











