Te pytania mało komu przychodzą do głowy. Postawiła je Anna Malinowska, katowicka dziennikarka i reportażystka. Dotychczas w kręgu jej zainteresowania pozostawał raczej Śląsk, lecz tym razem postanowiła zająć się „bliską zagranicą” i ściągnąć z Sosnowca łatkę miasta biednego, czerwonego i śmiesznego. Świadomie wybrała się tam z bagażem śląskocentrycznych stereotypów na temat Zagłębia i jego nieformalnej stolicy, by zakwestionować je w rozmowach z mieszkańcami, ożywiając też pamięć o dawnych obywatelach.
Sosnowice (do 1902 r. kilkudziesięciotysięczna wieś, nazwę zmieniono dopiero w międzywojniu) w swych początkach przypominały rodzinne miasto reporterki (choć pruski Śląsk stał cywilizacyjnie znacząco wyżej od Kongresówki). Rozwój przemysłu na całe dekady uczynił z Zagłębia mekkę przyjezdnych, najpierw z pobliskich powiatów zaboru rosyjskiego, a w okresie PRL z całej Polski. Wielu mieszkańców nie ma tradycji długiego trwania w tym miejscu, co młodej psycholożce skojarzyło się z Warszawą (Sosnowiec bywa nazywany najbardziej na południe wysuniętą dzielnicą stolicy).
Budowaniu miejscowej tożsamości nie sprzyja samo miasto, pozbawione „powabu pejzażu” i pomysłu na siebie. To w większości blokowiska. Miejsc, gdzie można spędzić wolny czas, trzeba długo szukać. Nie rozwinął się ruch tożsamościowy czy kulturalno-towarzyskie życie miejskie, chociaż Sosnowiec wszedł do literatury oraz na scenę. Kafelek posadzkowy w starej kamieniczce z napisem „A. Korzeniec Sosnowice” zainspirował Zbigniewa Białasa do napisania „Korzeńca” – portretu miasta przed I wojną światową. Powieść stała się kanwą spektaklu w Teatrze Zagłębia. Zresztą sosnowiecka scena lokalność uczyniła swoim atutem.
Malinowska poprzez znanych i nieznanych bohaterów opowiada mikrohistorie miejsc i ludzi, wyszukuje je w pamięci rozmówców, w starych gazetach, w publikacjach i archiwach. Również oba wymienione na początku nazwiska pojawiają się w tych reportażach. Ale z cienia słynnego śpiewaka wydobywa np. ormiańską założycielkę pierwszej, przedwojennej szkoły muzycznej w mieście, a postać I sekretarza KC PZPR jest częścią opowieści o rzekomo „czerwonym Zagłębiu”: silnym tu ruchu robotniczym (zmitologizowanym po II wojnie jako kolebka komunizmu), podatności na PRL-owską propagandę, o awansie społecznym i pułapce rozwojowej poprzemysłowego ośrodka. Także o skomplikowanej historii tutejszego katolicyzmu (od wizyty Jana Pawła II w 1999 r. – największego wydarzenia religijnego i społecznego w dziejach miasta – do głośnych ostatnio skandali i niskiej frekwencji dominicantes), a w jego tle innych wyznań. Rodzinną historię opowiada prawosławny ksiądz, który po ojcu przejął probostwo tutejszej prawosławnej parafii (a zawód jeszcze po pradziadku). Inny rozmówca prowadzi autorkę na nekropolię czterech wyznań w mieście niegdyś czterech języków (polskiego, niemieckiego, rosyjskiego, jidysz).
Malinowska wydobywa z niepamięci historię Polaków, ukrywających pod podłogą troje Żydów, czy niemieckich przemysłowców – współtwórców rozwoju miasta – którzy wobec wojny celnej Prus z Rosją (1877) przenieśli się na drugi brzeg granicznej Brynicy, by móc kontynuować swe biznesy na rynku sięgającym aż po Chiny. Ich siedziby rodowe, o ile przetrwały, mieszczą dziś muzeum, sąd rejonowy, albo znajdują się w rękach prywatnych…
Reporterka nie mogła pominąć tematu animozji, ale i licznych więzów łączących Śląsk z Zagłębiem – i pozostawia otwartym pytanie o przyszłość realnej integracji obu regionów.
Czytamy o wyniosłym stosunku „hanysów” do „goroli”, o bójkach chłopaków z przygranicznych dzielnic Katowic i Sosnowca czy obawach górników z likwidowanej sosnowieckiej kopalni, którzy po przeniesieniu do śląskich grub nie zawsze spotykali się z życzliwością nowych kolegów. Ale też o miłośniczce godki, która na konkurs „godania” przyjechała z Sosnowca… O pomocy udzielanej przez Zagłębie podczas powstań śląskich i o przywożeniu w PRL-u „goroli” na Śląsk w teczkach.
Niektórzy rozmówcy próbują mitologizować ten labirynt ulic i blokowisk. Czasem na wyrost (porównując do Dublina Joyce’a), ale nowe pokolenie, niekoniecznie tu zamieszkałe (miasto się starzeje i kurczy), odczuwa potrzebę zbudowania nowej narracji. Obok literatury czy spektakli (na „Korzeńcu” się nie skończyło), odkrywa się pamięć i promuje wybitnych sosnowiczan. Rekonstruuje ciekawą historię nieciekawego miasta.
Ta podróż „za granicę” jest mi bliska – wielokrotnie tędy przejeżdżam bez zatrzymywania się, w drodze do mojej czeladzkiej familii. A tam to ja jestem trochę „obcym”, który chciałby zdrapać rdzę stereotypów i dogrzebać się własnej rodzinnej historii. Bez jej mitologizowania, a przynajmniej z umiarem.
Anna Malinowska SOSNOWIEC. NIC ŚLĄSKIEGO, Czarne, Wołowiec 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















