Moi Niemcy

Ze smutkiem, ale i wewnętrznym sprzeciwem przeczytałam list pana Winfrieda Lipschera "Stommów brak" ("TP" nr 36/06). Jestem Polką i od siedmiu lat żoną Niemca, moje kontakty z kulturą niemiecką należą więc do codzienności. Mamy troje małych dzieci (pięcio- i trzyletnie oraz półroczne), mieszkamy na granicy polsko-niemieckiej w mieście szumnie nazywanym Europejskim Miastem Görlitz - Zgorzelec. Nie twierdzę, że nie dostrzegam fasadowości tej nazwy - po obu stronach Odry istnieją mniej lub bardziej "pielęgnowane" stereotypy myślowe, stawiające Niemców i Polaków pod pręgierzem nieprzezwyciężonej (a często po prostu nieznanej) historii czy skostniałych, a wstydliwych cech narodowościowych. Po obu stronach dostrzegam czasem żenującą ignorancję, podszytą impertynenckim przeświadczeniem o własnej "lepszości". Wielu Niemców interesuje się bliskością Zgorzelca jedynie ze względu na okazję tańszych zakupów (wśród uczniów mojego męża nie są rzadkością osoby, które - od urodzenia mieszkając w Görlitz - nigdy nie wybrały się za Odrę, ba! jedna nie potrafiła nawet wydobyć z pamięci nazwy sąsiedniego Zgorzelca). W 60-tys. Görlitz chyba tylko nieliczną grupę mieszkańców obchodzi polska kultura, choć istnieje wprawdzie tradycja "polskich śród" na comiesięcznych spotkaniach dyskusyjnych, niemiecki literaturoznawca stara się propagować twórczość polskich pisarzy, wychodzi "Silesia Nova", jedna z księgarń specjalizuje się w sprowadzaniu tłumaczeń polskiej literatury. Jednak liczba zainteresowanych tą działalnością oscyluje często maksymalnie koło dziesiątki. Przygotowany przeze mnie w zeszłym roku na zamówienie tutejszej Volkshochschule (jestem doktorem nauk humanistycznych) cykl wykładów o wspólnej przeszłości Polaków i Niemców w XX wieku w ogóle się nie odbył, gdyż nikt zainteresowany proponowaną tematyką się nie znalazł.
Czyta się kilka minut

Polacy z kolei przyjmują często pozę wiecznie obleganej niewinnej twierdzy ("bo to oni nas kiedyś napadli i na dodatek ciągle coś przeciw nam knują") lub zakompleksiałego ubogiego sąsiada, którego aspiracje kulturalne wyznacza często popyt na kicz (vide dysproporcja między poziomem niemieckiego "Święta Staromiejskiego" a polskimi "Jakubami"), wyrafinowanie zaś przejawia się w przyjmowaniu z całkowitą oczywistością pomocy materialnej (np. zasiłki wychowawcze dla polskich rodzin mieszkających w Görlitz) przy całkowitej niechęci do integracji środowiskowej (nikłe zainteresowanie nauką języka).

A jednak - wbrew tezie pana Lipschera o kurczeniu się ojczyzny i wymieraniu "Stommów" - uważam, że taka ojczyzna trwa dalej, co więcej - rozwija się i rośnie na moich oczach: w moich dzieciach i dzieciach tutejszych polsko-niemieckich małżeństw, których jest już w Görlitz ponoć około pięciuset. Tę ojczyznę stanowią ludzie, dla których zdolność do bycia dobrym człowiekiem nie wiąże się z narodowością, co nie oznacza jednak, że nie powinni znać własnej przeszłości. Dla których porozumienie między Polakami i Niemcami należy do oczywistości dnia codziennego. Dla których dwujęzyczność jest nie tylko codziennością, ale i szansą czerpania ze źródła obu kultur - z szacunkiem, ale i prostotą wynikającą z poczucia bycia u siebie w domu.

Nie podzielam goryczy pana Lipschera, gdy pisze: "Z kim tu jeszcze rozmawiać, snuć plany o współpracy polsko-niemieckiej, dla której tyle zrobiliśmy? Czy jeszcze warto? Komu na tym jeszcze zależy?". Znam niemieckiego księdza, który z wielkim samozaparciem uczy się polskiego, by móc porozumieć się z licznymi polskimi parafianami; znam niemieckich rodziców wysyłających dzieci do polskiego przedszkola, a wreszcie znam siebie, którą temat wspólnej historii i wspólnej teraźniejszości Polaków i Niemców oraz sposób mówienia o niej dzieciom głęboko obchodzi. Wychowana na "Czterech pancernych" i "Kapitanie Klossie", impregnowana od dzieciństwa na wzmianki o "dobrych Niemcach", odczuwam dzięki swojej dwunarodowej rodzinie absurdy wielowiekowych uprzedzeń i konieczność ich przezwyciężania. Zapewniam pana Lipschera, wątpiącego w owoce swoich działań, że obok żałosnego wydźwięku mów polityków, istnieje jeszcze nie tak zgiełkliwe, lecz o wiele bardziej żywotne, życie zwykłych ludzi, dla których "Polacy" i "Niemcy" są ważni, bo mają twarze osób najbliższych. I chociaż zamilkł głos prof. Stommy, świat ludzi myślących podobnie jak on i pan Lipscher rozrasta się i ma się całkiem dobrze.

SŁAWOMIRA VOGEL (Görlitz, Niemcy)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2006