Mistyka a polityka

Główną sensacją wizyty Dmitrija Miedwiediewa w Polsce powinna być jej zwyczajność.

30.11.2010

Czyta się kilka minut

Jeśli uporamy się z trudną historią i odłożymy na bok równie skomplikowane sprawy polityki międzynarodowej, okaże się, że stosunki polsko-rosyjskie zależne tylko od Warszawy i Moskwy są dość banalne. A to rosnąca wymiana handlowa, a to otwarcie nowego przejścia granicznego. W innych sprawach możemy liczyć na pomoc, a czasem musimy pytać o zdanie Unię Europejską, w jeszcze innych możemy schować się pod parasolem NATO. Jedyną sprawą potencjalnie niebezpieczną w bieżących bezpośrednich relacjach polsko-rosyjskich wydaje się kwestia śledztwa smoleńskiego. Tak jak zatruwa polską politykę, tak może rzutować na stosunki z naszym sąsiadem - jeśli polska opinia publiczna będzie miała podstawy, by podejrzewać, że coś tu jest nie tak.

Czy gdy - jednak miejmy nadzieję - kwestia katastrofy zostanie definitywnie wyjaśniona, będziemy mogli powiedzieć, że wszystko jest już normalnie, business as usual? Nie do końca. W naszych relacjach uderza brak dużych dwustronnych projektów - gospodarczych, politycznych. Polska i Rosja nic wspólnie jeszcze światu i Europie - a nawet sobie samym - nie zaproponowały. Wyjątkiem jest projektowane przez ministerstwo kultury Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Oczywiście taka sytuacja ma swoje przyczyny... głównie historyczne.

Białe plamy - czarne plamy

Jeśli miernikiem stosunków sąsiedzkich miałyby być wizyty głów państw, a zwłaszcza ich częstotliwość, to rzeczywiście relacje polsko-

-rosyjskie były w złym stanie. W ostatnich latach zdarzały się one nad wyraz rzadko i raczej dotyczyły rocznicowych obchodów (Oświęcim, Westerplatte) czy innych nadzwyczajnych uroczystości (pogrzeb Lecha Kaczyńskiego) niż rozmów o wzajemnej współpracy.

Wizyta Dmitrija Miedwiediewa w Polsce miałaby więc szanse stać się pierwszą, podczas której głównym tematem jest przyszłość relacji polsko-rosyjskich niż ich przeszłość i wzajemne pretensje. Tym bardziej że moment jest sposobny. Od trzech lat trwa zapoczątkowany przez rząd PO proces ocieplania wzajemnych stosunków. Odblokowano kanały komunikacyjne, zaczęto rozmawiać i wspólnie się spotykać. Reaktywowano działalność polsko-rosyjskiej grupy ds. trudnych, na której czele stanął Adam Daniel Rotfeld (ze strony rosyjskiej Anatolij Torkunow). Ten wytrawny dyplomata potrafi rozmawiać z Rosjanami jak mało kto, dlatego Rotfeld stał się wręcz nieformalnym architektem polskiej polityki wobec Rosji - także w sprawach bieżących. I właśnie na czas wizyty Miedwiediewa zapowiedział on prezentację księgi "Białe Plamy - Czarne Plamy" - będącej efektem pracy grupy ds. trudnych, której głównym celem było oczyszczenie przedpola dla współpracy. Wyjątkowe to wydawnictwo, liczące 900 stron, jest pierwszą taką próbą spojrzenia na historię relacji między Polakami a Rosjanami w XX w. i, jak określa to Rotfeld, próbą swoistej "inwentaryzacji" spraw wymagających dalszych badań.

Księga zawiera kilkanaście rozdziałów opisujących ostatnie 90 lat: od relacji Polski z Rosją bolszewicką w okresie 1917-1921, po współczesny stosunek do wspólnej historii - kwestię archiwów i historiografię. Każdy temat został pokazany w ujęciu polskim i rosyjskim. Wśród autorów wystarczy wymienić Andrzeja Paczkowskiego, Darię Nałęcz, Marka Kornata czy śp. Andrzeja Przewoźnika ze strony polskiej, Giennadija Matwiejewa, Natalię Lebiediewą i Albinę Noskową ze strony rosyjskiej, by mieć pewność, że jest to opracowanie najwyższej próby. Redaktorzy tomu, Rotfeld i Torkunow, podkreślają, że nie kierowali się polityczną poprawnością i pozostawili autorom pełną swobodę. To widać - zwłaszcza tam, gdzie zarysowują się istotne różnice.

Także Rosjanie przygotowywali się do wizyty. Ubiegłotygodniowa uchwała Dumy w sprawie Katynia miała być pozytywnym sygnałem, oczyszczającym przedpole przed wizytą. Szkoda, że z jej treścią nie koresponduje stanowisko rosyjskiego rządu, który, o czym poinformował Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, nie uważa, by miał odpowiadać w sprawie polskich oficerów. Poza tym, że treść uchwały rosyjskiego parlamentu nie jest może przełomowa, to jednak nie sposób nie docenić jej znaczenia także w wewnątrzrosyjskiej debacie. Dla Polaków to musi brzmieć dziwnie, ale Rosjanie nie bardzo rozumieją istotę sporu o Katyń, jako że sami nie rozliczyli się jeszcze z okropnościami własnej przeszłości. Oficjalne stwierdzenie, że Stalin był zbrodniarzem, jest ważnym w tym kierunku krokiem.

Trzeba więc docenić gest Dumy (a więc Kremla), biorąc pod uwagę społeczne i historyczne uwarunkowania panujące w Rosji. Polacy jednak oczekują czegoś więcej - i miejmy nadzieję, że Miedwiediew o tym wie. Historia zatem pozostaje główną "trudną sprawą", a wśród zagadnień historycznych na pierwszym miejscu wymienić należy właśnie Katyń. Z tym że, co zauważyli Adam Rotfeld i Anatolij Torkunow, "to nie zbrodnia katyńska podzieliła Polaków i Rosjan. Dzieliło nas kłamstwo o tej zbrodni". W gruncie rzeczy problemem nie jest ocena historyczna mordu w Katyniu - to już mamy za sobą - ale jak najbardziej bieżąca postawa rosyjskiej prokuratury i rosyjskich władz.

Czy wynieśliśmy z historii tego kłamstwa jakąś naukę? Pokaże to śledztwo w sprawie smoleńskiej. Bo, parafrazując powyższy cytat, to przecież nie sama katastrofa może wywołać problem w relacjach polsko-rosyjskich, ale brak pełnej prawdy o jej przyczynach. Nikt poważny nie obwinia Rosjan o spisek na życie Lecha Kaczyńskiego, ale niepokoić muszą szczegóły śledztwa. Nie może tu być miejsca dla spekulacji, że Rosjanie chcą ukryć bałagan, jaki panował przy okazji tej wizyty na lotnisku pod Smoleńskiem.

Dlaczego historia zajmuje tak wiele miejsca we wzajemnych relacjach? Ano dlatego, że wbrew pozorom Polska i Rosja nie mają już znów tak wielu punktów stycznych, które dotyczyłyby jedynie stosunków bilateralnych. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, wicedyrektorka Ośrodka Studiów Wschodnich i autorka jednego z rozdziałów "Białych Plam - Czarnych Plam", wymienia cztery główne problemy, z jakimi borykaliśmy się po przełomie z lat 1989 i 1991. Były nimi dekonstrukcja rosyjskiej dominacji w Polsce i polityka Warszawy wobec UE i NATO; polityka obu państw wobec krajów Europy Wschodniej; relacje w sferze energetycznej; interpretacje wspólnej przeszłości i związane z tym działania.

W Unii raźniej

Pod koniec 2010 r. można śmiało powiedzieć, że choć niektórzy widzą Polskę jako kondominium niemiecko-rosyjskie, Warszawa jest od dawna wolna od dominacji Moskwy. Jeśli z agendy zdejmiemy też właśnie historię - to właściwie problematyczne zostają sprawy polityki międzynarodowej, dotyczące stron trzecich - jak Ukraina czy Gruzja.

Kwestie takie, jak relacje w sferze energetycznej, niezależnie od kontrowersji, które wzbudzały negocjacje prowadzone przez Waldemara Pawlaka na temat nowej umowy gazowej, coraz częściej przechodzą ze sfery stosunków bilateralnych w sferę problematyki, którą zajmuje się Unia Europejska. Wspólna polityka energetyczna Unii wykluwa się powoli, ale mieliśmy jej przedsmak w momencie, gdy Bruksela zgłosiła zastrzeżenia do pewnych - niekorzystnych dla Polski - punktów negocjowanej umowy. Co ważniejsze jednak, udział rosyjskiego surowca w europejskiej gospodarce z roku na rok maleje i w przyszłości w ogóle może się okazać, że role się odwrócą i także Gazprom będzie musiał przyswoić sobie formułkę "nasz klient, nasz pan".

Innym dobrym przykładem tego, jak kwestie dwustronne nie podlegają jedynie politykom w Warszawie i Moskwie, może być należący już do historii spór o rosyjskie embargo na polskie mięso. W listopadzie 2005 r. Rosja wprowadziła zakaz sprowadzania polskich produktów rolnych. W odpowiedzi Polska zablokowała rozmowy Unii z Rosją na temat nowej umowy o partnerstwie i współpracy. Duże kraje unijne poparły Warszawę i na szczycie w Samarze w 2007 r. kanclerz Niemiec i przewodniczący Komisji Europejskiej uznali, że kwestia embarga jest elementem relacji unijno-rosyjskich. To był jasny sygnał dla Rosjan, którzy pół roku później embargo znieśli.

Coraz więcej podobnych sytuacji, dotyczących przepływu osób czy towarów, wpisuje się w politykę Unii Europejskiej wobec Rosji czy także innych krajów Europy Wschodniej. Tak jest przecież z granicami - odkąd Polska jest w strefie Schengen, wszelkie pomysły ułatwień wizowych czy przemieszczania się mieszkańców przygranicznych rejonów muszą być zgodne z prawem unijnym. I jeśli chcemy otworzyć naszą granicę dla mieszkańców obwodu kaliningradzkiego, to poza porozumieniem polsko-rosyjskim konieczne są takie kroki, jak wspólny list władz Polski i Rosji do Komisji Europejskiej w sprawie zmian w schengeńskim systemie. Nam pozostaje regulowanie kwestii żeglugi przez Cieśninę Pilawską i budowanie nowych przejść granicznych - jak Mamonowo-Grzechotki, którego otwarcie do końca roku zapowiedziano kilka tygodni temu.

Zauważyć wypada, że jak do tej pory prawo unijne i zasada solidarności wydają się albo bronić spraw polskich w relacjach z Rosją, albo są wręcz bardziej restrykcyjne względem Rosjan niż polskie pomysły. Nie jest to wymierzone w Moskwę, Unia po prostu broni zasad wolnej konkurencji - z którą rosyjskie przedsiębiorstwa mają kłopot - lub też własnych mieszkańców przed nieproszonymi gośćmi. Rosyjska granica jest najdłuższa na świecie, styka się z najbardziej problematycznymi rejonami świata - gdzie przemyt i terroryzm kwitną - dlatego tę ostrożność można zrozumieć.

Także tak istotne kwestie jak bezpieczeństwo narodowe w coraz mniejszym stopniu stają się "narodowe". Polska dlatego tak uparcie dążyła do członkostwa w NATO, by jej głównym zmartwieniem nie była groźba agresji ze wschodu. Teraz, zwłaszcza po niedawnym szczycie NATO w Lizbonie, gdzie podkreślono solidarną troskę o bezpieczeństwo wszystkich członków Sojuszu, problem w coraz mniejszym stopniu zaprząta nasze głowy.

 Pieniądze to nie wszystko

Umowa gazowa, sprzedaż mięsa, żegluga, mały ruch graniczny. Powiedzmy szczerze: są to kwestie dość prozaiczne. Choć dotyczą nieraz wielkich pieniędzy, to przecież podobne sprawy w relacjach z innymi państwami już nie wzbudzają emocji i nie lądują na czołówkach gazet. W przypadku Rosji jest inaczej. Za większością prozaicznych spraw stoi bowiem wielka polityka. Embargo na mięso i polskie weto wobec nowej umowy UE-Rosja były bronią zastępczą i służyły rywalizacji na zupełnie innej przestrzeni: w Europie Wschodniej.

Polska chce przyciągać byłe radzieckie republiki do Unii Europejskiej - słusznie sądząc, że poszerzanie strefy bezpieczeństwa i wolnego rynku na Wschód jest także w naszym interesie. Rosja odbiera to jednak jako ingerencję w jej "strefę wpływów". Polska odrzuca pojęcie stref wpływów. Też słusznie - Europa Wschodnia powinna sama umieć wybierać alianse i przez to własną przyszłość.

Problemem - nie tylko polskim zresztą - było prezentowanie wspierania demokratycznych przemian w Europie Wschodniej jako działania wymierzonego w Rosję. To niepotrzebnie zadrażniało relacje i utrudniało Rosjanom oswojenie się z pewnymi procesami. Wsparcie, którego Polska udzielała politykom wyniesionym przez kolorowe rewolucje, niektórzy widzieli jako element odwiecznego sporu Polski i Rosji o przywództwo w świecie słowiańskim, zapoczątkowanego jeszcze w czasach jagiellońskich. Efektem było i to, że Warszawa i Moskwa właściwie nigdy nie współdziałały przy rozwiązywaniu konfliktów i problemów w regionie - zapewne ze stratą dla wszystkich zainteresowanych.

Co interesujące, napięte relacje polsko-rosyjskie nie wpływały kompletnie na rozwój wymiany handlowej. Już w 2005 r., zaraz po Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie, wymiana handlowa między naszymi krajami wyniosła 13 mld dolarów, dwa lata wcześniej było to o połowę mniej. Nawet w kryzysowym 2009 r. obrót handlowy wyniósł 17 mld dolarów, a rok wcześniej blisko 30 mld dolarów. W tym roku znów mamy znaczny wzrost - choć wciąż na korzyść Rosji, głównie dlatego, że to my kupujemy gaz. Jedno jest jednak pewne: polsko-rosyjska współpraca gospodarcza jest bardziej podatna na procesy gospodarcze niż awantury polityczne. W 2003 r. Polacy zainwestowali w Rosji raptem 20 mln dolarów, pięć lat później już 320 mln, ale gdy przyszedł kryzys finansowy, wielkość inwestycji spadła o 40 procent, choć trwało wtedy wyraźne polityczne ocieplenie. Wydaje się więc, że wszystko, co mogą robić politycy w tej kwestii, to nie przeszkadzać. Choć bowiem Polska, jak wynika z nieoficjalnych danych, wśród rosyjskich priorytetów zajmuje miejsce dopiero w pierwszej czterdziestce, to jako partner handlowy Rosji wśród krajów UE jesteśmy na czwartym miejscu.

Rosja jak Szwajcaria

Pomysłodawcy Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia w uzasadnieniu do tworzonej właśnie ustawy przytoczyli słowa publicysty "Kultury", Juliusza Mieroszewskiego, z 1967 r. Mieroszewski napisał wówczas, że "zagadnienie polsko-rosyjskie jest problemem politycznym, a nie mistycznym", i postulował, że dla jego rozwiązania należy go "wpierw wydobyć na światło dzienne z gąszczu emocji, niekontrolowanych reakcji i głuchej, a upokarzającej nienawiści. Jako naród o kulturze zachodniej powinniśmy w dialogu polsko-rosyjskim reprezentować nie wschodni fatalizm, zaprawiony bezsilną nienawiścią - lecz chłodne rozeznanie, oparte o beznamiętną analizę naszych narodowych interesów. Pewne prawdy są bezsporne. Wieczysta wzajemna wrogość pomiędzy Polską i Rosją nie leży w polskim interesie. Rzetelne i sprawiedliwe wyrównanie stosunków pomiędzy przyszłą Polską i przyszłą Rosją wzmocniłoby Rzeczpospolitą niezmiernie - otwierając przed nią szerokie perspektywy rozwojowe, których jest pozbawiona od czasów rozbiorów".

Dobrze, że cytat będzie przyświecał powstaniu Centrum. Polacy niczego innego w tym momencie nie potrzebują, jak tylko chłodnego spojrzenia na wzajemne relacje. Do tej pory rządziły nami emocje - strach, nienawiść, pogarda, ale też bezmyślny zachwyt. Jeśli uda się zamknąć spory historyczne, a stosunki polsko-rosyjskie najpierw sprowadzić do bieżących kwestii, to następnym krokiem mogą być projekty śmielsze, na które teraz pewnie obie strony nie są jeszcze gotowe.

Pierwszą jaskółką jest opublikowany właśnie przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych i Moskiewski Państwowy Instytut Spraw Międzynarodowych raport, postulujący dążenie Rosji do takiego statusu w relacjach z UE, jaki mają Norwegia i Szwajcaria - chodzi głównie o swobodny przepływ ludzi, towarów i usług. Eksperci napisali: "Odrzucenie logiki konkurencji w relacjach UE-Rosja przyczyniłoby się do zwiększenia efektywności wysiłków na rzecz łączenia narodów europejskich w jedną, zintegrowaną całość. Strategiczne stowarzyszenie Rosji z Unią Europejską powinno być dalekosiężnym celem, a krokiem w stronę jego osiągnięcia mogłoby się stać zbliżenie do siebie inicjatyw Partnerstwa Wschodniego i Partnerstwa dla Modernizacji i wykorzystanie ich jako katalizatora przemian w stosunkach UE-Rosja".

Dokument już wzbudził szereg kontrowersji, można się zastanawiać nad szansami jego realizacji, niemniej trzeba przyznać, że jeszcze kilka lat temu nikt nie uwierzyłby, że jego współautorami są Polacy i pracownicy państwowych instytucji. Jeszcze jeden znak czasu.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Publicysta, dziennikarz, historyk, ekspert w tematyce wschodniej, redaktor naczelny „Nowej Europy Wschodniej”. Wieloletni dziennikarz „Tygodnika”. Autor i współautor książek: „Przed Bogiem” (2005), „Białoruś - kartofle i dżinsy” (2007), „Ograbiony naród ‒… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 49/2010