Reklama

„Miłosza w sobie zabijam"

„Miłosza w sobie zabijam"

02.08.2006
Czyta się kilka minut
Tom szkiców Czesława Miłosza "Zaczynając od moich ulic ukazał się po raz pierwszy nakładem paryskiego Instytutu Literackiego w roku 1985. W Polsce dwa lata później opublikowała go podziemna Niezależna Oficyna Wydawnicza, a po upadku komunizmu - Wydawnictwo Dolnośląskie (1990). Od tego ostatniego wydania minęło już lat 16, w czasie których "Zaczynając... znikło z księgarskiego rynku, ale może też po trosze ze świadomości czytelników, zwłaszcza młodszych. Dziś otrzymujemy edycję kolejną, w ramach "Dzieł zebranych Miłosza.
P

Ponad 600-stronicowy tom zbiera teksty napisane w ciągu 40 lat, w okupowanej Polsce, we Francji i Ameryce: od eseju o Witkacym powstałego w roku 1943, poprzez artykuły z "Kultury" po przemówienie noblowskie. Są to więc dzieła pisarza, który przeszedł drogę od przedstawiciela rasy przeznaczonych na wyniszczenie niewolników do laureata najważniejszej literackiej nagrody Zachodu, od skazanego na zapomnienie banity, zdrajcy ludowej ojczyzny, do ucieleśnienia narodowej dumy. A jednak łatwo można zauważyć ich myślową ciągłość, kryjące się za nimi podstawowe dążenie.

Un grand seigneur

Można na przykład śledzić rozsiane tu wspomnienia, podążać linią biografii. Punktem wyjścia będzie wtedy powstały w 1967 roku "Dykcyonarz wileńskich ulic". Oto portret kresowego miasta, gdzie trzymając mocno babkę za rękę, maszeruje mały Czesio, by w żydowskim sklepie Sory Kłok asystować przy kupowaniu materiałów, z których mają powstać jego nowe ubrania - z oszczędności zawsze szyte nieco na wyrost... Później z niebytu wyłoni się balkon na Ludwisarskiej, na którym, w ostatniej klasie gimnazjum, razem ze Stanisławem Stommą czytali Massisa, bijącego na alarm przed wschodnimi miazmatami myślowymi ("Kto wie, czy moja niechęć do podbijającej Kalifornię »mądrości Wschodu« nie tłumaczy się także tym, że pierwsze ostrzeżenie przeczytałem jako siedemnastolatek"). Kościół św. św. Piotra i Pawła (kilkanaście lat później w jego wnętrzu tajemnice hermeneutyki będzie przeczuwać młodziutka łączniczka AK (Maria Janion), a nad nim zbocza, gdzie na nartach szusował w czerwonej flanelowej koszuli Stefan Jędrychowski - Robespierre, imponujący lewicującemu poecie dialektyczną inteligencją. Gmach Instytutu Badań Europy Wschodniej, w którym spotykali się Teodor Bujnicki, polityczny mentor Pranas Ancewicz i fascynująca Nika Kłosowska, a zaraz obok Arsenalska 6, gdzie w mieszkaniu krewnych przyszły autor "Rodzinnej Europy" spędził ostatnią noc przed wyruszeniem w 1940 roku w niebezpieczną podróż do Warszawy.

Gdy powstawał "Dykcyonarz...", realna ocena politycznego status quo kazała myśleć, że przywołany w nim świat na zawsze został pogrzebany przez demoniczną Historię. Wilno, zamienione w peryferyjną mieścinę sowieckiego imperium, w "miasto bez imienia", Miłosz ogląda dzięki sile pamięci, z punktu widzenia emigranta, notującego gorzką samowiedzę: "Był świadom swego zadania i ludzie czekali na jego słowa, ale zakazano mu mówić. Tam, gdzie teraz mieszka, może mówić, ale nikt go nie słucha i, co więcej, zapomniał, co miał do powiedzenia" ("Noty o wygnaniu", 1975). Opowieść o mieście uzupełnia w dialogu z innym poetą-wygnańcem i jednocześnie przyjacielem - Tomasem Venclovą.

Dużo jest w "Zaczynając..." szkiców poświęconych właśnie przyjaciołom, układających się w zapis losów i śmierci. Obszernie przywołani zostali Teodor Bujnicki i Józef Czechowicz, a poświęcone im teksty, drukowane w "Kulturze" w 1954 roku, to tyleż uzupełnianie wiedzy czytelników emigracyjnego pisma o polskiej literaturze, co spełnienie obowiązku przyjacielskiej pamięci. Następnie w życiu Miłosza pojawi się (wspominany pośmiertnie) Jerzy Andrzejewski - najbliższy przyjaciel lat okupacyjnych, nieustraszony uczestnik szalonych eskapad, przyszły bohater "Zniewolonego umysłu", wobec którego poeta pozostanie jednak zawsze wzorowo lojalny, nawet w roku '81, gdy autor "Popiołu i diamentu" stwierdzi, że powinien był otrzymać Nagrodę Nobla na spółkę z Miłoszem. Gdy w latach 50. przyszły noblista portretuje uwikłanego w sieć wmówień i zakłamania "Alfę", o polityce i niepewnych perspektywach wolnego świata dyskutować będzie z kolejnym bohaterem "Zaczynając..." - z Dwightem Macdonaldem, Amerykaninem, redaktorem pisma "politics", jednym z tych nielicznych zachodnich intelektualistów, którzy nie uważali Miłosza-uchodźcy za zdrajcę "postępowego obozu".

Kolejna postać w galerii to Witold Gom-browicz, jedyny może emigracyjny pisarz, którego autor "Światła dziennego" traktował z najwyższym szacunkiem i w sporze z którym kształtował swe myślenie o sztuce. Wspólne im było przerażenie faktem, że człowiek zanurzony jest w świecie pozbawionym sensu, nie-ludzkim, a w oczach Miłosza zmarły autor "Kosmosu" jawi się jako mistrz duchowej samodyscypliny: "Przebywać z nim to było jak wchodzić w budynek o jasnej, przejrzystej architekturze. Pisząc przeciwko sztywnej, zastanej Formie, ukształtował siebie, sam był dziełem przez siebie zbudowanym w przeciwieństwie do tak wielu piszących, którzy wierzą, że ich brud i ciemność zostaną okupione przez ich literackie dzieło. (...) Uznać wyższe i niższe jest może pierwszą zasadą rozumnych poczynań i bez kwestii przyjmowałem jego wyższość. W porównaniu z nim byłem kręty i zawiły, nie tyle posiadający, ile posiadany przez moce niezależne od mojej woli. Ale w Vence dla mnie też, osobiście, jego przykład dawał nadzieję, że zdołam zaprowadzić porządek na moich ziemiach, jak on, zaiste, un grand seigneur".

Jeszcze później sportretowani zostaną dwaj ludzie bodaj mu najbliżsi: Zygmunt Hertz, troskliwy i pobłażliwy opiekun w latach francuskich, gdy świeżo upieczonego emigranta trzeba było eskortować czy pożyczać mu kilka franków na papierosy, a potem - w dekadach amerykańskiej Miłoszowej samotności - wytrwały korespondent ksiądz Józef Sadzik - powiernik najskrytszych rozterek i rozpaczy. Wreszcie postać niezwykle ważna, Stanisław Vincenz, mędrzec, który pomógł wyleczyć się Miłoszowi z "heglowskiego ukąszenia", z wiary w historyczną konieczność. Wyrwał go spod wpływu Tadeusza Krońskiego, leczył z rozpaczy, poczucia przegranej, bezsensu życia, z pokusy nihilizmu, doradzając długie piesze wędrówki, otwarcie na to, co jest poza udręczonym "ja", ciekawość świata: "środkiem leczniczym na niepobożność i nihilizm zalecanym (okólnie i sekretnie) przez Vincenza jest wzbogacenie i przestrzeni, i czasu: żeby się w nich działo, żeby nasza wyobraźnia była na to otwarta". Choć nie szybko, lekarstwa szczęśliwie podziałały...

Kredowe koło

Zasadniczy temat książki jest jednak inny. Rzec można, iż jest nim zdanie relacji z wielkiej Miłoszowej batalii o poezję mogącą stanąć na wysokości doświadczeń XX wieku, umiejącą konkurować z prozą, historią, filozofią; ze zrywania ograniczeń, pajęczych sieci, w jakie poezję uwikłała pogoń za sztuką "czystą". Walkę swoją autor "Poematu o czasie zastygłym" toczył z podziwu godną konsekwencją, od lat najwcześniejszych po - opublikowaną na rok przed "Zaczynając..." - "Nieobjętą ziemię", tak wspaniale wcielającą w życie ideę "formy bardziej pojemnej".

W szkicu "Punkt widzenia, czyli o tak zwanej drugiej Awangardzie", rekonstruując dążenia młodości, Miłosz przypomina, że żagaryści przejawiali "rodzaj nieufności czy pogardy dla sztuki, od której znacznie wyżej stawiali poszukiwanie »prawdy świata«", i opisuje "wysiłki pokolenia, żeby wydostać się z kredowego koła, zakreślonego, w każdym wypadku inaczej, zarówno przez Skamandra jak krakowską Awangardę". W osobistej biografii artysty kluczowy był jednak okres późniejszy, noc okupacji, jak sam to określi: przełom 1943 roku, kiedy to pod wpływem Krońskiego ("Moja dusza była w szponach Tygrysa, za moją zgodą, z przekonaniem, że to dla niej zdrowe. I było zdrowe, bo suche i palące") wyzwalał się z romantycznych czy sentymentalnych stereotypów poezji i poety, uczył się lekceważyć kanony utożsamiające wiersz z eteryczną, wysublimowaną liryką, mogącą ozdobić panieński sztambuch, ale bezradną wobec świata wojen i nieludzkiego okrucieństwa. Pisze wtedy esej "Granice sztuki. St. I. Witkiewicz z perspektywy wojennych przemian", w którym opisuje, jak dążenie do oczyszczenia prowadzi w nicość, przynosi dzieła, wobec których czytelnik pozostaje doskonale obojętny. Sam zaś tworzy m.in. cykl "Głosy biednych ludzi", ucząc się wcielania w persony, mówienia głosami cudzymi, by oddać wielość sprzecznych ludzkich perspektyw.

Nie było to łatwe do odczytania dla krytyków i recenzja z "Ocalenia" autorstwa Kazimierza Wyki sprowokuje Miłosza do napisania "Listu półprywatnego o poezji" (1946), w którym przyszły autor "Traktatów" stwierdza, że "głównym utrapieniem współczesnej poezji jest to, co ktoś nazwał peu de realité, czyli przebywanie w kredowym kole ściśle określonych sposobów reagowania na świat", broni poezji zaangażowanej we współczesne konflikty, nieobawiającej się narazić na zarzut publicystyki: "element publicystyczny jest w każdym niemal dziele literackim i usunąć go może tylko pisarz, który zanik serca i wątroby u siebie doprowadził do doskonałości".

Jak trafnie przewidywał drogi rozwoju polskiego wiersza, przekonujemy się czytając rozważania o ironii, brzmiące jakby pochodziły z późniejszego o dziesięciolecia "Uciekiniera z Utopii", w którym Stanisław Barańczak analizował literackie strategie Zbigniewa Herberta: "Myślę, że klucz do przyszłości znalazłoby się w rozważaniach o ironii artystycznej, o persyflażu, o dramatycznych formach poezji. (...) Ironia artystyczna, tak jak ją rozumiem, polega przede wszystkim na zdolności autora do przybierania skóry różnych ludzi i, kiedy pisze w pierwszej osobie, do przemawiania tak, jakby przemawiał nie on sam, ale osoba przez niego stworzona. Istotny sens utworu zawiera się wtedy w sferze stosunku autora do postaci. Ten stosunek może się wahać od aprobaty z zastrzeżeniem do negacji serdecznej, do negacji zjadliwej - możliwe są tysiące odcieni i to, co zaatakowane wprost wymyka się, w ten sposób jest nieraz możliwe do uchwycenia. Jest to stary przepis dobrych majstrów, ale zdaje się niemal zupełnie zapomniany".

Ciekawym elementem tej walki o kształt poezji jest wreszcie dialog z Gombrowiczem, odbywający się na łamach "Kultury" na przełomie 1951 i '52 roku. Autor "Ferdydurke", opisując coraz to większe wysubtelnianie liryki, połączone z jej społecznie zadekretowanym kultem, prowokował w "Przeciw poetom", pisząc o nudzie, jaką przynosi wiersz czysty, o tym, że "nikt prawie nie lubi wierszy i że świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz sfałszowanym". Choć filipika ta wywoła kilka oburzonych głosów, w przypadku Miłosza trafiała w próżnię. Rozważania Gombrowicza o formie, która uniemożliwia poecie wypowiedzenie swojego stosunku do świata, do współczesności, aż zastanawiająco zgadzały się z przemyśleniami autora "Przedmieścia". Tak więc Miłosz zarzutami nie tylko się nie oburzył, ale je spontanicznie poparł, zauważając jedynie powojenne odnowienie języka poezji, podobne temu, którego dokonał autor "Trans--Atlantyku" na obszarze prozy.

Zaskoczony Gombrowicz konstatował z szacunkiem: "istotą człowieka jest rozwój, a rozwój dokonuje się na drodze nieustannego samobójstwa. Musimy uśmiercić w sobie to, co jest, ażeby dojść do tego, co będzie. I ta swoboda, z jaką Miłosz, bez chwili wahania, odrywa się od swojego świata, to właśnie głęboka dojrzałość naszego czasu - dojrzałość zdobyta pod potężnym, głęboko przez niego przeżytym, ciśnieniem historii. Ten poeta usiłuje wydobyć się z poety po to, aby ruszyć z miejsca poezję". I - utrafiając w jakieś sedno osobowości autora "To" - układał paradoksalną strofę: "Jestem Miłoszem, Miłoszem być muszę / Będąc Miłoszem, Miłoszem być nie chcę / Miłosza w sobie zabijam ażeby / Bardziej Miłoszem być...".

Królestwo Prawdy i Sprawiedliwości

W noblowskim przemówieniu Czesław Miłosz powie, że uwolniona z kredowego koła poezja staje wobec dwóch zadań: zachowywania pamięci i poszukiwania rzeczywistości, a poeta, który wykroczył poza wsłuchiwanie się we własne "ja", jest rozrywany sprzecznymi potrzebami. Z jednej strony pragnie kontemplować świat, zgłębiać mistyczną tajemnicę tego, co istnieje, spoglądać na ziemię z odległej perspektywy, jak chłopiec widzący szachownicę pól i lasów z grzbietu dzikiej gęsi. Z drugiej - nie może zamknąć swych uszu na dochodzący z tej ziemi głos poniżonych, cierpiących, umierających, musi wypowiedzieć ich skargę, przywołać istnienia.

Rozwiązanie tej sprzeczności znajdował Miłosz w pojęciu dystansu, tej duszy piękna, o której czytał u Simone Weil. "Dystans, jaki stwarza tajemnica czasu, nie musi zmieniać wydarzeń, krajobrazów, twarzy ludzkich w gmatwaninę coraz bardziej blednących cieni. Przeciwnie, może je ukazywać w pełnym świetle, tak, że każdy fakt, każda data nabiera wyrazu i trwa na wieczne przypomnienie ludzkie znieprawienia, ale i ludzkiej wielkości. Ci, którzy żyją, otrzymują mandat od tych wszystkich, którzy umilkli na zawsze. Wywiązać się ze swego obowiązku mogą tylko starając się odtworzyć dokładnie to, co było, wydzierając przeszłość zmyśleniom i legendom. Tak ziemia widziana z wysoka, w wiecznym teraz, i ziemia trwająca w odzyskanym czasie stają się na równo materiałem poezji".

Obowiązkiem poezji staje się wreszcie wypowiedzenie największej naszej bolączki, bunt przeciwko nieuniknionemu. Mówił Miłosz w 1967 roku, podczas spotkania poetów w Montrealu: "Poezja jest energią. Otóż istnieje we wszechświecie tajemnicze wspólnictwo pomiędzy energią, ruchem, rozumem, życiem i zdrowiem. Czy są pesymistyczne, czy optymistyczne, wiersze są zawsze pisane przeciwko śmierci". A w Sztokholmie dopowiadał: "Jak wszyscy moi współcześni byłem skłonny do rozpaczy, do przewidywania bliskiej zagłady, i wyrzucałem sobie uleganie nihilistycznej pokusie. Na głębszym jednak poziomie poezja moja, jak mi się zdaje, pozostała zdrowa i wyrażała tęsknotę do Królestwa Prawdy i Sprawiedliwości".

Czesław Miłosz, "Zaczynając od moich ulic", opr. Aleksander Fiut i Łukasz Tischner, Kraków 2006, Wydawnictwo Znak

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]