Reklama

Milczenie wampirów

Milczenie wampirów

15.07.2009
Czyta się kilka minut
Nie trzeba być wcale miłośnikiem prozy autora "Gnoju", żeby docenić oryginalność i klasę jego tekstów kinowych. W taki sposób po prostu nikt u nas o filmach nie pisze.
F

Felietony filmowe Wojciecha Kuczoka przypominają, że zanim autor "Gnoju" stał się pieszczochem (albo chłopcem do bicia) krytyków i czytelników, pisał przede wszystkim o filmie. "Moje projekcje" są lekturą prywatną. Kuczok nie musi i nie chce pisać o kinie aktualnym, recenzować i wystawiać stopni kolejnym tytułom. Kim jest zatem w tej książce - pasjonatem, fanem czy może obsesjonatem filmowych fetyszy?

Kuczok pisze o kinie tak, jakby poprzez filmy chciał mówić wyłącznie o sobie. "Moje projekcje" to kino opisane przez wrażliwego widza, który stale filtruje kinogeniczny zachwyt przez prywatny sceptycyzm albo kompleksy. O ile jednak w wydanym trzy lata temu tomie esejów "To piekielne kino" Kuczok pomieścił wcześniejsze, publikowane również na łamach "Tygodnika Powszechnego" teksty, które spokojnie mogliśmy nazwać filmoznawczymi, o tyle w przypadku "Moich projekcji" najważniejsza jest liczba pojedyncza. Kino, zbiorowy sen, tym razem oddziałuje na pojedynczego widza - autora. Śni się Wojtusiowi, Wojciechowi, Wojtkowi. Czyli nam wszystkim.

W trakcie lektury zadawałem sobie pytanie, czy bez znajomości prozy Kuczoka czytałbym jego filmowe teksty z równą przyjemnością. Myślę, że tak. W felietonach filmowych autor "Senności" pozostaje, owszem, pisarzem sensu stricto, który prezentuje swój stały firmowy zestaw: wymachuje ułudną literacką frazą jak szabelką, mnoży epitety, rozmnaża zapomniane wyrazy, które następnie układa w hybrydalne, słowotwórcze kolumny. Nie trzeba być jednak wcale miłośnikiem prozy Kuczoka, żeby docenić oryginalność i klasę jego stylu - i jego tekstów kinowych. W taki sposób po prostu nikt u nas o filmach nie pisze. A szkoda.

Kuczok nie dba o naukową solenność. Interpretując współczesne kino, nie trzyma się żadnych uświęconych matryc teoretycznych, logicznych czy historycznofilmowych. Albo czujemy sztukę filmową sercem, albo - przytłoczeni aparatem wyuczonego klucza interpretacyjnego - nie dostrzegamy jej wcale. Wojciech Kuczok stara się zobaczyć w kinie więcej, odkryć paradoksalne wzory na pozornie banalnym ściegu, zauważyć niepodległe paralele, ciekawe zestawienia. "Lot nad kukułczym gniazdem" Formana spotyka się zatem z allenowskimi neurotykami, pisarz podąża śladami Misia Colargola albo odnosi kino Tsai-Ming Lianga do "kapryśnych chmur" krążących nad wampirem Nosferatu.

Naturalnie, również w "Moich projekcjach" znalazły się teksty, w których Kuczok pokazuje się jako rasowy (eks)krytyk filmowy. W zamykającej tom "Nieoglądalności" wnikliwie, ale i z obserwacyjną dezynwolturą analizuje najciekawsze polskie tytuły ostatnich lat. Pisze na przykład o "Cześć, Tereska" Glińskiego jako o zwieńczeniu długiego nurtu blokerskiego albo o podwójnym wydźwięku interwencyjnym "Długu" Krzysztofa Krauzego, filmu, który poza oskarżeniem polskiej niepraworządności, systemu generującego obywatelskie dysfunkcje, stawiał sobie za cel rzeczywistą obronę pierwowzorów filmowych postaci.

Zdecydowana większość esejów Kuczoka to lektury nieoczywiste. W dowcipnym felietonie o "zdechlakach" autor, zaliczając siebie do tej kategorii, przywołuje z niepamięci film Janusza Nasfetera "Abel twój brat", w którym Filip Łobodziński grający Karolka Matulaka zasłużył sobie na miano filmowego zdechlaka wszechczasów. Był smutnym, delikatnym i fizycznie cherlawym chłopczykiem, który dostał się w grube łapska wstrętnych chłopaczysk (w tym Henryka Gołębiewskiego, późniejszego Ediego). Ostrą konkurencją dla Karolka w innym przedziale wiekowym był z kolei Olgierd Łukaszewicz - zwłaszcza po gruźliczych kreacjach w "Brzezinie" Wajdy i "Lekcji martwego języka" Majewskiego. Kuczok pisze, że "każde ekranowe pojawianie się Łukaszewicza determinowało nerwowe oczekiwanie na jego kaszel", bo "pokasływanie to zawsze śmiercionośny signifiant, zwiastun moru".

Poświęcając jeden z rozdziałów horrorowi, autor nie popisuje się, jak większość recenzenckich popeuszy, znajomością ikonografii stylu, nazwisk i ciekawostek, pisze natomiast o horrorze tak, jakby dzielił się z czytelnikami najbardziej osobistym zwierzeniem. Dopóki (w horrorze) bohater milczy, dopóty jego milczenie jest złotem. Coś się przecież najwyraźniej za tym kryje - jak w przywołanej w tym szkicu "Łagodnej" Dostojewskiego, a także jej filmowych adaptacjach autorstwa Bressona, Trelińskiego i Dumały. Milczenie to magia kina. Jednak w momencie, kiedy siekiera idzie w ruch, a flaki wirują w rytm sezonowej mody, gore, Kuczok, trzaskając fotelem, wychodzi z sali. Oczywistości, którym zabrano tajemnicę, przestają być ciekawe. Filmowi wydarto duszę.

Z kolei "kino drogi" ogląda Kuczok poprzez bezdroża własnych lęków. Nigdy nie usiadł za kierownicą, nie odróżnia pedału gazu od sprzęgła, a filmowa podróż kojarzy mu się nade wszystko z tym, co rozgrywa się przed turystyczną i egzystencjalną wycieczką. Reisefieber: niedomknięte bagaże, telefony do rodziny, aviomarin i standardowe przekleństwa przysłowiowego ojca rodziny. Ruszamy.

W kontekście podróży (przez życie) autor przywołuje, rzecz zaskakująca, filmy Erica Rohmera. Wspomina na przykład bohaterkę "Zielonego promienia", która w obliczu nadchodzącej depresji dryfowała to tu, to tam, byle tylko nie analizować przyczyn odejścia faceta i nielojalności przyjaciółki. Kuczok przypomina także wędrowca-artystę z innego filmu Rohmera, "Pod znakiem lwa", który z flâneura przepoczwarzał się w kloszarda, a zapach paryskich bagietek o poranku w trakcie jego egzystencjalnej podróży niepostrzeżenie zmieniał się w odór niemytego ciała oraz niedomytej duszy - w dusznym, nieprzyjaznym mieście.

Blisko celuloidowej podróży w czasie i przestrzeni sytuuje się filmowy symbol rzeki. W kinie wszystko płynie: marzenia, konformizmy, wybujałe ambicje. "Kino rzeki" to zarówno kultowa "Atalanta" Jeana Vigo, jak i arcydzielna "Afrykańska królowa" Hustona, ale także "Rzeka bez powrotu". "Otto Preminger - pisze Kuczok - wiedział, że jeśli rzeką będzie się spławiać Marilyn Monroe, wystarczy dobrać jej wioślarza i wymyślić genialnie dorzeczny tytuł, żeby film przetrwał na zawsze". Kiedy jednak Kuczok pisze o ulubionych aktorach, zapomina o micie Marilyn.

W eseju poświęconym filmowym "nieszczęściarzom" autor przywołuje niemal zapomnianą postać Sterlinga Haydena, uosabiającego hollywoodzki ideał mężczyzny sprzed pół wieku, jakby żywcem wyjęty z otwierającego tom "Po śniadaniu" Eustachego Rylskiego szkicu o Hemingwayu. Hayden był jak Hemingway. Odważny, muskularny, w młodości jako model zarabiał na życie marynarza. Ale neurotyczna choroba naszych czasów najwyraźniej dotknęła również kino. Ekwiwalentem Haydena wśród hollywoodzkich "nieszczęściarzy" jest, według Kuczoka, William H. Macy. Typ zdecydowanie niepiękny, niezbyt inteligentny, nawet nie cyniczny, a jednak wzbudzający bezwarunkową sympatię. Dobrze być "nieszczęściarzem".

Nieszczęściarzami są także reżyserzy cierpiący na kompleks "łojców". To na przykład Bergman, który nigdy nie otrząsnął się z tresury wychowawczej, której doświadczał jako syn moralizującego duchownego. Dobrze zapamiętał wszystko: klapsy, policzki, rózgi. Kara za wmówiony grzech dziecka była symulacją bezkarności okrucieństwa dorosłych. Bergman przekuł traumę "łojcostwa" w sztukę. Biskup Vergerus z "Fanny i Aleksandra" lał pasierba w imię miłości, dla dobra dziecka. Siniaki zostawiły jednak trwały ślad. To się nie goi.

Zdecydowanie gorzej prezentują się te fragmenty "Moich projekcji", w których Kuczok wpada w sidła moralizatorstwa. W napisanym z najlepszych pobudek eseju zatytułowanym "Gej polski" autor zadaje rejtanowskie pytanie, jak to możliwe, że pomimo tylu udanych książek i spektakli teatralnych, których twórcami są geje, w polskim kinie wciąż "wątek homoerotyczny bywa poruszany chyłkiem, cichaczem, średnio raz na dekadę". Pytanie słuszne, ale odpowiedź zaledwie sztampowa i rozczarowująca. Wszystkiemu winna jest mentalna i polityczna niechęć mainstreamu przed "niszą". Kwękanie na katolickiego kołtuna to jednak w tym przypadku naiwny unik.

Krytyk cnót się nie boi - czytamy w otwierającym tom eseju. I Kuczok taktycznie wylicza cnoty krytyka idealnego. To między innymi otwartość na dialog z reżyserem, odwaga nieskłamanego zachwytu i równie szczerej krytycznej wiwisekcji. Wymarzony krytyk filmowy nie jest sfrustrowanym pisarzem, malarzem albo rękodzielnikiem, tylko kimś, dla kogo pisanie o kinie (sztuce) staje się rodzajem chwalebnego powołania i pasji. Ów wzorzec, zwłaszcza dzisiaj, wobec dyktatu popkultury z jednej, i ekonomicznego kryzysu z drugiej strony, jest oczywiście utopią, niemniej w jednym na pewno z Kuczokiem zgadzam się w całej rozciągłości. Pisanie o kinie ma sens tylko wówczas, kiedy nie zapominamy o sobie.

Z filmoznawczych studiów w Krakowie zapamiętałem konsekwentną krytykę wszystkich tekstów, które pisałem na przekór naukowym normom - od siebie, z całą, wpisaną zarówno w wiek, jak i wyrywkową znajomość tematu ignorancją, infantylizmem czy brawurą. Po latach, podobnie jak Wojciech Kuczok, uważam, że to jednak ja miałem rację. Bo tylko pisząc samodzielnie, szczerze i odważnie, mimowolnie filtrując ów zapis poprzez przyjętą lub intuicyjną formę literacką, mamy szansę na rzeczywisty udział w niedefiniowalnym cudzie, jakim może być każdy udany film, porywający spektakl teatralny albo wzbogacająca książka. Sztuka wymaga od jej interpretatora współuczestnictwa, nie tylko obserwacji.

Prawdopodobnie dlatego najważniejszy w "Moich projekcjach" wydał mi się piękny szkic zatytułowany "Akcja górska". Kuczok kolejny raz wraca w nim do swojego ulubionego reżysera - Krzysztofa Zanussiego. Przygląda się motywowi śmierci w kinie Zanussiego - śmierci w bardzo pięknych, górskich dekoracjach. Przywołuje filmy kanoniczne i zapomniane: "Spiralę", "Iluminację", "Twarzą w twarz", "Góry o zmierzchu". Pisze o nich osobiście, wytrącając szkiełko, wyostrzając oko. Wobec wspaniałości natury milknie głos kultury, ginie człowiek. W najpiękniejszych filmach Zanussiego niknąca, maleńka figurka ludzka uwieczniona na naturalistycznym, górskim tle nie walczy o swoją wyjątkowość krzykiem, to zawsze jest szept. Ów szept może być nawet spazmatyczny - jak umierającego Piątka-Nowickiego w "Spirali"; najczęściej jest jednak cichy i nieutulony. Po co bowiem krzyczeć, walić głową w mur, wić się w żałosnych ekstazach, skoro i tak za chwilę znikniemy na tym nazbyt wspaniałym tle. Kontury się zacierają. Już nas nie widać.

"Górskie porażki smakują bardziej niż triumfy życia codziennego. Smakują ekstremalnie" - czytamy. Nowa proza Wojciecha Kuczoka, która ma się ukazać jeszcze w tym roku, nosi tytuł "Powieść tatrzańska". Koło się zamyka.

Wojciech Kuczok, Moje projekcje

Warszawa 2009, Wydawnictwo W.A.B.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]