Reklama

Miasto szczęśliwych ludzi

Miasto szczęśliwych ludzi

21.12.2003
Czyta się kilka minut
Dziesiątki razy odwiedzałem miasto Lwa. Zawsze kosztem długiego wyczekiwania w granicznych kolejkach, znosząc mało komfortowe warunki podróży, lenistwo polskich celników i dziwne zwyczaje ich ukraińskich kolegów. Do Lwowa docierać można na różne sposoby, ale zawsze będzie to podróż egzotyczna i odkrywcza.
L

Lwów wyraźnie odcina się od innych miast Ukrainy. Nie bez przyczyny to właśnie tutaj Mosfilm kręcił filmy, których akcja toczyła się na Zachodzie, choćby znany w Polsce serial “Trzej muszkieterowie". Miasto porosłe patyną i kurzem, z odpadającymi tynkami i powykrzywianym brukiem, jest świetnym planem filmowym.

Do Lwowa przyjeżdżają wycieczki z całej Ukrainy, a przewodnicy opowiadają turystom o europejskiej sztuce: średniowiecznej urbanistyce i włoskim renesansie. Kościoły, cmentarze, elewacje kamienic, imponująca Lwowska Galeria Obrazów dają mieszkańcom robotniczego Doniecka czy Dniepropietrowska namiastkę Zachodu.

Stojąc na Placu Mickiewicza, zastanawiam się zawsze, jak to było możliwe, że przetrwał lwowski pomnik wieszcza, że zachowały się, umieszczone z tyłu cokołu, godła Rzeczypospolitej - polski Orzeł i litewska Pogoń. Odpowiedź może być tylko jedna: Lwów leżał na peryferiach ZSRR i nie stanowił zagrożenia dla czerwonego imperium.

To ostatnie miasto Europy Środkowej przed jej przejściem w Eurazję czy też, jak kto woli, Azjopę. Za ostatni europejski szaniec można by też uznać Czerniowce, ale z legendy dawnej stolicy austriackiej Bukowiny nic poza architekturą nie zostało. We Lwowie - wręcz przeciwnie.

Okręt czy port?

Milan Kundera widział istotę fenomenu środkowoeuropejskiego w nagromadzeniu “jak największej liczby różnic na jak najmniejszym obszarze". Jego idea Mitteleuropy fascynuje dziś młodsze pokolenia Ukraińców. Jednym z najoryginalniejszych ostatnio tekstów o Lwowie wydaje się szkic “Miasto - okręt" Jurija Andruchowycza, czołowego przedstawiciela tzw. szkoły stanisławowskiej. Lekturze błyskotliwego eseju towarzyszą jednak mieszane odczucia. Andruchowycz spogląda na Lwów z przenikliwością zaprawioną sporą dawką ironii, widać ją na przykład, gdy wylicza nacje tworzące ów kulturowy tygiel. Lwów przypomina Andruchowyczowi okręt, na pokładzie którego, a także w “kajucie i ładowni", pojawiają się Żydzi, Ormianie oraz Niemcy, ale także “Baskowie i Scytowie, Etiopczycy i Cyklopi, Masoni, Metysi i Małorusini, urszulanki, sakramentki i cecylianki, dominikanie, bazylianie i rastafarianie, prawosławni i lewosławni".

W tej wyliczance brak Polaków. Mowa o nich dopiero pod koniec eseju - jako o zwycięzcach z 1918 r. Andruchowycz pisze o “ich mieście, o ich bramach, ich zaułkach, które znali na pamięć, bo to w nich umawiali się ze swymi pannami na pierwsze randki". Polacy powracają w eseju jako sprawcy represji, “ślepi jak barbarzyńcy i nieczuli na prawdziwie lwowską polifonię". W opowieści o cudownym lwowskim okręcie, powtarzam, czegoś mi brakuje. Czyżby ukraiński pisarz zapomniał o kolejnym, tym razem prawdziwym końcu polifonicznego miasta w latach czterdziestych XX wieku?

Andruchowycz, środkowoeuropejski rewizjonista, pewnych rzeczy nie lubi. O kościele św. Elżbiety powiada, że jest pseudogotycki i kiczowaty, a łacinnicy zasłonili nim widok na unicką katedrę św. Jura. Zachwyca go natomiast położenie miasta na dziale wodnym. Pewnie wcześniej nikt nie powiedział mu o tym, co wiedziało każde dziecko w przedwojennym Lwowie: że deszczówka z dachów Elżbiety jedną rynną odpływa do Morza Czarnego, drugą zaś do Bałtyku. Jeden z ciekawszych kościołów neogotyckich w naszej części Europy nie musi się każdemu podobać, lecz warto pamiętać, że mieszkańcy ufundowali go jako dowód przywiązania do zamordowanej w Trieście cesarzowej Sissi, małżonki Franciszka Józefa. Dziś kościół św. Elżbiety jest cerkwią unicką. Na murach ciągle widać ślady po ostrzale z czasów wojny polsko-ukraińskiej 1918 r. Ciekawe, czy obecny remont usunie to świadectwo minionego czasu?

Być może Lwów jest okrętem płynącym przez targany burzami ocean historii, zaś jego ładunkiem, czasem balastem, są idee, wielość kultur i postaw ludzkich. Dla mnie Lwów to port, w którym owe idee, kultury i postawy znajdują spokojną przystań i możliwość rozwoju.

"Tramwaj za tramwajem"

Wsiadając do zawsze zatłoczonego tramwaju, “Jedynki" albo “Dziewiątki", warto pamiętać, że pojedziemy trasą identyczną jak przed stu laty. Pierwszy tramwaj wyjechał na ulice miasta w 1894 r., podczas słynnej Powszechnej Wystawy Krajowej, po której do dziś w Parku Stryjskim pozostały szczątki pawilonów. Nic dziwnego, że tramwaj - pierwszy na ziemiach polskich, starszy nawet od moskiewskiego - wzbudził wówczas niebywałe emocje mieszkańców miasta.

Trzeba się więc wybrać na tramwajową eskapadę, i to nie tylko dlatego, że kosztuje ona raptem 50 kopiejek, czyli mniej niż 40 groszy, ale głównie z tej racji, że z okien tramwaju ujrzymy Rynek, Podwale, Ossolineum, Politechnikę, św. Elżbietę i dworzec kolejowy. Lwów bez stukotu kół wagonów tramwajowych na ul. Ruskiej nie byłby Lwowem. Przed wojną dobrym duchem tutejszych tramwajów był niejaki Buwaj, śpiewający pasażerom piosenki rodem z Kulparkowa (imię zawdzięczał temu, że każdą melodię zaczynał od frazy “Buwaj ty zdorowa"). Obecnie zastępują go szukający zarobku akordeoniści, nie zawsze muzykalni i nie zawsze ku uciesze pasażerów.

Tramwajem dojedziemy aż na Rynek. Wysiadamy na wprost wejścia do Ratusza, tuż przy kamienicy nr 17, gdzie mieszczą się obok siebie towarzystwa kulturalne polskie, czeskie i niemieckie. Ratusz wypełnia zwalistą bryłą niemal cały Rynek, który dzięki temu wydaje się mniejszy niż w rzeczywistości. To miejsce pamięta historyczne wydarzenia z udziałem królów polskich, ale także narodowe manifestacje Ukraińców, którzy w 1991 r. wywiesili tu wreszcie swą flagę narodową. Z ponad sześćdziesięciometrowej wieży ratuszowej, uprzednio pokonawszy trzysta pięćdziesiąt schodów, można podziwiać wspaniały widok na szczyty lwowskich świątyń, dachy kamienic i korony drzew w licznych parkach. Na Rynku zaś od kilku lat rozstawia się sezonowe ogródki, gdzie, jak w każdym europejskim centrum, można spokojnie raczyć się solidnym kuflem dobrego Lwowskiego z pianką.

"Miała matka syna"

Autobusy z Przemyśla do Lwowa zatrzymują się zwykle tuż po przekroczeniu granicy. Kierowca za niewielką opłatą zabiera przygodnych pasażerów. Do autobusu wsiadło kiedyś dwu sześcio--siedmioletnich chłopców, umorusanych jak nieboskie stworzenia, i nieco starsza od nich dziewczynka. Dzieci nie żebrały, zarabiały śpiewem. W porównaniu z jazgotliwą, syntetyczną muzyką, którą serwują ukraińskie stacje radiowe, było to naprawdę miłe urozmaicenie podróży.

Nieoczekiwany koncert nie wywołał niezadowolenia pasażerów, przeciwnie, prawie każdy dał małym śpiewakom parę kopiejek. Wyciągnąłem i ja garść cukierków, czekoladę i banknot jednohrywnowy. Choć podarowałem im niewiele, dziewczynka wydawała się zaskoczona. Poprosiłem ją o piosenkę, którą kiedyś usłyszałem na Ukrainie. Niestety, nie znała jej. Musiała się szczerze zmartwić, bo ku memu zdziwieniu, zanim wysiadła, zaśpiewała po polsku - “Miała matka syna". Przez brudną szybę odjeżdżającego autokaru zdążyłem zauważyć, jak sprawiedliwie dzieli słodycze między chłopców, pieniądze zaś chowa do kieszeni, pewnie, by oddać je rodzicom... Zdążyła uśmiechnąć się do mnie i pomachać na pożegnanie. Później nieraz mogłem się przekonać, że piosenka, którą zaśpiewała dla mnie, z refrenem “Niech żyje wolność, wolność i swoboda", zdobyła na Ukrainie wielką popularność. Śpiewałem ją wspólnie z konduktorami w pociągu na Krym, ze studentami na kijowskim Kreszczatyku i z lekarzami w lwowskich cafe-barach.

Dzisiaj wiem, że autentyczny Ukrainiec - w odróżnieniu od ukraińskich homini sovietici - kocha wolność, a wyraża ją najpiękniej jak można, śpiewem mianowicie. Nastrój starych kozackich dumek odnajdujemy dziś we współczesnych pieśniach ludowych, a nawet w utworach grup rockowych, od “BB" (czyt. Wewe, skrót od pełnej nazwy zespołu - Vopli Vidpliasova") aż po “Płacz Jeremii". Nie sposób zapomnieć porywających koncertów legendarnego “BB", gdy wraz z jego liderem, Olkiem Skrypką, publiczność śpiewa z nim “Tyż mene" albo kozacką “Halu".

Na rynku krakowskim przez długi czas spotkać można było bandurzystę, Ostapa Kindraczuka z Krymu. Muzyk był kiedyś kapitanem żeglugi czarnomorskiej. Kozacki kostium, w którym wykonuje dumki, otrzymał przed laty od kozaków kubańskich. Bandurzystów podobnych do Kindarczuka usłyszeć można w parku zdrojowym w Truskawcu, pod kijowskim Soborem Sofijskim, ale pan Ostap najczęściej muzykuje we Lwowie, zwykle na Prospekcie Swobody.

Niezwykła noc

Prospekt Swobody to centrum miasta. Nazwy i pomniki w tym miejscu zmieniały się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat jak w kalejdoskopie. Niezmiennie jednak bije tu serce Lwowa. W dni wolne od pracy mężczyźni rozkładają na ławkach plansze do szachów czy warcabów. Spacerują noszące się pstrokato, czasem wyzywająco, dziewczęta, zerkając na chłopców odzianych w czarne skórzane lub skóropodobne kurtki z nieodłącznym kaszkietem na głowie. Centralnym punktem Prospektu jest pomnik Tarasa Szewczenki z symbolicznym przedstawieniem losów Ukrainy. Widzimy więc atamanów kozackich z Chmielnickim, Podkową, ale i z Sahajdacznym, metropolitę Andrzeja Szeptyckiego oraz bezimienne ofiary stalinowskiego Głodu. Pomnik postawiono przed kilku laty. Czasem pod monumentem jakiś polityk z Kijowa czy z lwowskiego Ratusza rozmawia z elektoratem, ale rzadko kiedy nie towarzyszy mu ochroniarz. Elektorat pokrzykuje, słucha polityka, dyskutuje, a w końcu zawsze śpiewa o dawnej sławie Ukrainy - “Szoby pisnja nie umierła".

Będąc we Lwowie podczas jakiegokolwiek święta, narodowego lub religijnego, zawsze zdumiony jestem zapałem, z jakim lwowianie przeżywają święta. Ukraina jest niezmiernie przywiązana do tradycji. Miłość do niej uzewnętrznia się najmocniej w pieśni. Ale pieśń rodzi niekiedy niebywałe emocje. Lider zespołu “Płacz Jeremii", Taras Czubaj, przed kilku laty nagrał płytę z partyzanckimi piosenkami w rockowej aranżacji - “Ne płacz stara maty, syn herojem stał i za Ukrainu hołowu pokłał". Płyta stała się poszukiwanym rarytasem, utwory z niej zna każdy lwowianin - niedawno słyszałem je w wykonaniu dwóch niewidomych staruszek żebrzących przed Hotelem Georges. Lwowskie piosenki bywają zazwyczaj wesołe, bo i Lwów był i pozostaje miastem wesołym. “My jesteśmy ze Lwowa. My tu wszyscy weseli" - powiada ze łzami w oczach Polka pracująca przy porządkowaniu cmentarza Obrońców Lwowa. Nigdy w Polsce nie była.

Co takiego jest w tym mieście, że mimo powszechnej biedy można spotkać tu naprawdę szczęśliwych ludzi? Wyrazem lwowskiej radości jest przede wszystkim cafe-bar na każdym rogu. W dawnym odwachu austriackim na Placu Podkowy znajduje się dziś duża dyskoteka, gdzie bawi się młodzież; dresy i techno są tu tak modne jak w Polsce. Obok, w bezpośrednim sąsiedztwie nieczynnego kościoła jezuitów i nowego pomnika nieszczęsnego kozackiego watażki Iwana Podkowy, którego Stefan Batory z powodów koniunkturalnych kazał skrócić o głowę, znajduje się mój ulubiony ogródek piwny. Tu przeżyłem najbardziej niezwykłą noc we Lwowie. W doroczne święto miasta (1-3 maja) Lwów zamienia się w wielką salę balową. Ludzie tańczą na brukach i stołach, a w sklepach - co piszę ze zgrozą - brakuje wódki! Tę noc spędziłem śpiewając z lwowskimi przyjaciółmi. Do naszego koncertu przyłączali się bawiący się obok ludzie, wśród nich śpiewacy ze lwowskich teatrów, nawet przypadkowi przechodnie. Jakież było zdziwienie współbiesiadników, kiedy zostałem zdekonspirowany jako Polak. Bito mi brawo na stojąco. Dawno nie czułem się tak dumny i szczęśliwy, natychmiast zapominając, że jeden z podpitych chciał mnie jako Lacha solidnie obić!

Lwowskie piosenki są więc wesołe, choć niekiedy wywołują tragiczne konsekwencje. Igor Biłozor został niedawno śmiertelnie pobity, bo wykonywał piosenki rosyjskie, a po jego śmierci miastem wstrząsnęły kilkudniowe pogromy w knajpach, w których bywają Rosjanie.

Miasto widzę ogromne

To prawda, o Lwowie trudno myśleć zapominając o jego przeszłości. Bo miasto wyrasta z historii - to jego słabość, ale i siła. Wbrew autorom wspomnień i opisów podróży sentymentalnych, uważam, że nie ma co rozdzierać szat, choć osobiste doświadczenia niegdysiejszych lwowian są zapewne bolesne. “Oj, Boży, Boży, czemu to wszystko tak si stału?" - końcowe zdanie Andrzeja Chciuka z książki “Atlantyda. Opowieść o Wielkim Księstwie Bałaku" jest świadectwem przerwanej rzeczywistości. Ale mimo wojennej katastrofy Lwów pozostał, choć zmienił się garnitur jego mieszkańców. Domy i ulice są te same co przed wojną i - sądząc z obserwacji tamtejszej elity - nie pozostały bez wpływu na oblicze współczesności. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wyrosło tu nowo pokolenie, które ma prawo czuć się we Lwowie jak w domu, podobnie jak u siebie czują się dzisiejsi wrocławianie czy gdańszczanie.

W reprezentacyjnych gmachach przy dawnym Placu Bernardyńskim mieszkają dziś ludzie z kwaterunku, przybyli tu ze wschodu, czasem wprost oderwani od roli. Z okien ich mieszkań całkiem niedawno dojrzeć można było tłum kupujących i handlujących na pobliskim bazarze. Wśród straganów z kwiatami wprost z rozłożonych na ulicy kartonów sprzedawano owoce, suszone ryby, papierosy na sztuki. Po placu krążyły babuszki, oferując domowe wypieki, drożdże czy kostki rosołowe. Byle coś zahandlować, byle coś robić.

Ta zapobiegliwość to tajemnica przetrwania mieszkańców Lwowa. Podobno Ukraińcy posiadają najwięcej w Europie (nie licząc Rosjan) dolarów “w skarpecie". I choć lwowski rynok, zapewne ze względu na estetykę śródmieścia, nieco uporządkowano, to wschodni targ można ujrzeć w innych dzielnicach. Warto zajrzeć na przykład na bazar w pobliżu dworca kolejowego - priwagzalny rynok. Można tu kupić niebywałe smakołyki: świński łeb, ogony, języki, wędzone uszy, każdą część wołu, wszystko rozłożone na długich stołach w rozległej hali, pozbawionej wprawdzie chłodni, ale bez rojów much! Zanim kupimy śmietanę - do słoika, a jakże - możemy jej popróbować. Przyprawy sprzedaje się na kieliszki i pakuje do rożków z gazety. Smażone pirożki nadziewane farszem mięsnym czy ziemniaczanym, smażone na głębokim tłuszczu. Przyrządzony domowym sposobem sok z granatów. Warzywa marynowane w specjalnych zaprawach: czosnek w occie, marchewka na ostro i jabłka na słono! Tych smaków i zapachów nie sposób zapomnieć. Świat, którego żaden sanepid nie przemoże, i cóż z tego!

Uwielbiam Lwów. Niektórzy są nim urzeczeni od pierwszego wejrzenia, inni rozczarowani, bo widzą jedynie zdewastowane kamienice i dziury w chodnikach. Ale ja wiem, że na Lwów znów przyjdzie czas - i to wcześniej niż później. Miasto znów rozkwitnie, a Ukraińcy i Polacy będą z niego czerpać bez historycznych uprzedzeń. I to pełnymi garściami.

Aleksander Strojny jest historykiem, autorem edycji źródłowej “Poselstwo polsko-litewskie do Moskwy roku 1678 opisane przez Bernarda Tannera" oraz przewodników wydawnictwa “Bezdroża", m.in. “Lwów. Miasto wschodu i zachodu".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]