„Prawdopodobnie mam w sobie geniusz. Ale nie posiadam talentu” – mówił magazynowi „Rolling Stone” w najlepszym dla siebie czasie, niedługo po nakręceniu tytułów, które zmieniły historię kina. W 1991 r. w wywiadzie dla BBC Francis Ford Coppola podsumował siebie nieco inaczej: „Jestem tak samo dumny ze swoich porażek, jak ze swoich sukcesów”. Te dwa cytaty doskonale zarysowują dzisiejszy autoportret mistrza i rezonują z jego najnowszym dziełem.
Żaden bon mot („łabędzi śpiew”, „piękna katastrofa”, „zmierzch bogów”) nie oddaje tego, czym jest „Megalopolis” – tytuł mówi sam za siebie. Lecz kto bogatemu zabroni? Twórca „Ojca chrzestnego” wyłożył 120 milionów dolarów z własnej kieszeni, by sfinalizować wielkie filmowe marzenie. W efekcie dostajemy gorączkę obrazów, bieżączkę idei, gonitwę myśli – przenoszonych aż czterdzieści lat i jednocześnie jakby zastygłych w swoim niedomyśleniu. Wieszczących upadek imperium amerykańskiego i świata w ogóle z pozycji spóźnionego proroka. Stęsknionych za kinem, którego dawno nie ma i raczej już nie będzie – łączącego autorstwo z gigantomanią.
Odnajdziemy w tym i przebłyski geniuszu, jak i, niestety, uwiąd talentu. Ów proces zaczął się już w latach 80., gwałtownie przyspieszając po „Draculi” (1992). Potem Coppola kręcił filmy na tyle sporadycznie, że każdy kolejny wydawał się ostatecznym, acz ciągle niespełnionym pożegnaniem. I właśnie „Megalopolis” mogło być ową spektakularną kodą na miarę tego twórcy – gdyby tak mocno nie przestrzelił (i zarazem nie odpuścił) na wielu polach.
Adam Driver gra tu poniekąd młodsze alter ego Coppoli dzisiaj, czyli wizjonerskiego architekta i prawdziwego artystę. Jego spojrzenie zatrzymuje czas niczym w stopklatce, a genialny wynalazek, jakim jest niezniszczalny materiał o nazwie megalon, może zbawić świat. Cezar Catillina (kombinacja antycznych nazwisk nieprzypadkowa) to potomek uprzywilejowanego rodu i świeżo upieczony noblista, który zamierza radykalnie zrewitalizować Nowy Rzym. Czytaj: dystopijny Nowy Jork, miasto betonu i stali, zdegenerowanych oligarchów, skorumpowanych mediów i ukrytej nędzy.
W przeciwnym razie jego koniec, wzorem dawnych imperiów, będzie nieuchronny. Tak oto, za pomocą starożytnego sztafażu wpisanego w science fiction i podpartego lekturami (od cytowanych tu wprost mów Cycerona i sztuk Szekspira, przez Jana Jakuba Rousseau i Ralpha Waldo Emersona, aż po bezpośrednie czerpanie ze „Źródła” Ayn Rand), opowiada Coppola odwieczną historię idealisty stającego naprzeciw potężnych i złych. Za swoim bohaterem próbuje odbudować skruszałe pomniki i ożywić zwietrzałe utopie, ostrzega przed populizmem, a nawet (dosłownie!) przed Mussolinim i Hitlerem. Szkoda jednak, że robi to w sposób tak bałaganiarski, trwoniąc nie tylko własną fortunę czy cnoty warte przypominania, zwłaszcza w przededniu prezydenckich wyborów w USA, ale i zgromadzone przed kamerą talenty – Giancarla Esposito, Jona Voighta, Laurence’a Fishburne’a, Aubrey Plazy, Shii LaBeoufa czy Dustina Hofmana. Operową epickość zastąpił mało kreatywny chaos.
W każdej niemal scenie czuje się jej zakulisowy ciężar. Że ten przeładowany film powstawał za długo, za bardzo „na raty”, w atmosferze niespodziewanych trudności i personalnych konfliktów, a improwizacje reżysera i aktorów na planie nie zawsze przyniosły odświeżający efekt. Nawet potencjał antyku – polityczne spory, nieczyste rozgrywki czy łacińskie maksymy, i jeszcze te wszystkie uczty, gladiatorzy, rydwany – nie zostały wykorzystane z inwencją i rozmachem, jakich można się spodziewać po takim artyście. Tym bardziej po takim budżecie. Aż chciałoby się przytaknąć cynicznemu Cicero, burmistrzowi Nowego Rzymu, stawiającemu na patodeweloperkę i kasyna, kiedy ostrzega, iż utopia w praktyce zamienia się we własne przeciwieństwo. Albo, jak scenariusz filmu, staje się swoim bladym cieniem, chociaż Coppola dwoi się i troi wizualizując futurystyczne fantazje Catilliny, na granicy szalonego marzenia i alkoholowego delirium.
Doceńmy za to kinofilskie mrugnięcia okiem, jak podzielony ekran, który ma być hołdem złożonym „Napoleonowi” (1927), niememu klasykowi Abla Gance’a. Albo jawne czerpanie z „Metropolis”, „Blade Runnera” czy „2001: Odysei kosmicznej”, aczkolwiek pod względem nowatorstwa dzielą go od tych tytułów lata świetlne, a wątek uderzającego w miasto radzieckiego satelity wydaje się wręcz kuriozalny. Na pewno też inaczej ogląda się żałobę Catilliny po śmierci żony, mając świadomość, iż małżonka reżysera, będąca z nim przez ostatnie sześćdziesiąt lat, zmarła tuż przed canneńską premierą filmu i właśnie Eleanor Coppoli został on potem dedykowany. To zresztą kolejny niewykorzystany w pełni wątek – uciec od przeszłości w przyszłość – przykryty naiwną historią miłosną, pieprznymi intrygami pomiędzy alkową a tronem i odmienianym przez wszystkie przypadki pojęciem Czasu, niczym bez mała u Nolana.
„Kiedy robimy skok w nieznane, to dowód, że jesteśmy wolni” – powtórzyłby pewnie autor za swoim protagonistą. Tej totalnej wolności w kinie mógłby mu pozazdrościć dzisiaj niejeden filmowiec. Oraz niespożytej pasji i wiary, że sztuka uratuje świat. Bo w kontekście „Megalopolis”, które sam twórca nazywa skromnie baśnią, a którego wyniki kasowe również okazały się nader skromne, brzmi to ironicznie. Z cmentarzyska wybujałych pomysłów zostaje w sumie niewiele. Patos wypada na ekranie za bardzo patetycznie, halucynacje zbyt tandetnie i mgliście, satyra nazbyt ciężko. Dostajemy filmowe igrzysko, choć i nim nie sposób się nasycić – zwłaszcza gdy na każdym kroku czuć przerost ambicji nad realnymi, niekoniecznie finansowymi możliwościami.
I tak jak po „Czasie apokalipsy” mówiło się, że tamten film wcale nie był o Wietnamie, lecz „był Wietnamem”, w sensie włożonych weń gigantycznych środków, artystycznego szaleństwa i amerykańskiego prężenia muskułów, tak o „Megalopolis” można rzec podobnie. Sęk w tym, że nowe dzieło Coppoli, zrodzone z troski o upadający świat, który wszyscy, a zwłaszcza ci trzymający władzę, muszą przemyśleć na nowo, nie jest już dziełem kinowego „rewolucjonisty” (taki tytuł nosi jego biografia, niedawno u nas wydana). Za bardzo grzeszy reżyserską pychą, a ta, jak wiadomo, kroczy przed upadkiem i źle się sprzedaje w kinie, coraz bardziej wyczulonym na wszelkie przejawy megalomanii. Może dlatego śmiech na sali słychać było w niezamierzonych przez twórcę momentach.
MEGALOPOLIS – reż. Francis Ford Coppola. Prod. USA 2024. Dystryb. Gutek Film. W kinach.
Francis Ford Coppola – amerykański reżyser, scenarzysta, producent, biznesmen, głowa filmowego klanu – funkcjonuje w branży od ponad sześćdziesięciu lat. Był twórcą kina niezależnego, jednym z reformatorów Hollywoodu i ma na koncie parę arcydzieł, by wymienić tylko „Czas apokalipsy”, „Rozmowę” czy „Ojca chrzestnego”. Na swój nowy film kazał widzom czekać aż trzynaście lat.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















