Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Łowy na Odradka

Łowy na Odradka

24.06.2013
Czyta się kilka minut
Dobra proza aranżuje specjalnie ciemne kąty, które zaludnia nie wiedzieć co, jakiś Kafkowski Odradek, niepokojący stwór spoza porządku rzeczy...
.

...Nic piękniejszego niż ów ciemny kąt ukryty w powieści kryminalnej lub zgoła erotycznej. Skupię się na tej ostatniej.

Kanadyjski fotograf Jeff Wall wystawia ogromne przezrocza, dwa na dwa metry i więcej, w które trzeba się dobrze wpatrzyć, by dojrzeć coś, od czego robi się nieswojo. Na przykład obraz „Táboritská 8, Praga, 18 czerwca 1994” (1994) przedstawia zaniedbaną klatkę schodową. Po stopniach zbiega jaskrawo wystrojona dziewczyna, obok widnieje staroświecki żeliwny zlew. Między tym zlewem a poręczą schodów, w środku pola widzenia, rozciąga się mroczny zakamar. Coś tam się czai na z dawna niezamiatanej posadzce. Pewien wysiłek wzroku i objawia się kształt: oplątana sznurkami, wsparta na dwu patyczkach, sprężona do skoku gwiazda. To mieszkaniec tych miejsc, znany z opowieści Kafki Odradek, nosiciel niesamowitości skrywanej przez pospolitość.
Spojrzeniem, jakie wymusza to zdjęcie, warto obrzucać i teksty, zwłaszcza banalne. Dziewczę z Pragi zmierza na randkę, celebrując swą atrakcyjność, niebaczne na to, co mija. My także, przebiegając wzrokiem opowieść, nazbyt często mijamy niepokojące stwory lub majaki spoza porządku rzeczy. Rzec nawet można, iż dobra proza aranżuje specjalnie ciemne kąty, które zaludnia nie wiedzieć co. Owo coś – to zawiązki symboli zdolnych zawładnąć wyobraźnią. Stąd większość czytelników wyłącza ją przy lekturze.
Żadna sztuka pokazać te sprawy na którymś z renomowanych arcydzieł. Dostojewski, Nabokov, Faulkner, by nie wspomnieć o Kafce, a ostatnio Georges Perec słyną z ciemnych zakątków. Dużo jednak ciekawiej znaleźć je u – powiedzmy – Kiplinga, Diderota, Zoli, Selmy Lagerlöf czy choćby Colette, Conan Doyle’a lub Émila Gaboriau. „Tak mu/jej się napisało” – komentować zwykł czytelnik poczciwy. Tymczasem nic piękniejszego niż Odradek ukryty w powieści kryminalnej lub zgoła erotycznej. Skupię się na tej ostatniej.
Tajemniczy wehikuł
Richard Lesclide (1825–1892), zapomniany dziś literat skromnej miary, słynął w latach Drugiego Cesarstwa jako ten, który pierwszy ujeżdżał po Paryżu welocypedem o drewnianych jeszcze kołach. Wydawał też pierwszy w świecie periodyk poświęcony cyklizmowi. Za Trzeciej Republiki był osiem lat sekretarzem Wiktora Hugo i spisał o nim wspomnienia. Drugą ręką jednakże produkował rzeczy ryzykowne. Należy do nich nowela „Dyliżans do Lyonu” (1882), jedyna jego nadal wznawiana książka.
Akcja toczy się w latach trzydziestych XIX wieku, w epoce, gdy wielcy dandysi, imponujący Francuzom, bywali Anglikami, jak choćby Pelham, bohater powieści Bulwer-Lyttona. Anglikiem jest też lord Algerton, który przejada właśnie w Paryżu swój czwarty spadek, szukając sam nie wie czego: mocnych wrażeń, popularności, ucieczki od nudy? Pewnego razu na odludnym podówczas placu Carrousel zaczepia go stara wywłoka, błagając o parę groszy. Lord, ciężko pijany, opędza się od niej i, co zdradzam z przykrością, kopie ją w brzuch. A wtedy kurwiszcze, leżąc w błocie, składa prześladowcy, którego rozpoznała, osobliwą propozycję: „Daj mi sto franków, a pokażę ci dyliżans do Lyonu!”. Też coś! Arystokrata wzrusza ramionami, lecz dziwna oferta nie pozwala mu zasnąć.
Odtąd lord Algerton tkwi w sidłach nienasyconej ciekawości. Wraz z narratorem przez szereg nocy szlaja się po placu Carrousel, lecz po starej zginął ślad. Nadaremno rozpytuje znane pracownice miłości z paryskich domów uciech (zwanych w książce akademiami). Wprawia w popłoch pewną stuletnią weterankę, madame Malaga. Indaguje z podobnym skutkiem znawców przedmiotu: erudytów, bibliografów, lingwistów. Wreszcie trafia do wielce kosmopolitycznego zakładu Frywolny Niedźwiedź w Bernie, gdzie oblegają go panienki wszelkich możliwych nacji, od Malajek po mieszkanki Ziemi Ognistej. Lecz gdy lord oznajmia swe życzenie, wybucha istny pożar w burdelu. Nazajutrz okazuje się, że obaj wędrowcy rozkoszy, źle widziani na ziemi Wilhelma Tella, muszą ją śpiesznie opuścić.
Anglik, jak to książkowi Anglicy, wpada w spleen; nim jednak dopuści się czynów ostatecznych, rozpoznaje z nagła w teatrze Odéon, na złowieszczej „Lukrecji” Ponsarda, j ą . Lecz jakże zmienioną! Jest to teraz majestatyczna dama w pełni rozkwitu urody. Niespodziany kaprys losu wyniósł bowiem starą zdzirę do godności diuszesy Passavanti. Co więcej, ma ona wychowanicę, a jest nią nie kto inny, jak urocza i perwersyjna Sylwia, dawna przyjaciółka narratora. Jak łatwo przewidzieć, opowiadacz zdradza jej sekret lorda i dla sfinalizowania transakcji odesłany zostaje do starej. Ta zaś, zręcznie maskując chęć zemsty, ostrzega: „Bywają jadowite eliksiry, co przeżerają i kruszą swe naczynie; bywają złowrogie talenta, co piętnują i druzgocą więżące je mózgi... Bywają, wierz mi, rzeczy, których lepiej nie tykać”.
Że jednak wola lorda jest nieugięta, rzecz dochodzi do skutku: za cenę reszty majątku wolno mu będzie spędzić noc z wtajemniczoną w sekretne arkana Sylwią. O świcie siny z zazdrości narrator wdziera się wraz z innymi ciekawskimi do buduaru, skąd nie dobiegał żaden dźwięk. Zastają dwa trupy. W ich wywróconych źrenicach zastygł wyraz najwyższej rozkoszy.
„Dyliżans do Lyonu” sam jest w odnośnej literaturze Odradkiem: nie znam innej książki, która igrałaby na przemian kpiną z wyrafinowanych form erotyzmu i autentyczną, tak trafnie wyczuwaną przez Freuda, niesamowitością tegoż. Nikt nigdy się nie dowie, na czym polegał „dyliżans do Lyonu”. Chyba że uwierzy rewelacjom w internecie, przed czym ostrzegam. A przy tym ta historia ma swój tajemny zachyłek, jeśli ujrzeć w niej jedną z wersji poszukiwania absolutu. Objawia, że wszystkie absoluty są siebie warte, bo celują w coś, co leży po drugiej stronie życia. „Na czym więc polegał ten dyliżans do Lyonu?” – pyta narratora jego zwykła kochanka. – „To sposób uprawiania miłości” – pada odpowiedź. – „To już wolę mój”.
Proste radości
„Rydwan państwa żegluje po wulkanie”; „to jest moje zdanie i ja je podzielam”; „ta szabla jest najpiękniejszym dniem mojego życia” – co poniektórzy wiedzą, że te cudowne frazesy stworzył Henry Monnier (1805–1877), wkładając je w usta stworzonej przez siebie postaci emblematycznego mieszczucha, pana Josepha Prudhomme. Monnier nie był właściwie pisarzem, lecz karykaturzystą, lecz w razie potrzeby umiał chwycić za pióro. Potrzeba taka zaszła najwyraźniej w roku 1862, kiedy to z przyjaciółmi założył na ulicy Santé w Paryżu teatrzyk erotyczny i kukiełkowy zarazem. Głównym inspiratorem był krytyk Louis Edmond Duranty, w parę lat później wsławiony pojedynkiem z Manetem. Przybytek ukryty został na ogrodowej parceli, oddany pod opiekę dwu dam, z których jedną znano jako pindę z kabaretu Zdechły Szczur, i opisany mnóstwem absurdalnych tabliczek. Oprócz dwu sztuczek Monniera repertuar zawierał między innymi „Ostatni dzień skazańca” Tisseranta, „Igraszki miłości i bazaru” Lemerciera de Neuville’a i „Skapena alfonsem” Glatigny’ego. Wszystkie ciężko nieprzyzwoite. Gdy frekwencja osiągnęła maksimum, konspiracja straciła sens i imprezę wypadło zamknąć.
Któż tam nie bywał: Paul Féval, Champfleury, Alphonse Daudet, Théodore de Banville, Théophile Gautier, Baudelaire (który uznał dramaturgię Monniera za „lustro, co nie myśli, lecz zadowala się odbijaniem przechodniów”), a nawet, w towarzystwie George Sand, sam Flaubert; groźnie ruszając wąsami, powtarzał z rozkoszą: „Świństwa, świństwa!”. Ze sztuk Monniera zostawię na inną okazję „Dwie niecnoty” (by nie rzec „trybady”); wcześniejsza, „Gryzetka i student”, jest prostsza i w tej prostocie niepokojąca. Gryzetka, wyjaśniam, to panienka ze sklepu, modystka lub szwaczka żyjąca w wolnym związku ze studentem bądź malarzem. Tu jednak jest to kochanka na przychodne, i to na szóste piętro, gdzie student wynajmuje swe lokum. Padają sobie w ramiona – cóż, gdy niestety za ścianą rezyduje właściciel, onże pan Prudhomme, któremu amory zakłócają poobiednią drzemkę. Toteż jego zirytowany głos akompaniuje miłosnym szałom:
„Gryzetka: Nie tak!... Hipciu, Hipulku mój, weź tę rękę, weź rękę... Nie! Nie chcę... Zabierz tę rękę... błagam!...
Głos pana Prudhomme: Hipolicie, zabierz tę swoją rękę!
Student (do pana Prudhomme): A dajże nam pan pochędożyć w spokoju, co nie?...
Głos pana Prudhomme: A jakże, mój panie... Wyrzucił mnie pan z łóżka... Wymówię panu lokal... Chcę tu dokończyć sjesty, a wy jak raz załatwiacie u siebie swoje bezeceństwa...
Student: No, zamknął się wreszcie bałwan... O czym to mówiliśmy...?”.
I tak to się toczy, wraz z tak zwanymi wzlotami na szczyty szczęścia, na trzeszczącym tapczanie, ze świadomością czujnego ucha tuż obok, pośród naiwnych okrzyków dziewczęcia, niechętnych obietnic chłopaka, łez i przeprosin. Tak się to odbywało wcześniej i tak będzie się działo w przyszłości, aż student skończy studia i dojrzeje do mieszczańskiego mariażu, albo gryzetka wpadnie i amant pokaże jej drzwi. Nie sposób, czytając tę sztukę, wyzbyć się niemiłego uczucia podglądania, i trudno uciec od myśli, że na tysiącu paryskich mansard rozgrywało się tego dnia to samo. I wczoraj, i rok temu, i sto lat wcześniej, i dzisiaj, jutro, za rok i za sto lat. Kochankowie nie potrzebują imion, są doskonale wymienni. Z tej racji nikt nie przedstawi ich lepiej niźli marionetki. Efekt niewątpliwie planowy i wielce odległy od wszelkiej pornografii. Jakby patrzyło się w otwór kalejdoskopu, który pomnaża, ustokrotnia żałosny banał miłości. Stanowczo satyrycy winni trzymać się od niej z daleka.
Pod tapczanem kochanków Monnier nie widział jeszcze, być może, Odradka. My, nawet go nie widząc, podejrzewamy jego obecność. I gasi to proste życiowe radości skuteczniej niż głos zza ściany.

JAN GONDOWICZ jest krytykiem literackim, tłumaczem i wydawcą. Autor opracowań, przekładów oraz licznych esejów. Opublikował m.in. bestiariusz „Zoologia Fantastyczna Uzupełniona” (1995, drugie wydanie 2007) oraz zbiór felietonów „Pan tu nie stał” (2011). Za przekład „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]