Reklama

Lektury pobożne

Lektury pobożne

06.12.2007
Czyta się kilka minut
Historia w zapiskach Prymasa
F

Fragmenty prowadzonych z niebywałą skrupulatnością zapisków Prymasa Tysiąclecia były wielokrotnie publikowane. Najbardziej znane są "Zapiski więzienne". W 1987 roku wydawany na powielaczu Biuletyn Informacyjny Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski rozpoczął publikację zapisków z lat 1952-53. Ukazywały się też wybory notatek - "Przyjaciel Boga i ludzi - wspomnienia o Janie XXIII", "Zapiski milenijne" z lat 1965-67 i inne. Z zapisków obficie korzystał Peter Raina, a także Marian Romaniuk w biografii Kardynała wydanej w Paksie w 1994 r. i trzykrotnie wznawianej. Z tym większym zainteresowaniem bierze się do ręki tom "Pro memoria", kompletny, obejmujący lata 1948-49 i 1952-53 (notatek z lat 1950-51 nie ma i nie wiadomo, czy Prymas je prowadził, a jeśli tak, co się z nimi stało). I tu czytelnik przeżywa pewne rozczarowanie.

W posłowiu Iwona Czarcińska i Anna Rastawiecka informują: "Względy natury etycznej nakazały pominięcie pewnych nazwisk oraz opisów spraw, które miały charakter ściśle osobisty. Pamiętać bowiem trzeba, że od śmierci Prymasa Tysiąclecia minęło dopiero 26 lat". Co prawda "znaczną część opuszczeń, które były w poprzednich wydaniach, uzupełniono, pozostawiając jedynie opuszczenia uznane za absolutnie konieczne (...) miejsca opuszczeń czy skrótów nazwisk do inicjałów odpowiednio zaznaczając", ale jednak rozczarowanie pozostaje. Przytoczone uzasadnienie jest oczywiste, tak należy postępować - ale co zrobić, że żal opuszczeń, zwłaszcza że nie wiadomo, jak dużą część zapisków pozostawiono dla przyszłych pokoleń.

Jednak mimo tych (koniecznych) ograniczeń, zapiski wydać było warto. Dzięki nim łatwiej zrozumieć dzieje i postawę Kościoła w Polsce tamtych lat. Notatki sporządzał Prymas niemal każdego dnia wieczorem, wyjątkowo następnego dnia rano. Nie myślał o ich publikacji, czuł tylko konieczność zachowania świadectwa wydarzeń, w których sam uczestniczył. Sam mówił o tym tak: "notuję rzeczy, w których sam, osobiście brałem udział. I notuję je dlatego, że mogą być niekiedy sprawy kontrowersyjne i ktoś będzie chciał sobie postawić pytanie, a nie daj Boże męczyć się nad tym problemem, jak tam rzeczywiście było. Z litości więc dla tych, którzy się będą kiedyś zajmowali tymi sprawami, notuję pewne rzeczy, jak one wyglądały (...) Ograniczam się do faktów". Czytelnik poznaje je tak, jak wyglądały z perspektywy autora. Autora i protagonisty wielu wydarzeń.

Ponad 600 stronic liczący tom nie nadaje się do streszczenia. Zapiski duszpasterskie przemieszane są tu z relacjami z rozmów na najwyższym szczeblu kościelnym i państwowym. Refleksje nad liturgiczną stosownością ozdobienia ołtarza "żywymi aniołkami" przez franciszkanów w Gnieźnie, i co by na to Kongregacja Rytów, sąsiadują z zapiskami o dramatycznej sytuacji na linii Kościół-państwo. Prymas włącza do notatek treść rozmów z przedstawicielami władz. Widać, jak starannie się do tamtych spotkań przygotowywał. Sądzę, że dla ministra Antoniego Bidy (najczęstszy rozmówca) czy wicemarszałka Franciszka Mazura musiały to być spotkania trudne. Prymas szedł z przemyślanym, obszernym wykładem zasad i precyzyjnym zestawem zarzutów. Rozmówcy - jak wynika z notatek - byli przygotowani znacznie gorzej i na ogół bezradni. Dysponowali tylko argumentem siły: pogróżek, restrykcji i pozbawiania wolności.

Oto przykładowo opis spotkania z Franciszkiem Mazurem: "Postanowiłem dziś sprawy ustawić zasadniczo, by w dyskusji i w polemice nie wracać już do zarzutów, których dość często musieliśmy wysłuchiwać, tracąc czas (...). Przeprowadziłem więc wykład, który trwał przeszło trzy godziny. Wykład miał charakter »profesorski«. Mój rozmówca (...) połykał jakieś pastylki, słuchał z budującą cierpliwością, starannie notując sobie wywody". I następnie Prymas zamieszcza obszerne streszczenie swego wywodu. Niestety nie dowiadujemy się, co na to odpowiedział wicemarszałek Mazur.

Z wielkiego tomu można by wypreparować wiele wątków. Choćby wątek granic kompromisu w sporach z władzami; Prymas np. akceptuje - niejako wbrew sobie - narzucone nominacje administratorów diecezji w obawie przed schizmą. Wątek księży-patriotów, wątek stosunku do Bolesława Piaseckiego i PAX-u (początkowo w miarę pozytywny, szybko się pogarsza). Wątek zażyłości i współpracy z "Tygodnikiem Powszechnym" (obszerne relacje ze spotkań z Jerzym Turowiczem i innymi redaktorami) itd.

Zdumiewa i budzi podziw zakres zaangażowań Prymasa, arcybiskupa dwóch diecezji, faktycznie pełniącego funkcję "głowy Kościoła w Polsce". Decydował w sprawach diecezji w całej Polsce, zwłaszcza na Ziemiach Odzyskanych, kierował Konferencją Episkopatu, rozstrzygał w ważniejszych i czasem mniej ważnych sprawach zgromadzeń zakonnych męskich i żeńskich. To on od strony kościelnej decydował o układaniu stosunków Kościół-państwo, a jednocześnie reagował na publikacje prasowe, na wydarzenia kulturalne i polityczne. Spotykał setki księży i ludzi świeckich, był zaangażowany w odbudowę obiektów sakralnych, i to nie tylko w swoich diecezjach, w nich zaś dawał wytyczne co do programu wychowania kleryków, wizytował parafie, wygłaszał mnóstwo kazań (z reguły długich, co zresztą odnotowuje) i przemówień (bywa, że osiem dziennie). Jednocześnie lakoniczne notatki świadczą o doskonałej znajomości spraw i ludzi.

Zdumiewający jest podwójny rytm notowanych wydarzeń. Rytm życia diecezjalnego, parafialnego - tu mamy normalność, niemal do znudzenia: nabożeństwa, procesje, chóry kościelne gorsze lub lepsze, akademie "ku czci", powitania i pożegnania wizytującego biskupa, licznie gromadząca się nabożna "dziatwa", "wieczerze" w gronie księży, zebrania dekanalne, problemy parafii. I rytm wydarzeń politycznych: podstępne knowania władz, próby rozbicia jedności Kościoła... Od jednego rytmu do drugiego Prymas przechodzi płynnie. W obu porusza się ze spokojem i poczuciem kompetencji. I jeszcze jeden rytm - w zapiskach tylko sygnalizowany, lecz jak łatwo z tych wzmianek odczytać, w życiu Prymasa istotny: rytm medytacji, skupienia, modlitwy.

Zdumiewające życie, zdumiewająca postać. On sam, kiedy pod koniec życia przeczytał "Pro memoria 1952-1953", miał powiedzieć: "nie wiem, jak to wszystko można było wytrzymać"...

Specjalista od miłości

zęsto kiedy duchowny zaczyna mówić o małżeństwie, małżonkom robi się słabo. Ale bywa i przeciwnie. Dominikanin ojciec Joachim Badeni, wolny od fałszywej skromności, mówi w tej książce-rozmowie ze świadomością, że wie, o czym mówi. Nie dlatego, że zakonnikiem został już jako człowiek 31-letni, zaręczony z Rumunką Maricziką, w świecie bywały, doświadczony wojennymi przeżyciami (był oficerem łącznikowym). On po prostu wie, że jest specjalistą od miłości. Z dwóch powodów. Po pierwsze, bo jako duszpasterz akademicki z kilkudziesięcioletnim stażem poznał tysiące młodych ludzi, którzy przychodzili do niego z kłopotami sercowymi, i potrafił im pomóc, po drugie, bo jest mistykiem.

Zażyłość z Panem Bogiem wprost bije z jego opowieści. Tak o Bogu mówią ci, którzy są z Nim w przyjaźni. Ale bez cudów. Kiedy rozmowa dochodzi do problemu "wypalenia się miłości", ojciec Joachim mówi o analogicznym doświadczeniu kapłana-zakonnika w jego relacji z Bogiem. Nie spotkałem prawdziwszego i bardziej przejmującego opisu owej "nocy ciemnej" kapłana, jak tych kilka wierszy: "Po latach jakby wszystko powszednieje. Wszystko staje się zwykłe i dobrze znane. To samo doświadczenie dotyka życia zakonnego. Pan Bóg staje się bardzo nudny, zupełnie nieciekawy. Msza św. nudna. Najtrudniej sobie poradzić z miłością Boga, bo to najbardziej przykry nakaz. Próbujemy więc sobie jakoś ułożyć życie, żeby było funkcjonalnie poprawne (...) Trzeba się czymś zająć, może hodować króliki, zbierać znaczki pocztowe?". I to wyznanie: "Nie! Jednak będę wchodził wiernością w tajemnicę. I wszedłem. Na szczęście".

"Adwokat im powiedział: jeśli Badeni się wami zajmie, to jeszcze radzę poczekać". Co robi ojciec Joachim z ludźmi, którzy (masowo) przychodzili i przychodzą do niego w sytuacjach kryzysowych? "Gdy przychodzi do mnie małżonek z prośbą o pomoc, proponuję, by usiadł naprzeciw mnie w fotelu, i długo się za niego modlę, co najmniej pół godziny. Pan Bóg bardzo często wtedy działa. Kiedyś ktoś mi powiedział po takiej modlitwie: proszę Ojca, problem pozostał, bo ja go nie rozwiązałem, ale wszystko stało się jasne".

W czym tajemnica? Ojciec Badeni zobaczył, że miłość ludzka jest zakorzeniona w Bogu, który jest miłością. Słyszeliśmy to tysiące razy, ale on przekłada to na zwykłe, codzienne, niby banalne ludzkie sytuacje. Jak? By to uchwycić, trzeba przeczytać książkę. Żeby dostrzec, że banalne wcale tak banalne nie jest.

Wiele tu dramatycznych opowieści z dobrym zakończeniem, wiele pogody, bo jakże o miłości mówić na ponuro? Jednak nie jest to książeczka naiwna, dla grzecznych dzieci; są progi, których nawet ojciec Badeni nie sforsował. Tak mówi o niektórych parach żyjących bez ślubu, o ludziach, dla których wiara jest ziemią daleką i obojętną. Wie, że problem tkwi nie w rytualnym akcie ślubu, ale w odkryciu przez nich Tego, który jest źródłem miłości.

Znakomita książka, którą chciałbym polecić wszystkim moim przyjaciołom zakochanym, zakochanym w kryzysach, mężom, żonom, dzieciom. Książka o kobietach i mężczyznach, a nade wszystko o Bogu, który jest miłością. Z wyraźnym zastrzeżeniem: książka nie jest poradnikiem, trzeba przeczytać ją w całości. Jest niewielka (155 stronic) i siłą rzeczy nie ogarnia wszystkich pytań, z którymi w sprawach miłosnych człowiek się boryka. Bo ilu ludzi, tyle sytuacji. Niepowtarzalnych.

Sakrament, którego nie było

Mistyczny i optymistyczny obraz małżeństwa ukazany przez o. Badeniego dopełnia Paolo Bianchi. Kanonista, wykładowca prawa kanonicznego na Uniwersytecie Gregoriańskim i na kilku innych wyższych uczelniach, duszpasterz-praktyk, pełniący urząd wikariusza sądowego Regionalnego Trybunału Kościelnego w Lombardii, autor wielu publikacji z dziedziny kanonicznego prawa małżeńskiego, ukazuje dramatyczną stronę małżeństwa. Jednak słowo "dramat" chyba ani razu nie pojawia się w jego książce. Doskonale znając sytuacje, o których pisze, wie, że kiedy chce się wyciągnąć kogoś z topieli, nie należy się topić razem z nim, ale trzeba stać na mocnych nogach, a przynajmniej zachować zdolność utrzymania się na powierzchni. Wykład zasad prawnych jest jasny i rzeczowy, podbudowany teologicznie, ilustrowany opisem konkretnych sytuacji znanych autorowi z bogatej praktyki duszpasterskiej w sądzie kościelnym.

Co jest treścią tej liczącej ponad 300 stron książki, wyjaśnia we wstępie ks. Mirosław Czapla: "Najważniejsze w małżeństwie jest szczere, wzajemne oddanie się męża i żony. Jeśli tego braknie lub będzie dotknięte poważną wadą, wówczas może się okazać, że małżeństwo tak naprawdę nigdy nie było sakramentem, czyli znakiem wzajemnego uświęcenia małżon­ków. (...) Liturgiczne znaki mogły być jedynie pozorami sakramentu, gdyż z jakiejś przyczyny Chrystus nie mógł w mocy Ducha Świętego połączyć danego związku mężczyzny i kobiety nierozerwalnym, du­chowym węzłem małżeńskim. Kapłan, rodzina i wspólnota przyjmo­wali tę przysięgę małżeńską z całą powagą i radością, lecz z takich czy innych przyczyn sakrament mógł nie zaistnieć, węzeł sakramentalny nie powstał. Małżeństwo mogło być nieważne".

Bianchi szczegółowo analizuje uznawane przez Kościół przyczyny nieważności małżeństwa. Mogą to być czynniki obiektywne, które sprawiają, że człowiek rozumny i wolny nie może zawrzeć małżeństwa (np. wiek, impotencja, święcenia kapłańskie). Nieważność powodują też "wady zgody": np. zaburzenia zdolności myślenia albo wyboru, symulacja, zgoda warunkowa itd. Trzecią kategorią przyczyn nieważności może być brak uprawnień kapłana asystującego przy zawieraniu małżeństwa.

Wszystkie te "przeszkody" są, rzecz jasna, wyliczone w Kodeksie Prawa Kanonicznego. Wartość książki polega na tym, że kanoniczne zasady przekłada ona na język życiowych sytuacji. Autor wiele wskazań adresuje do konsulatorów, funkcji istniejącej w Kościele we Włoszech. W Polsce konsulatorem jest każdy ksiądz - znajomość subtelnej materii prawnej nie zawsze jest jego mocną stroną. Dlatego polski przekład jest szczególnie pożyteczny dla księży. Tym, którzy szukają sposobu rozwiązania własnych problemów, pomoże lepiej rozeznać się w sytuacji, a podany na końcu spis (z adresami, także mailowymi, i telefonami) wszystkich sądów kościelnych zdaje się sugerować, by zamiast szukać przygodnych doradców, zwrócić się o pomoc do kompetentnych instytucji. Bianchi omawia także dwie ściśle związane z tematem kwestie: rozwiązania przez papieża małżeństwa ważnego, lecz niedopełnionego, i konwalidacji ("uważnienia") małżeństwa, które w chwili zawierania go było z jakiegoś powodu nieważne.

W świadomości wielu ludzi tkwi przekonanie, że "orzeczenie nieważności małżeństwa" to eufemistyczne określenie dla "kościelnego rozwodu". Są tacy, co podejrzewają, że Kościołowi w gruncie rzeczy chodzi o pieniądze. Autor, omawiając kolejne podstawy orzeczenia nieważności, klarownie wykazuje, że rozwój kościelnego orzecznictwa w tym względzie wynika z coraz lepszej znajomości człowieka. Nigdy sam fakt, że "coś się w naszym małżeństwie psuje", że "się wypaliło uczucie", że "nastąpił rozpad małżeństwa", i tym podobne zjawiska nie oznaczają ipso facto nieważności.

Słyszałem, że ktoś po przeczytaniu książki Bianchiego uznał ją za podręcznik naciągania (nabierania) sądów kościelnych. Rzeczywiście, można na podstawie opisanych tu przypadków skonstruować takie zeznanie, które zdecyduje o wyroku pozytywnym dla ubiegającego się o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Pomijając krytycyzm i ogromne doświadczenie sędziów oraz zawsze obowiązującą weryfikację pierwszego orzeczenia w drugiej instancji, należy jeszcze postawić pytanie - po co? W zakresie spraw materialnych wystarcza przecież wyrok sądów świeckich, w sprawach wiary (sakrament małżeństwa jest nią tak samo, jak wszystkie inne sakramenty) i tak ostatecznie sprawa się rozgrywa między człowiekiem a Bogiem.

O księżach i lustracji

Że taka powieść powstanie, należało się spodziewać. Skonstruowana z fantazji i fragmentów znanych postaci i wydarzeń kusi, by doczytać się w niej kulisów spraw opisanych w prasie. Autor zresztą nie zaznacza, że "jakiekolwiek podobieństwo do konkretnych osób jest całkowicie przypadkowe". Nie jest. Kraków jest autentyczny, autentyczne są wydarzenia w Nowej Hucie, autentyczny jest lustracyjny amok. Także koszmarne efekty nieco przypominają wydarzenia autentyczne.

Powieść o teczkach księży siłą rzeczy musi być opowieścią o księżach. Roi się od nich, poczynając od głównego bohatera, po postaci na drugim, trzecim i dalszym planie. Być może fabuła kogoś wciągnie, być może jakiś czytelnik dozna wstrząsu, kiedy dojdzie do miejsca, w którym poszukiwana prawda jak bumerang trafi w samego poszukiwacza. Nie wiem, czy jest to dzieło literackie wysokiego lotu. Mnie znacznie bardziej niż wątek lustracyjny, którego życie dostarcza w nadmiarze, zainteresował obraz polskiego księdza.

Z pewnością księża Marka Harnego w niczym nie przypominają postaci z książek Bernanosa czy Mauriaca. Są działaczami, funkcjonariuszami instytucji, w ich życiu nie widać śladów głębszej więzi z Panem Bogiem. Teraz trapi mnie kilka pytań. Czy tacy jesteśmy, czy choć nie jesteśmy, to tak nas postrzegają? Czy tak nas postrzegają, bo nie chce się im (np. autorowi) zobaczyć czegoś więcej, czy dlatego, że po prostu w naszym życiu, słowach, działaniach niczego więcej nie widać?

  • Stefan kardynał Wyszyński, "Pro memoria. Zapiski z lat 1948-1949 i 1952-1953", Warszawa 2007, Wydawnictwo im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego Soli Deo i Wydawnictwo Księży Pallotynów Apostolicum;
  • "Kobieta i mężczyzna. Boska miłość". Z o. Joachimem Badenim OP rozmawia Sylwester Szefer, Kraków 2007, Wydawnictwo AA;
  • Paolo Bianchi, "Kiedy małżeństwo jest nieważne. Poradnik dla duszpasterzy, konsultantów i wiernych", przeł. Beata Nuzzo, Kraków 2007, Wydawnictwo M;
  • Marek Harny, "Zdrajca", Warszawa-Kraków 2007, Prószyński i S-ka, Wydawnictwo WAM.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]