Reklama

Lektury pobożne

Lektury pobożne

02.08.2006
Czyta się kilka minut
G

Gdyby nie...

Tę historię Hanna Krall już raz opisała. Ściśle mówiąc, opisała historię opisywania tej historii. W tomie "Hipnoza" pierwsza opowieść to historia pani Izoldy R. (teraz wiemy, że Regensberg), która z Izraela zwraca się do Hanny Krall, żeby opisała jej dzieje. Ma to być powieść dla Hollywoodu. Pani Izoldzie potrzebna jest ta powieść, bo miała ciekawe życie i chce opowiedzieć o nim ludziom, ale też chce, żeby w Hollywood powstał film, a film jest jej potrzebny, żeby za uzyskane pieniądze kupić mieszkanie w pensjonacie dla starców, zrobić operację plastyczną, zapewnić opiekę mężowi, kiedy zniedołężnieje, pomóc starszej córce, która sobie nie radzi. Hanna Krall się godzi. Jednak najpierw pyta: "Ile mi pani zapłaci?". Wymienia sumę równą cenie dwóch biletów, w obie strony, do Kanady. Bo w Kanadzie mieszkają córka i wnuk Izoldy - emigranci, a bilet do Kanady nie jest tani.

Hanna Krall godzi się być ghost-writerem także dlatego, że historia Izoldy R. ją zafascynowała. Wypełniło ją uczucie, które się pojawiało, kiedy miała przed sobą świetnego bohatera, temat, wspaniałe sceny do opisania. I Hanna Krall napisała książkę. Uważa nawet, że "dokładnie taką, jaka powinna być". Wysłała Izoldzie R. maszynopis. Zleceniodawczyni zachwycona nie była: "ta moja rozpacz, moje serce, moje łzy, a u pani? Parę zdań i to już wszystko". Hanna Krall wprowadziła zmiany, o które prosiła Izolda R.

Tak to opisała w "Hipnozie". Jest tam też opowiedziana, zwięźle, historia Izoldy R. Trzydzieści stron, ściślej mówiąc sama historia zajmuje jakieś sześć stron mniej, bo te poświęcono opowieściom o spotkaniach i rozmowach z bohaterką, o powstawaniu książki, o gazetach, którymi przykrywano w getcie wynoszone na ulice zwłoki.

Piszę o tym, by czytelników "Hipnozy" zapewnić, że jeśli Hanna Krall opowiada o tym samym raz na dwudziestu kilku stronicach, a potem na ponad stu pięćdziesięciu, to nie jest to samo. W żadnym razie u Hanny Krall. Czy "Król kier" to zamówiona książka, którą wysłała do Izoldy R.? Sądząc po zamieszczonych w pierwszym tekście próbkach, chyba nie. Do tamtej zresztą nie miała - o czym wspomina - praw.

Nie zamierzam tu recenzować książki. Jeśli się ją czyta z wytężoną uwagą, jeśli czytelnik nie daje się wciągnąć bez reszty samej relacji wydarzeń, tak niezwykłych, że żaden autor by ich nie wymyślił, obawiając się zarzutu braku prawdopodobieństwa - znajdziemy w niej wiele warstw. Wśród tych pokładów jest i ten, który uzasadnia pisanie o książce w tym miejscu. Nie, nie jest to "lektura pobożna". Formalnie rzecz traktując, można rzec, że zebrane razem fragmenty, odnoszące się do spraw religii, wiary, Pana Boga, to co najwyżej kilka stronic.

Niemal na początku książki sygnał obecności tych spraw - pozornie naiwne, pierwsze doświadczenie spotkania z czyjąś śmiercią (śmierć w tej książce będzie potem intensywnie obecna). Izolda-pielęgniarka jest ciekawa, jak wygląda śmierć. Co można zobaczyć będąc jej świadkiem: duszę? Znak? Potem relacjonuje mężowi: "duszy nie ma, znaku nie ma".

Są - znów jakby naiwne - zakłady z Panem Bogiem. Ja to, Ty mi w zamian to. Izolda, kosztem bardzo realnych wyrzeczeń, dotrzymuje słowa. On też. Niektóre wydarzenia (zbiegi okoliczności?) można by uznać wręcz za cudowne: "Czy to możliwe, że Pan Bóg oswobodził Oświęcim tego dnia specjalnie dla niej? W rewanżu za buty dla Irmy Jabłońskiej?".

Całą historię można by zresztą uznać za cudowną. Izolda i jej mąż, którzy według wszelkiego rachunku prawdopodobieństwa musieli zginąć - wyszli z życiem. Powinni zginąć - i tak by się też stało, gdyby... "Gdyby absurdalnie ubrana nie kręciła się po ulicy, nie wzięto by jej za prostytutkę. Gdyby nie policjantka, nie poszłaby na Mariańską do dozorcy Mateusza. Gdyby nie odwiedziła Mateusza (chciała uprzedzić go, że będzie o nią pytać obyczajówka), nie wiedziałaby, że był listonosz. Że zostawił list. Że mąż prosi o coś do jedzenia. Że podaje nowy adres: Mauthausen, blok AKZ. Słowem: wszystko w życiu splata się ze sobą w zagadkowy sposób".

I znów, w innym miejscu, z uporem: "Gdyby nie wzięto jej za prostytutkę, nie poszłaby do dozorcy Mateusza, nie wiedziałaby o Mauthausen, nie pojechałaby do Wiednia. Gdyby nie było Wiednia, zostałaby w Warszawie. Zginęłaby w powstaniu, w piwnicy, razem z matką. Gdyby nie uciekła z Guben, pognaliby ją z innymi kobietami. Doszłaby do Bergen-Belsen. Trafiłaby na epidemię tyfusu. Umarłaby na tyfus razem z Janką Tempelhof. Widocznie Pan Bóg zadecydował, że ma przeżyć wojnę. Albo nie. Zadecydował, że ma zginąć, a ona ze wszystkich sił sprzeciwiała się Jego wyrokom. Tylko dlatego przeżyła. I nie jest to zasługa żadnego Boga. To jej zasługa - i tylko jej".

Książka jest o miłości, która ma moc ocalania, o czekaniu, o złu i dobru, które tkwi w człowieku. Mówiąc o losach zwykłych, nieznanych ludzi, opowiada o wojennych losach tysięcy Żydów i Polaków. Pytania o Pana Boga - inaczej niż zwykle w kontekście tamtych wydarzeń - wynikają ze śladów Jego obecności, a nie nieobecności. Hanna Krall różni się tu od samego Papieża Ratzingera.

Droga Kochana Panno Marychno...

Późną wiosną 1943 roku Tadeusz Kotarbiński, jak wielu innych polskich intelektualistów w okresie okupacji, by uniknąć aresztowania, musiał zniknąć z Warszawy i zaszyć się na prowincji. Zamieszkał w niewielkim dworze państwa Kuźnickich w Krężnicy Okrągłej. Majątkiem gospodarowały pani Zofia Kuźnicka z trzema córkami. I tam, "przy zbieraniu jeżyn", został zawarty pakt przyjaźni "uściskiem ręki urzeczywistniony", czyli "zadokumentowanie braterstwa, wykwitłego z dłuższego obserwowania się wzajemnego i wymiany zdań i spędzania wielu dni pod jednym dachem".

Między 57-letnim profesorem filozofii Tadeuszem Kotarbińskim i 33-letnią Marychną Kuźnicką, jedną z trzech córek pani domu, wychowanką niepokalanek i absolwentką kursów ogrodniczych, zrodziła się przyjaźń, która - przynajmniej dla Marychny - miała przetrwać nawet poza grób. "Dla mnie pakt przyjaźni jest na zawsze" - pisał w lipcu 1945 z Łodzi Kotarbiński do panny Marychny.

To pierwszy z zachowanych listów. Korespondencja zawiera 54 listy Tadeusza Kotarbińskiego pisane od lipca 1954 do 2 grudnia 1973. Listów Marychny zachowało się 18 i jeden Zofii Kuźnickiej. Brakuje korespondencji z okresu od sierpnia 1952 do września 1962. Kotarbiński po wojnie zaangażował się w pracę naukową i dydaktyczną, a nade wszystko w organizowanie Uniwersytetu Łódzkiego, został prezesem Polskiej Akademii Nauk, publikował swoje ważne dzieła. Panie Kuźnickie borykały się z trudnościami typowymi dla wywłaszczonych ziemian. Marychna zatrudniała się w kilku miejscach, pracując w swojej specjalności (pielęgnowanie ogrodów), a w 1954 roku wstąpiła do klasztoru karmelitanek w Przemyślu. Przyjęła wówczas imię s. Elija Magdalena od Niepokalanej Matki, lecz dla profesora pozostanie do końca "Kochaną Panną Marychną": "dla mnie pozostanie Pani na zawsze tą, którą znałem i o której myślę nadal bardzo przyjaźnie".

Siostra Elija zmarła w 1974 r., mając 54 lata. Profesor dożył 95 lat, zmarł w 1981 roku. Ze skrzydełka zbioru ich korespondencji patrzy na nas Marychna, prawdopodobnie z epoki, kiedy się poznali: regularne, sympatyczne rysy, stanowcze, zaciśnięte usta, zamyślone oczy, ciemna sukienka w jasny, fantazyjny wzorek, na szyi jedwabny szalik w małe groszki. Na drugim zdjęciu dobrotliwa twarz profesora, taka, jaką wszyscy pamiętamy. Książkę wydano na 50-lecie Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, w 120. rocznicę urodzin i 25. rocznicę śmierci Tadeusza Kotarbińskiego.

Jest w tej korespondencji warstwa narracyjna. Profesor opowiada o kolejnych obowiązkach, funkcjach i zaszczytach. Widać, że nieco go to bawi, dobra sytuacja materialna wprawia w zażenowanie, rozwój sytuacji, w którą wchodził jako przekonany lewicowiec - niepokoi. Znamienne są wzmianki o tym, jak otoczony honorami jest często bezradny, kiedy chce coś przeprowadzić. "Wielcy tego świata okazują mi dużo atencji, ale moje zdanie to jest zawsze zdanie bezpartyjnego, stojącego z dala od władzy". Tym tłumaczy niemożność załatwienia jakichś spraw, o które prawdopodobnie prosi go Marychna. W każdym razie postarał się o dostarczenie węgla, bezcennego dla marznących w kiepskich pomieszczeniach kobiet.

Są tu opowieści (obojga) o niedomaganiach i chorobach, o śmierci bliskich. To zaś przeplatane słowami o ich przyjaźni, o tym, co ich, mimo istotnej różnicy - on ateista, ona głęboko wierząca, potem karmelitanka - łączy. "Bóg jest prawdą - pisze Kuźnicka - a kto Prawdy szuka, szuka Boga, choćby o tym nie wiedział". Wątki religijne są w listach Marii Kuźnickiej rzadkie i zaznaczone nieśmiało. To raczej Profesor wykłada jej swoje przekonania i poglądy na niektóre sprawy. Czasem jakby się tłumaczył ze swego tkwienia w instytucjach, co do których etycznej klarowności sam miewa wątpliwości.

Niekiedy wyrażane w listach poglądy twórcy etyki spolegliwego opiekuna mogły być dla adresatki szokujące. Pisze np. w sierpniu 1946 roku (w związku z wiadomością o przejechaniu przez samochód psa Kuźnickich Hatiego): "Ja zawsze jestem rad, ilekroć jakaś istota żywa, człowiek czy zwierzę ginie szybko, bez długotrwałych cierpień... Co za paradoks, przecież ci, co rozstrzeliwali na miejscu, byli pewnego rodzaju dobrodziejami niechcący". W zachowanych listach nie ma śladu reakcji (tym bardziej polemiki) na tego rodzaju dywagacje. "Kochana przyjaciółeczka" (bo i tak czasem nazywa Profesor pannę Kuźnicką) wychwytuje to, co w myśleniu przyjaciela jest bliskie Ewangelii. Wyczuwa to, co potem w cennej monografii "Poglądy etyczne Tadeusza Kotarbińskiego" napisze ks. Jan F. Choroszy: że w tzw. etyce niezależnej Kotarbińskiego zawarta jest treść chrześcijańska. To zagadnienie omawia Stanisław Borzym w znakomitej przedmowie do tej korespondencji.

Przyjaźń, wzajemny zachwyt i szacunek powstrzymują korespondentów - pewnie podświadomie - od ścierania racji. Wzajemna empatia pomaga rozumieć i szanować inność interlokutora. Marychna Kuźnicka - siostra Elija Magdalena pełnym głosem przemówi dopiero w ostatnim liście, pisanym już na łożu śmierci: "Od trzech tygodni jestem bardzo chora, wiem, że umieram. Ale jestem bardzo szczęśliwa i pełna pokoju, tak bardzo kocham mego Boga, moją Miłość, że pragnę się już z Nim zjednoczyć, tylko miłość sióstr trzyma mnie przy życiu. Chciałam się z Panem pożegnać, jeszcze raz podziękować za piękną przyjaźń, za tyle dobra doznanego od Pana. Wiem, że choć inaczej patrzymy na prawdę, ale spotkamy się kiedyś tam - wyproszę mojego Boga o tę łaskę, żeby Pan mógł być szczęśliwy na całą wieczność, bo wiem, że Prawda, której Pan szuka, to Bóg - nigdy tak nie pisałam do Pana, ale to słowa umierającej, która bardzo kocha Pana i pragnie Jego dobra. Bardzo słaba więc kończę...".

Ten ostatni list nosi datę 5 grudnia 1973. Siostra Elija zmarła 23 stycznia następnego roku. Ich przyjaźń pragnęła zabrać ze sobą na tamten świat. Czy dotrzymała słowa? Czy staremu przyjacielowi-ateiście uprosiła u "swojego Boga" łaskę wiecznego szczęścia?...

Parafio, quo vadis?

Jan Paweł II wprowadził praktykę, której przed nim (a jak na razie i po nim) żaden papież nie podejmował. Jako biskup Rzymu systematycznie wizytował parafie swej diecezji. Odwiedził ich 316, do odwiedzenia wszystkich zabrakło kilkunastu. Ten ogromny, konsekwentnie kontynuowany - dopóki pozwalał na to stan zdrowia - wysiłek nie był ani nostalgiczną próbą przedłużenia tego, co praktykował w swoim Krakowie, ani fantazją hobbysty. Ten papież, który długo był pasterzem zwykłej diecezji, uważał, że życie Kościoła przechodzi przez parafię.

Praca ks. Mariana Dudy, potężny tom liczący 672 stronice, nie jest zestawem papieskich wypowiedzi na temat parafii, ale prowadzonym przez myśl papieską wielkim wykładem o parafii. Pierwsza część, zbudowana na kolejnych etapach życia papieża Karola Wojtyły, pomaga zrozumieć kształtowanie się papieskiego nauczania w tej kwestii. Towarzyszymy mu od etapu młodzieńczej modlitwy w wadowickim kościele parafialnym aż po posługę Biskupa Rzymu.

Jan Paweł II zawsze pozostawał związany z instytucją parafii i kształtował w sobie jej wizję. Kolejne rozdziały są poświęcone papieskiej wizji wspólnoty parafialnej, "Kościołowi-komunii" w parafii, misyjności parafii i wreszcie implikacjom papieskiej wizji parafii dla jej odnowy. Jan Paweł II (a z nim autor) nie ma złudzeń co do kryzysu parafii, zwłaszcza na Zachodzie, w świecie takim, jaki jest obecnie.

Ks. Duda wydobywa z papieskiego nauczania, rozsianego zresztą w różnych papieskich wystąpieniach i dokumentach, to wszystko, co dotyczy konieczności odnowy czy reformy parafii. Szczególnie interesujące są rozdziały poświęcone jej przyszłości w ogóle, a parafii w Polsce w szczególności. Wizja teologiczna zostaje przełożona na konkretne programy i inicjatywy podejmowane przez Kościoły lokalne w różnych krajach oraz przez ruchy. Warto przypomnieć tu papieskie ostrzeżenie przed naiwną wiarą w program-panaceum na wszelkie bolączki czy jakieś cudowne techniki duszpasterskie. Usprawnienie instytucji nie oznacza odnowy wspólnoty. Jan Paweł II podał zresztą priorytety duszpasterskie (w "Novo millenio ineunte" 29): świętość, modlitwa, niedzielna Eucharystia, sakrament pojednania, pierwszeństwo łaski, słuchanie Słowa Bożego, świadczenie miłosierdzia, duchowość komunii, różnorodność powołań, zaangażowanie ekumeniczne. Ciekawe jest omówienie przeszkód, na które natrafiają próby odnowy parafii, by odpowiadała współczesnym potrzebom, nie tracąc nic z tego, co w niej jest istotne. Autor pisze: "Ważne jednak jest, aby skończyć z pewnymi pseudodogmatami w tej kwestii: liczy się ilość; liczy się sukces; liczy się lider; liczy się opinia; liczą się pieniądze; liczy się kariera; liczy się efektywność; liczy się zużyty obyczaj; liczy się przebrzmiała forma; liczy się przebrzmiała tradycja; liczy się moje zdanie. Gdy te wszystkie pseudodogmaty się liczą, wtedy nie ma miejsca na komunię".

Ogromna praca może być kapitalnym punktem wyjścia do debaty parafii wśród księży i świeckich. Jest to studium teologiczne z pewnym, choć nigdzie niesformułowanym dystansem do dorobku socjologii parafii. Są w nim tezy kontrowersyjne. Autor z jednej strony podkreśla konieczność komplementarności posług, a więc, jak rozumiem, swego rodzaju "podziału pracy" między parafiami (to wydaje się oczywistą koniecznością w wielkim mieście), z drugiej stanowczo się sprzeciwia "specjalizacji w parafii", "profilom parafii" czy samej idei "parafii z wyboru", widząc w tym zagrożenie uczynienia z Kościoła "federacji różnorodnych klubów, według upodobania, smaków, apetytów".

Polskiemu Kościołowi autor mówi, że poznanie i wcielanie w życie nauki Jana Pawła o parafii pozostaje wciąż długiem do spłacenia wobec zmarłego Papieża. Mylą się zadowoleni ze status quo optymiści: "Gołym okiem widać, że polska parafia w swym powszechnym, a nie tylko wyjątkowym wymiarze nie jest odnowiona według myśli Jana Pawła II".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]