Reklama

Lektury pobożne

Lektury pobożne

20.06.2006
Czyta się kilka minut
Proste rozmowy o wierze z Mistrzem Węcławskim
T

Tym, którzy się boją sięgać po publikacji księdza Tomasza Węcławskiego, uważając, że są trudne, polecam książeczkę "Pascha Jezusa". Węcławski mówi tu "ludzkim głosem"; o trudnych sprawach wiary, które podejmuje w swoich traktatach, rozmawia w sposób przystępny dla każdego. To pewnie zasługa rozmówców. Wojciech Bonowicz i Michał Okoński

rozmawiają z księdzem profesorem jak z rabinem. Stawiają mu mnóstwo pytań, które pewnie niejednemu z was przyszły do głowy podczas lektury opisu wydarzeń paschalnych. Są dociekliwi. Dlaczego - pytają - Żydzi spodziewali się innego Mesjasza? Dlatego - odpowiada Rebe - że ludzie generalnie spodziewają się innych mesjaszy. Nic się tu zresztą nie zmieniło, tak jest zawsze, do dziś...

Miły jest ten ton swobodnej rozmowy. Ksiądz Węcławski czasem przedstawia własne hipotezy teologiczne (np. że pierwszym aktem wiary uczniów w zmartwychwstanie było to, że się zgromadzili jeszcze zanim nadeszła wiadomość), a kiedy indziej opowiada o znakach dawanych przez zmarłych, których sam był świadkiem. To jest rozmowa z mądrym wierzącym człowiekiem, mówiąc wzniośle - ze świadkiem mądrej wiary. Rozmowa spokojna i pogodna, uładzona dzięki temu, że rozmówcy są dobrze przygotowani.

Co do rozmówców: biorą za podstawę zapis Ewangelii. W tym podejściu dostrzegam przejaw różnicy pokoleń. Kiedy byłem w ich wieku, głównym problemem było to, jak się ma wiara pierwszej gminy, której zapisem są Ewangelie, do samych wydarzeń. Bultmannowski sceptycyzm przenikał nasze młode dusze i problemy historyczności tekstu, rodzajów literackich, jego hermeneutyki niemal przesłaniały samo ewangeliczne przesłanie. Dobrze, że mamy to już za sobą. Skromne miejsce poświęcone tym kwestiom w książce jest zupełnie wystarczające.

Ks. Tomasz Węcławski, "Pascha Jezusa". Współpraca: Wojciech Bonowicz, Michał Okoński, Kraków 2006, Wydawnictwo Znak;

Tamten czas łaski

"Wzruszające świadectwo trzech bardzo ważnych osób, które z różnych powodów były wtedy blisko Ojca Świętego; książka ta daje nam możliwość ponownego przeżycia tego czasu łaski" - napisał we wstępie włoski (wydawcy dodali "znany") historyk Kościoła Elio Guerriero. Trzy osoby to trzech świadków: kard. Stanisław Dziwisz (tekst napisał wspólnie z o. Czesławem Drążkiem SJ), osobisty lekarz Jana Pawła II Renato Buzzonetti i abp Angelo Comastri.

O ile znaczenie świadectwa dwóch pierwszych jest oczywiste, to słowo wyjaśnienia należy się trzeciemu z autorów, archiprezbiterowi Bazyliki Świętego Piotra i wikariuszowi papieskiemu dla Państwa Watykańskiego. Jego świadectwo jest ważne nie dlatego, że zawiera opisane ze wzruszającą prostotą pożegnanie z umierającym Papieżem, ale dlatego, że jako stróż Bazyliki, w której wystawiono ciało zmarłego, abp Comastri był świadkiem - jak mówi - "gigantycznej pielgrzymki ludzi z całego świata". Opisuje dwa zdarzenia pokazujące, kim dla ludzi był Jan Paweł II, oraz udostępnia treść niektórych kartek składanych na jego grobie, "jakby przekładając stronice rodzinnego albumu lub modlitewnika". Ten zestaw zamyka wierszyk dziewczynki z V klasy szkoły podstawowej: "Objechałeś świat cały, tworząc krąg doskonały; przemierzyłeś ludzkie plemię i otwarłeś mu myślenie...".

Świadectwa-opowieści kardynała Dziwisza i doktora Buzzonettiego nie zawierają żadnych rewelacji, ale ich osobisty ton jakoś tamte wydarzenia przybliża. Wspomnienia sięgają zresztą daleko wstecz. Buzzonetti dość szczegółowo opisuje papieską kurację po zamachu 1981 i przebieg leczenia podczas ostatniej choroby. O Papieżu pisze z uwielbieniem, co mu nie przeszkadza wspomnieć o "momentach widocznego, ludzkiego niezadowolenia i zniecierpliwienia"; podkreśla jednak, że dominującą postawą zawsze był "głęboki wewnętrzny spokój". Relacja zawiera szereg szczegółów, ale podanych z zachowaniem należnej dyskrecji i z pewnością nie jest to opis wyczerpujący. Jej uważna lektura uświadamia, ile Jan Paweł II wycierpiał w ostatnim okresie życia i jak uparcie z cierpieniem walczył. Ta książka była potrzebna, choć nie sądzę, by zadowoliła niestrudzonych detektywów, którzy uparcie szukają błędów popełnionych przez osoby leczące Jana Pawła II.

Kard. Stanisław Dziwisz, o. Czesław Drążek SJ, Renato Buzzonetti, abp Angelo Comastri, "Pozwólcie mi odejść. Siła w słabości Jana Pawła II", Częstochowa 2006, Edycja Świętego Pawła;

Józef Mucha, kierowca Kardynała

Pamiętam dwie rozmowy z panem Józefem Muchą. Pierwszą po wyjeździe kardynała Wojtyły na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe. Na moje pytanie, co zrobimy, jeśli "naszego" wybiorą, pan Józef się zasumował: "Lepiej, żeby nie, bo go tam w Rzymskiej Kurii zjedzą.

Z Krakowską sobie nie radził, to co dopiero z Rzymską". Druga rozmowa, już po wyborze Jana Pawła II, była poważniejsza, bo do druku. To, co mi wtedy w ciągu godziny powiedział, i niewiele więcej, znalazłem teraz w wywiadzie-rzece ks. Romanowskiego.

Biskup, potem kardynał, jest w tej opowieści człowiekiem bez skazy i bez pot­knięcia. Takim go pan Józef Mucha zapamiętał - i jak zapamiętał, opowiedział. Czy opowiedział wszystko, co pamięta? Książeczka prowokuje myśl, że być może masa krytyczna książek-wspominków o JPII została przekroczona. Mimo dobrej woli autorów, ich siła staje się z każdą następną mniejsza. Z podziwem śledziłem, jak pan Józef Mucha robi wszystko, żeby na pytania księdza Romanowskiego w interesujący sposób odpowiedzieć. Niestety, niewiele z tego wynika, ot, przyjemność rozmowy z miłym człowiekiem, który z przyszłym papieżem przejechał pół miliona kilometrów. Tylko że przyszły papież miał żelazną zasadę, by w samochodzie czytać, a nie rozmawiać.

"Pół miliona kilometrów z kardynałem Wojtyłą". Z Józefem Muchą - osobistym kierowcą Karola Wojtyły rozmawia Marcin Romanowski SSP, Częstochowa 2006, Edycja Świętego Pawła;

"Sieć pracująca po linii kleru"

Od samego Józefa Stalina, z którym rozmawiał w Moskwie w sierpniu 1949 r., Bolesław Bierut usłyszał precyzyjną wskazówkę: "Przy klerze nie zrobicie nic, dopóki nie dokonacie rozłamu na dwie odrębne i przeciwstawne sobie grupy. Propaganda masowa to rzecz konieczna, ale samą propagandą nie zrobi się tego, co potrzeba. (...) bez rozłamu wśród kleru nic nie wyjdzie (...) prawa karne potrzebne, ale one nie rozstrzygają".

Choć książka Bogdana Stanaszka mówi tylko o małej diecezji sandomierskiej, to słowa wielkiego Stalina odnosiły się i do niej, i w jej najnowszych dziejach znajdują potwierdzenie. Ustanowiona przez Sowietów władza od początku dążyła do dezintegracji i następnie zlikwidowania w Polsce Kościoła. Według oceny Stalina polscy towarzysze zabierali się do tego niewłaściwie. Pracowali jednak intensywnie.

Autor przypomina, że zwalczaniu Kościoła katolickiego wydatnie służył aparat bezpieczeństwa. Przechodził on różne reorganizacje, lecz zawsze ścisłą kontrolę nad nim sprawowało kierownictwo PPR, potem PZPR. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało utworzone 1 stycznia 1945 r. (był to przekształcony Resort Bezpieczeństwa Publicznego PKWN). Na jego czele stał Stanisław Radkiewicz, członek Biura Politycznego PPR, a następnie PZPR. Podlegał on faktycznie I sekretarzowi KC PPR, a następnie PZPR. Od lutego do maja 1945 r. zorganizowano sieć terenową bezpieki, tworząc Wojewódzkie Urzędy Bezpieczeństwa i ich odpowiedniki w powiatach. Władza kierowników urzędów była w zasadzie nieograniczona, nie podlegali żadnym terenowym organom władzy państwowej lub partyjnej. Obowiązywała natomiast zasada ścisłego podporządkowania w ramach resortu: szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa podlegał szefowi Wojewódzkiego, ten zaś ministrowi Radkiewiczowi. Szefom poszczególnych placówek podporządkowano komendantów Milicji Obywatelskiej, dowódców jednostek Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i ugrupowań paramilitarnych (ORMO).

Od września 1945 do stycznia 1953 r.­­­­­­­ nadzorem nad Kościołem i organizacjami politycznymi zajmował się Wydział V Departamentu V MBP. Pracą departamentu kierowała płk Julia Brystygierowa, posiadająca znaczne wpływy oraz poparcie Jakuba Bermana i Bolesława Bieruta. W 1950 r. Wydział V­ podzielony został na sekcje: I - katolicki kler świecki, II - kler zakonny, III - katolickie organizacje masowe, IV - postępowe ruchy katolickie. We wrześniu 1952 r. utworzono sekcję V, inwigilującą zakony żeńskie.

W WUBP sprawami Kościoła zajmowały się analogicznie wydziały V (podzielone na sekcje), w PUBP zaś - sekcje V. 9 stycznia 1953 r., w związku z planami wydania dekretu o obsadzie stanowisk kościelnych i ze zintensyfikowaniem działań wobec Kościoła, Wydział V został przekształcony w oddzielny Departament XI, na czele którego stanął płk Karol Więckowski, były oficer sowiecki i funkcjonariusz NKWD. Radkiewicz (w 1947 r.) widział w Kościele "najbardziej zorganizowaną reakcyjną siłę", "wroga, którego trzeba bić", płk Brystygierowa zaś ogłosiła zawarty w 13 punktach strategiczny plan "Walki z ofensywą kleru", który był niczym innym jak programem zniszczenia Kościoła.

Ks. Bogdan Stanaszek klarownie odsłania funkcjonujące od początku mechanizmy systemu. Na przykładzie diecezji sandomierskiej pokazuje, co się działo w całej Polsce. Decyzje zresztą zapadały centralnie.

Niezwykle ciekawy jest rozdział poświęcony agenturze w środowisku kościelnym. W listopadzie 1946 r. dyrektor Departamentu I­ płk Roman Romkowski zachęcał: "Trzeba przestać bać się sutanny księżowskiej, ale zwalczać wrogie wystąpienia kleru i werbować go". W 1946 r. Departament V MBP wydał specjalną instrukcję w sprawie pracy z agentami w środowisku duchownych. Agenci i informatorzy mieli być pozyskiwani spośród duchowieństwa parafialnego, zakonnego, pracowników kurii biskupich, służby kościelnej, organistów, osób, z którymi księża utrzymywali kontakt (w tym kobiet), woźnych, żebraków, kramarzy. Funkcjonariusze UB mieli przy tym wykorzystać wszystkie antagonizmy panujące w środowiskach kościelnych oraz ujawniane od czasu do czasu "afery materialne i moralne". Zalecenia te starano się realizować w poszczególnych województwach, przy czym gromadzono materiały mogące posłużyć do szantażu duchownych (m.in. przechwytywano korespondencję).

Rozbudowa agentury wśród duchowieństwa napotykała jednak na poważne trudności. Przyznawali to sami funkcjonariusze bezpieki. W sprawozdaniu Sekcji V WUBP w Kielcach z 4 czerwca 1948 r. napisano wprost, że liczba agentury na obiekcie "Flora" (diecezja sandomierska) była niewielka. Jedynie powiatowe Urzędy posiadały tam 3 agentów i 12 informatorów (nie miał ich WUBP).

Praca agenturalna miała różne stopnie wtajemniczenia. W przypisie ks. Stanaszek przypomina, cytując Jana Żaryna: "Rezydentem był doświadczony, przeszkolony agent, któremu podlegało kilku nie znających się agentów i informatorów (pośredniczył on w kontakcie między nimi a UB). Z kolei agentów werbowano do stałej współpracy z UB spośród członków »wrogiej grupy« lub wprowadzano ich do niej z zadaniem aktywnego »rozpracowania« osób lub instytucji. Agenci pracowali pod kontrolą pracownika operacyjnego, mogli też otrzymywać do wykonania określone zadania operacyjne. Natomiast informatorzy przekazywali jedynie posiadane wiadomości, a werbowano ich do różnych zadań. Po 1960 r. zrezygnowano z tego podziału - odtąd występowała jedna kategoria osobowego źródła informacji - tajny współpracownik (podpisywał zobowiązanie do współpracy, posiadał pseudonim i numer ewidencyjny). Ponadto korzystano z informacji pozyskiwanych od osób, które nie podpisywały żadnych zobowiązań, ale godziły się na spotkania i rozmowy z funkcjonariuszami SB. Uzyskiwały one status pomocy obywatelskiej (p.o.) lub inaczej kontaktu operacyjnego (k.o.) i - bez swojej wiedzy - pseudonim, który pojawiał się w aktach SB obok informacji od nich pozyskanych".

Dopiero na tle całej struktury zrozumiałe stają się konkretne, opisywane przez autora akcje i wydarzenia, związane z werbunkiem czy prowokowaniem wydarzeń szkodzących Kościołowi. W tym kontekście inaczej się też czyta o "najgroźniejszym agencie", księdzu o pseudonimie "Ul", a następnie "Wąkop", który dość długo funkcjonował jako - w oczach mocodawców - agent doskonały i którego kapłańskie środowisko rozszyfrowało po stylu życia budzącym wątpliwości. Nie pomogły fingowane skargi do władz kościelnych ani również sfingowany proces za zorganizowanie pielgrzymki do Częstochowy. Nikt się na to nie nabrał. Odrzucony przez środowisko agent przestał być esbecji potrzebny i mimo usilnych starań o podtrzymanie współpracy został skreślony jako nieprzydatny.

Autor w przypadku tajnych współpracowników poprzestaje na pseudonimach, po nazwisku natomiast wymienia funkcjonariuszy systemu, którego funkcjonowanie ukazuje po mistrzowsku. Siłą tej książki (owocu czteroletniej pracy w archiwach) jest wielość i wielostronność źródeł. Szczegółowe sprawozdanie, z których archiwów i w jakim zakresie autor korzystał, można znaleźć we wstępie. Istotne jest, że autor, korzystając z dokumentów zgromadzonych w IPN, archiwaliów Urzędu ds. Wyznań i Komitetu Wojewódzkiego PPR i PZPR, te same zagadnienia pokazuje również od strony kościelnej, na podstawie np. dokumentów Konferencji Episkopatu. Język cytowanych tekstów oddaje klimat tamtego czasu; tytuł tej recenzji jest cytatem z ministra Stanisława Radkiewicza.

Niebawem ma się ukazać tom drugi pracy ks. Stanaszka; pierwszy obejmuje problematykę personalno-organizacyjną, drugi będzie poświęcony duszpasterstwu, usuwaniu religii ze szkół i laicyzacji życia społecznego. Książka powstawała w budynku sandomierskiego Niższego Seminarium, gdzie po II wojnie światowej miał siedzibę Urząd Bezpieczeństwa, a następnie SB i prokuratura. W piwnicach znajdowało się więzienie śledcze.

Ks. Bogdan Stanaszek, "Diecezja sandomierska w powojennej rzeczywistości politycznej w latach 1945-1967". Tom 1. Problematyka personalno-organizacyjna, Sandomierz 2006, Wydawnictwo Diecezjalne.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]