Reklama

Legenda o wolności

Legenda o wolności

04.09.2005
Czyta się kilka minut
Prosty fakt, że byłe kraje komunistyczne należą dziś do Unii Europejskiej oznacza, że stary mit założycielski wspólnej Europy - pojednanie francusko-niemieckie, integracja ekonomiczna i demokratyzacja w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji - jest dziś niewystarczający. Zbyt wielu jest obywateli Unii, których doświadczenie historyczne różni się ogromnie od doświadczeń ich zachodnich sąsiadów. Potrzeba więc nowej legendy wyjaśniającej, co Europejczycy mają ze sobą wspólnego i jak mogą razem się rozwijać. Czy może być nią legenda Solidarności?.
Kompozycja świetlna poświęcona "Solidarności" i Lechowi Wałęsie, prezentowana podczas 55. Tygodni Światła w Essen (Niemcy)
B

Był grudzień 1981 r. Leżałem na drewnianej podłodze w domu moich dziadków w stanie Ohio, czytając gazety. Przez stare deski przenikało zimne powietrze. W gazetach widniały zdjęcia ośnieżonych transporterów opancerzonych. Próbowałem zrozumieć, co stało się w Polsce. Artykuły omawiające strajki i ekonomię były dla mnie tak mgliste jak fotografie z polskich ulic. Ale coś się wśród tych ostatnich wyróżniało: zdjęcia biało-czerwonych flag i radosne logo “Solidarności". Jego ekspresja i barwność nie pasowały do obrazu “bloku" sowieckiego, jaki miałem w głowie.

Dorastając w czasach “zimnej wojny" wiedziałem więcej o marksizmie i broni jądrowej niż o ludziach z Europy Wschodniej. Nagle, z nastaniem “Solidarności" i stanu wojennego, okazało się, że za “żelazną kurtyną" są ludzie, a nie tylko ideologia i broń. Że są tam Polacy, sprzeciwiający się sowieckiemu porządkowi.

Powstanie i likwidacja “Solidarności" przez Wojciecha Jaruzelskiego przemawiały do Amerykanów na szereg sposobów. Ludzie “Solidarności" nie sięgali po przemoc, co przywoływało skojarzenia z naszym ruchem praw obywatelskich. “Solidarność" wydawała się uzasadniać zarówno politykę prezydenta Cartera, wspierającą prawa człowieka, jak i antykomunistyczną linię prezydenta Reagana.

W Stanach Zjednoczonych “Solidarność" była gotową legendą, mitem, gdyż pozwalała Amerykanom odtworzyć mit o sobie samych.

Mit wolności.

Od Reagana do Rogana

Zimą 2004 r. zobaczyłem w telewizji biało-czerwone logo “Solidarności". Austriacki pływak Markus Rogan w sporze o pieniądze z działaczami sportowymi zwrócił się do kolegów z zespołu o solidaryzowanie się z nim, zakładając koszulkę ze znajomymi literami i barwami. Rogan, który na olimpiadzie ostatniego lata zdobył dwa srebrne medale, zarobił prawdopodobnie w zeszłym roku więcej na kontraktach ze sponsorami niż załoga Stoczni im. Lenina przez cały rok 1980.

W dzisiejszej Europie odczytywanie polskiego symbolu w tak dalece finansowym kontekście nie jest rzadkie. Polska kojarzy się z terapią wstrząsową i wzrostem ekonomicznym. Jako najbliższy sprzymierzeniec Ameryki na kontynencie kojarzona jest również z liberalizmem ekonomicznym. Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej zmieniło ten kraj w rodzaj symbolu “europejskiej globalizacji". Tego lata obywateli Francji przestrzegano, że europejska konstytucja sprowadzi do nich “polskiego hydraulika". Dla większości Europejczyków polski robotnik to nie bohaterski uczestnik strajków z 1980 r., ale współczesny fachowiec. Przynosi nie wolność, ale lęk przed bezrobociem.

W Europie “Solidarność" nie jest mitem. Jedynie ulotnym wspomnieniem. Jednakże w pewnym sensie europejska percepcja jest bliższa prawdzie niż amerykańska. Amerykanie pamiętają “Solidarność" i stan wojenny, ale obraz ten jest tak skostniały jak załogi czołgów na grudniowym mrozie. Z kolei Europejczycy niezbyt pamiętają rolę Polski w zakończeniu “zimnej wojny", ale ich widzenie polskiej klasy pracującej jest przynajmniej spójne z tym, co stało się z “Solidarnością" po 1989 r. Związek zawodowy rozprysł się na kawałki, a działacze “Solidarności" wspierali reformę ekonomiczną. Był to wysiłek niesamowitej solidarności narodowej, który pozwolił Polsce uchwycić szansę stworzenia nowego rodzaju ekonomii. Skończyło się to w 1993 r., gdy związek zawodowy “Solidarność" obalił solidarnościowy rząd.

Europejczycy rozumieli, że Akcja Wyborcza “Solidarność", która doszła do władzy w 1997 r., była zaledwie dalekim echem pierwszej organizacji, i słusznie uważali, że Polska, niezależnie od tego, czy rządzona przez prawicę, czy lewicę, opowiedziała się za wolnym rynkiem. Był to ironiczny koniec ruchu klasy pracującej.

Potrzeba nowej legendy

Amerykanie przeoczają ironię. Dla nich to naturalne, że ruch wolnościowy zawsze kończy na wolnym rynku. Europejczycy ironię widzą, ale ich to nie interesuje. Ironia rzadko kiedy jest treścią mitów.

A po co w ogóle potrzebujemy mitów?

Najkrócej: ich zadaniem jest uprawomocniać dawne działania i łączyć je z wizją przyszłości.

Polska jest dziś częścią Unii Europejskiej i częścią jej historii. Przystąpienie do Unii Polski oraz innych państw wschodnioeuropejskich skomplikowało debatę o najnowszej historii kontynentu w sposób, który dopiero teraz zaczyna być dostrzegalny na Zachodzie - i dopiero teraz zaczyna się jakoś klarować.

Unia Europejska lub przynajmniej takie instytucje jak Parlament Europejski muszą stać się wrażliwsze na spuściznę po drugim totalitaryzmie kontynentu: sowieckim komunizmie. Prosty fakt, że byłe kraje komunistyczne reprezentowane są dziś w instytucjach Unii, oznacza, że stara wersja powojennej historii Europy - czyli podniesienie się cywilizacji europejskiej na Zachodzie po barbarzyństwie hitlerowskim - wydaje się dziś wersją niepełną.

Tymczasem nie ma jak dotąd niczego, co zastąpiłoby europejski mit założycielski, jakim było kiedyś pojednanie francusko-niemieckie, integracja ekonomiczna (zachodniej części) kontynentu oraz demokratyzacja w Hiszpanii, Portugalii czy w Grecji.

Demokratyzacja w Europie Wschodniej łamie ten schemat. Zbyt wielu jest bowiem członków Unii ze wschodniej części kontynentu, a ich doświadczenia historyczne zbyt różnią się od doświadczeń ich zachodnich sąsiadów.

Ich obecność w Unii stworzy potrzebę nowego mitu historycznego. Nowej legendy, która wyjaśniłaby, co Europejczycy mają ze sobą wspólnego i jak mogą rozwijać się razem.

Pojedynek mitów

Czy teraz, gdy minęło 25 lat, “Solidarność" mogłaby stać się taką legendą? Nowym mitem założycielskim dla integracji europejskiej?

Problemów jest wiele.

Na razie tylko Polacy, bo nawet nie wszyscy wschodni Europejczycy, uważają “Solidarność" za początek końca komunizmu. Dzięki Havlowi wersja czeska jest bardziej czarująca, a termin “Aksamitna Rewolucja" stał się nawet ogólną nazwą ruchów wolnościowych w byłym obozie komunistycznym. Przykładowo, doradcy Putina uważali Pomarańczową Rewolucję na Ukrainie za “wariant politycznej technologii" znanej z Aksamitnej Rewolucji. Węgrzy głoszą, że ich komunizm nigdy nie był taki jak u sąsiadów. No i mamy jeszcze “upadek muru berlińskiego", który jest najpowszechniej używanym określeniem rewolucji roku 1989. Trzeba też dodać, że według wielu upadek ZSRR nastąpił przed rewolucjami w Europie Wschodniej; w jakiś sposób rok 1991 [rozpad ZSRR - red.] poprzedza rok 1989. Niewielu ludzi poza Europą Wschodnią zdaje sobie sprawę, że to rok 1989 przyczynił się do roku 1991, a nie odwrotnie.

Załóżmy jednak z dużą dozą nadziei, że społeczeństwa Europy Zachodniej będą pamiętać, że rok 1989 był przed rokiem 1991 i uwierzą, że “Solidarność" była jedynym faktycznym - to jest takim, który miał wpływ na politykę międzynarodową - ruchem opozycyjnym w całym obozie sowieckim. Pozostaje podstawowy problem zmagania się dwóch mitów o rewolucji klasy robotniczej. W Polsce czy w Ameryce wizja klasy robotniczej zrewoltowanej przeciwko państwu komunistycznemu nie jest problematyczna: dlatego, że ludzie byli czy są na tyle blisko wydarzeń, że je rozumieją, albo na tyle daleko, że postrzegają wydarzenia w kategoriach idei.

Jednak w Europie funkcjonował - i funkcjonuje nadal - mit głoszący, że Rewolucja Październikowa była rewolucją klasy robotniczej. Z punktu widzenia historyka nietrudno udowodnić, że to nieprawda. Ale mit ten był bardzo potężny w Europie międzywojennej, a później i w powojennej, po triumfie Stalina nad Hitlerem.

Kryzysy lat 1956, 1968, 1970 oraz 1980 rozmyły w Europie Wschodniej ideę, że komunizm mógłby służyć robotnikom i były też, rzecz jasna, ważnymi punktami zwrotnymi w historii myśli Europy Zachodniej. Ale doświadczenie nie było takie samo. Członkowie zachodnioeuropejskich partii komunistycznych, np. francuskiej czy włoskiej, byli - i są nadal - związani z mityczną wizją Związku Sowieckiego.

ZSRR miał i inne źródła potęgi symbolicznej. Jak pisał François Furet, ZSRR był atrakcyjny, gdy był silny, i nieatrakcyjny, gdy był słaby. Dla Charlesa de Gaulle’a i wielu innych wywodzących się z tej samej tradycji Związek Radziecki był pociągający ze względu na swoją potęgę. ZSRR wraz z Francją (bądź z Europą sterowaną przez Francję) mógł stworzyć świat wielobiegunowy. Willy’ego Brandta i architektów niemieckiej Ostpolitik Związek Radziecki pociągał zaś dlatego, że był słaby. Cierpiał ubóstwo i koszmar okupacji nazistowskiej. W efekcie, jak dowodził Timothy Garton Ash w swojej rozprawie o Ostpolitik, ZSRR był dogodnym adresatem niemieckich przeprosin. Obie tradycje miały swoją logikę - tak moralną, jak i geopolityczną. Po zakończeniu zimnej wojny mają one też swoje dalsze ciągi. I Chirac, i Schröder zalecają się do Putina. Tradycje te nadal będą kształtować myślenie strategiczne i wzmacniać pewien szczególny mit o prawidłowym porządku Europy. Nawet gdyby zostały kompletnie zdyskredytowane jako kierunek polityki, odzwierciedlają mentalne przyzwyczajenia kilku pokoleń. Nie tak łatwo się ich pozbyć.

Zmienić myślenie Europy

Oznacza to, że “Solidarność" nie może stać się częścią europejskiego mitu bez zrewolucjonizowania jego dzisiejszej wersji.

Mity to konstrukcje delikatne. Nie sposób budować ich przez proste dodawanie kolejnych klocków do układanki. Każda zmiana mitu pociąga konsekwencje dla każdej innej jego części. Aby opowieść była przekonująca, każdy klocek musi pasować do pozostałych. Ludzie, którym prezentuje się nowy mit o ich przeszłości, jeśli mają go zaakceptować, muszą czuć, że jest on bezsporny. Albo że przynajmniej dogodnie zastępuje ich własne wyobrażenia o przeszłości.

Dla wielu obywateli Europy Zachodniej komunizm był czymś, z czym trzeba było się mierzyć i negocjować z dystansu. Wyniesienie “Solidarności" do roli części europejskiego mitu stanowiłoby wyzwanie dla ich własnego rozumienia swego postępowania i myślenia w niedawnej przeszłości. Dzisiejsza opowieść o Europie zostawia miejsce na rozmaite sposoby postrzegania ZSRR, ale nie zostawia go dla rzeczywistego doświadczenia komunizmu.

Być może z czasem “Solidarność" okaże się przyczyną upadku tego rachunku zobowiązań wobec zimnowojennej przeszłości. Ale nawet całkowita destrukcja sowieckiego mitu niekoniecznie pociągnie za sobą stworzenie pozytywnego mitu “Solidarności". Aby stać się pozytywnym mitem, pamięć o “Solidarności" musiałaby w sobie zawierać elementy atrakcyjne i przemawiające do Europejczyków różnych krajów, pokoleń i mentalności. Bo prosta prawda historyczna nigdy nie wystarcza. Podobnie jak przeświadczenie, ze wszech miar uprawnione, że “Solidarność" była istotnym czynnikiem dla zbudowania takiej Europy, jaką mamy dzisiaj.

Aby “Solidarność" mogła się stać mitem założycielskim Europy, musi zaoferować coś więcej niż tylko czyste fakty i przeświadczenia moralne. Musi reprezentować ideę akceptowalną dla Europejczyków spoza Polski, nawet gdyby nie zgadzali się nawzajem w innych sprawach. Musi przedstawiać taką perspektywę przeszłości, która oferuje jakiś rodzaj przewodnictwa w teraźniejszości oraz, w rzeczy samej, pewne ideały dotyczące przyszłości Europy.

Musi - co może okazać się rzeczą najtrudniejszą do zrozumienia dla Polaków - pasować do opowieści o ogólnym procesie europejskim, a nie jedynie o wyjątkowym statusie jednego z europejskich narodów.

Idea obywatelska

Najlepszym kandydatem na taką ideę jest najprawdopodobniej ta dotycząca społeczeństwa obywatelskiego.

W pewnym sensie - który łatwo przeoczyć w Polsce - “Solidarność" uwiarygodniła całą szkołę myślenia w Europie Wschodniej i Środkowej, która traktowała społeczeństwo jako punkt centralny dla normatywnej filozofii politycznej. Bez masowej skali i praktycznego sukcesu “Solidarności" antypolityczne idee Węgrów i Czechów nie miałyby większego oddźwięku. “Solidarność" pokazała, że grupa obywateli jest w stanie ze sobą współpracować dla stworzenia siły, która nie jest tożsama z tworzącymi ją jednostkami i jest rozłączna od państwa.

W latach 80. idea ta pociągała tak samotnych liberałów, jak i postmarksistów. Mogła znaleźć odbiorców zarówno wśród tych, których interesowało zbliżenie instytucji religijnych do świeckiego społeczeństwa, jak i wśród świeckich intelektualistów, którzy pragnęli znaleźć rozwiązanie legitymizujące ich przynależność społeczną. Pasowała do typowo francuskiego problemu alienacji jednostki, a równocześnie do niemieckich (habermasowskich) przekonań o potrzebie komunikacji wśród obywateli.

Innymi słowy, idea społeczeństwa obywatelskiego ma mandat europejski, a Europa Wschodnia zaproponowała innowację przemawiającą do Europy Zachodniej. Wschodnioeuropejski wariant społeczeństwa obywatelskiego polegał na tym, że rozumiano je jako funkcjonujące (z konieczności) w opozycji do państwa. W rozumieniu heglowskim społeczeństwo obywatelskie może też działać między jednostką a państwem. W nowym, wschodnioeuropejskim wydaniu wartość normatywna była odmienna: społeczeństwo obywatelskie tworzyło środki, przy pomocy których jednostka mogła bronić się przed państwem.

Problem rewolucji roku 1989 tkwił w tym, że wschodnioeuropejscy intelektualiści, którzy uprzednio mówili o anty-polityce, zostali wtedy skonfrontowani z odpowiedzialnością płynącą z siły politycznej. Przed 1989 r. poczucie odpowiedzialności było odległe od siły państwa. Po 1989 r. nie było już sensu, by jednostki wierzyły, że ignorowanie państwa to rzecz właściwa. Można było nie chcieć angażować się w politykę, ale niekoniecznie była to cnota. Cnota wydawała się raczej wzywać do podejmowania trudnych wyborów.

Dla Polski oznaczało to terapię wstrząsową, a jedynie taka była politycznie możliwa. Ale po terapii wstrząsowej Polska jest zupełnie innym krajem.

W ciągu lat 90., jako że Polska i jej sąsiedzi oczekiwali przyjęcia do Unii Europejskiej, owa atrakcyjna idea społeczeństwa obywatelskiego przeszła szereg metamorfoz.

We wczesnych latach 90. społeczeństwo obywatelskie było zestawem uwiarygodnień, które wschodni Europejczycy próbowali przedstawić na Zachodzie. Szybko jednak się okazało, że budowanie suwerennych państw, a zwłaszcza wdrażanie prawa i standardów europejskich, wymagało kadry ludzi do tego przygotowanych. Społeczeństwo obywatelskie nagle zaczęło oznaczać zdobywanie wykształcenia, ale w administrowaniu rzeczami, nie zaś we władaniu duszami. Tymczasem idea pięła się coraz wyżej i stała się “międzynarodowym społeczeństwem obywatelskim": organizacjami pozarządowymi działającymi w obrębie Europy Wschodniej, często dotowanymi bądź to przez rządy spoza tego regionu, bądź przez fundacje międzynarodowe.

Tak więc idea społeczeństwa obywatelskiego skomplikowała się. Ale gdy przeminęły lata 90., zaczęła wydawać się również mniej ważna. Jednak w Europie odzyskała szczególną żywotność, często jako sposób definiowania działań obywatelskich przeciw aktorom międzynarodowym i globalizacji.

"Solidarność" na Majdanie

Tymczasem na wschód od Unii Europejskiej (i na wschód od Polski) debaty te zaczęły zyskiwać ogromne znaczenie.

Na Białorusi zamykano gazety i stacje radiowe, tajemniczo znikali dysydenci, a następnie zaczęto zakazywać działania organizacjom międzynarodowym. W białoruskich warunkach stało się ponownie jasne, co oznaczało za “Solidarności" społeczeństwo obywatelskie.

Na Ukrainie datki i darowizny międzynarodowe zostały zduszone podatkami, a dziennikarze byli szykanowani. Niejednego z nich zamordowano. Z początkiem 2001 r. Ukraińcy zaczęli organizować się w sposób, który nie był działalnością polityczną w wąskim, partyjnym sensie tego słowa. Miał raczej promować współpracę między jednostkami i osłabiać znienawidzony reżim.

Podczas Pomarańczowej Rewolucji, po tym jak reżim Kuczmy sfałszował wyniki wyborów prezydenckich, stało się jasne, czym jest społeczeństwo obywatelskie: byli to ludzie, którzy postanowili spać tygodniami na Majdanie Niepodległości w imię takich elementarnych praw człowieka jak prawo do głosowania. Oczywiście wielu spośród nich należało do klasy średniej, produktu nowej ekonomii rynkowej; wielu przywódców było dobrymi administratorami, ludźmi z doświadczeniem w rządzeniu.

Zimą 2004/2005 na Ukrainie wszystkie idee społeczeństwa obywatelskiego połączyły się ponownie w nowy rodzaj rewolucji. Co znamienne, podczas tej ukraińskiej rewolucji to właśnie “Solidarność" pełniła w rzeczy samej funkcję mitu. Chętnie przywitano Lecha Wałęsę, jako że był on symbolem drogi do wolności i na Zachód. Obecność Aleksandra Kwaśniewskiego była punktem przełomowym w negocjacjach, które doprowadziły do powtórzenia wyborów. A trzeba pamiętać, że Kwaśniewski przy polskim Okrągłym Stole siedział jeszcze po stronie rządowej. Polska polityka wobec Ukrainy była wzorem, który Ukraińcy dostrzegli i docenili. Ale bardzo niewielu z uczestników ich rewolucji wiedziało wiele o historii “Solidarności".

Wałęsa i Kwaśniewski, zasiadający w 1989 r. na przeciwnych biegunach Okrągłego Stołu, w 2005 r. byli po tej samej stronie. Podczas gdy historia musi odnotowywać przeciwieństwa, mit je rozwiązuje.

“Solidarność" można, jeśli się tylko chce, umieścić w powszechnej historii wyzwolenia Europy Wschodniej. I wielu Ukraińców właśnie to zrobiło: przeprowadzając własną rewolucję, uczyli się o “Solidarności". Ich Pomarańczowa Rewolucja - choć w najmniejszym stopniu nie spowodowała jej “Solidarność" - zbliżyła właśnie mit “Solidarności" do głównego nurtu europejskiego.

***

Daleko jednak jeszcze “Solidarności" do stania się mitem integracji europejskiej.

Jak pokazuje przykład Ukrainy, mit “Solidarności" odezwie się echem wówczas, gdy Unia Europejska opowie się za ideą wyzwolenia. Jeśli taki będzie kurs przyjęty przez Unię na przyszłość, wtedy polska przeszłość okaże się dla tej europejskiej istotniejsza. Bo to, które wydarzenia z przeszłości staną się mitami przyszłości, zależy od wyborów, których dokonuje się w teraźniejszości. Gdyby Unia opowiedziała się aktywnie za wolnością w swym sąsiedztwie i na świecie, wówczas odezwie się idea społeczeństwa obywatelskiego, a przykład “Solidarności" nie będzie schowany w tle.

Jeśli jednak Unia będzie unikać wspólnej polityki zagranicznej bądź uprawiać tradycyjną Realpolitik wobec Rosji i Chin, wówczas idea społeczeństwa obywatelskiego i przykład “Solidarności" będą ignorowane.

Powiedzmy to raz jeszcze: jeśli Europa opowie się za wolnością, “Solidarność" stanie się częścią europejskiego mitu.

Bądź co bądź: “Nie ma wolności bez Solidarności!".

Przeł. Michał Kuźmiński

TIMOTHY SNYDER jest profesorem historii na Uniwersytecie Yale (USA), zajmuje się historią najnowszą Europy Środkowej. Autor książki “The Reconstruction of Nations: Poland, Ukraine, Lithuania, Belarus, 1569-1999", której polskie tłumaczenie ukaże się tej jesieni nakładem wydawnictwa “Pogranicze" pt. “Rekonstrukcja narodów". Stale współpracuje z “TP"; na naszych łamach publikował m.in. teksty o masakrach na Wołyniu w 1943 r. oraz o Powstaniu Warszawskim.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]