Kto dostrzeże w końcu Kościół młodych ludzi?

Grzechy biskupów i proboszczów? Jest powszechniejszy problem: gdy wystrzeli, Kościół znajdzie się w jeszcze większym kryzysie.
Czyta się kilka minut
Fot. delillah / Adobe Stock
Fot. delillah / Adobe Stock

Właśnie przeczytałem – jak zwykle z zaciekawieniem, wiedząc, że tu zawsze padają jakieś mądre, budujące słowa – wstępniak ks. Adama Bonieckiego („TP” 35/2025). Autor pisze: „Kościół właśnie teraz przechodzi czas oczyszczenia. Oczyszczenia – to znaczy ujawnienia”. Ja bym dodał: przechodzi między innymi czas oczyszczenia. 

Chciałbym powiedzieć – jako osoba będąca w duszpasterstwie postakademickim i Studium Dominicanum, co jakiś czas zaglądająca na spotkania warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, chodząca na pielgrzymki itd. – że w Kościele jednak dzieje się dużo więcej.

Zacznę od krytyki, która powinna jednak wybrzmieć szerzej, żeby w końcu dojrzano w publicznym przekazie medialnym wielowymiarowość życia Kościoła. 

W Polsce jest ok. 50 tys. osób duchownych. Spośród nich problemy różnego rodzaju ma – „pi razy oko”, jak mówiła moja świętej pamięci mama – może tysiąc. Pozostaje 49 tys. osób, które robią robotę duszpasterską. Wizja Kościoła w upadku jest zatem w tym przypadku wizją fałszywą, zmedializowaną, gdzie wąski margines stawia się za szerokie centrum.

W Kościele jest obecnie olbrzymie przebudzenie wśród młodych. Ich wiara rozlewa się na wszystkie strony, czego często się nie zauważa. Jakiś czas temu byłem na spotkaniu KIK-u, na którym przedstawiano wyniki ankiety socjologicznej dotyczącej społeczności KIK-owskiej na tle całego społeczeństwa polskiego. Pytano o religijność, o obraz Kościoła, postawy w Kościele itd.

Wyodrębniono całą gamę postaw: od eklezjoentuzjastów po skrajnych eklezjosceptyków. Najgorsze, że nie zauważono w tym rozróżnieniu ruchu młodych, który ja obserwuję w duszpasterstwach akademickich i postakademickich. 

Młodzi ludzie, wolni od ideologii, wolni od konieczności walki z ideologią, jak to miało miejsce w PRL, sami z siebie, spontanicznie robią piękną pracę budowania Kościoła. Wydaje mi się, że właśnie na tę konstruktywną, twórczą pracę trzeba dzisiaj zwracać większą uwagę. 

Zostając przy marginalnym temacie piętnowania Kościoła za jego grzechy, można przepuścić niezauważonym całe pokolenie, które właśnie teraz potrzebuje uwagi i wsparcia.

A teraz moja krytyka – i to już nie zjawiska marginalnego. Raczej czegoś, co się tli i jak wystrzeli, to Kościół będzie miał jeszcze większy problem. Mam poczucie, że język, jakim jego przedstawiciele przemawiają do młodzieży, ma dzisiaj mocno psychologizujący charakter.

Teologia jest tu spłycana do prostych haseł typu: „Bóg cię kocha”, „Duch Święty czuwa”. Z drugiej strony, podskórnie kryją się wciąż w tym przekazie nuty zapiekłej krucjaty: „Nawróć się!”, „Idź do kościoła!” itd.

Jeśli Kościół, rozliczając kolejnych biskupów i proboszczów, nie zmieni czegoś w swoim przekazie, ci piękni młodzi ludzie znowu zaczną uciekać. A zostanie nieświadomie pogańska masa, niekierująca się miłością i przyjaźnią do drugiego człowieka, tylko hasłem: „Dołącz do naszej wspólnoty” (tylko pytanie: wspólnoty opartej na jakiej nauce?). 

Sam spotkałem już pobożnych młodych, wykształconych ludzi bądź z kompletną nieznajomością podstawowych zagadnień teologii (nie mówiąc już o znajomości Ewangelii). A w skrajnych przypadkach z twierdzeniem, że nie ma wolnej woli, że wszystko jest Bogiem, bo zawiera w sobie cząstkę Boga, i że teologia to rozważania „książkowych pisarzy”, które nie mają wiele wspólnego z ich – owych uduchowionych, pobożnych młodych ludzi – doświadczeniem wiary.

Wydaje mi się, że obecna sytuacja rozentuzjazmowanej – w bardzo dobry przecież sposób – kościelnej młodzieży potrzebuje szkoły: dobrego wykładu podstawowych prawd wiary za pomocą języka teologii.

Młodzi ludzie nie znają pojęć typu „forma” i „materia”, „możność” i „akt”, „istnienie” i „istota”, nie wiedzą nic o władzach duszy, o pojęciu „compositum” względem ciała i duszy, o naprawie natury ludzkiej przez spowiedź i o innych podstawowych pojęciach stosowanych w teologii. 

Potrzeba w całym Kościele takiego pośredniego poziomu między zwykłymi wiernymi, którzy po prostu są w Kościele i za bardzo „nie rozkminiają”, a stanem duchownych. I nie abstrahuję tu od miłości, od Ewangelii, w której zresztą młody Kościół generalnie jest zaczytany. Chodzi właśnie o to, byśmy wiedzieli, w co wierzymy. 

Jest jakaś baza wiedzy teologicznej – właśnie wiedzy, bo jednak wiara zawiera w sobie ten aspekt – która wydaje się konieczna. I tę bazę trzeba przedstawić młodym ludziom, żebyśmy za kilka czy kilkanaście lat nie zaczęli sarkać, że obok upadłych duchownych mamy heretyków w społeczności owieczek.

Norbert

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”