Kopciuszki

Instytut Spraw Publicznych wydał raport na temat polskich stylów wychowania małych dzieci. Raport z bolesną ostrością potwierdza to, czego od dawna się domyślamy - jakość opieki nad dzieckiem jest funkcją wykształcenia i zaradności rodziców.

21.11.2004

Czyta się kilka minut

Tam, gdzie nie istnieją żadne instytucje wspomagające rodziców w wychowaniu, bieda, bezradność, brak ogłady i aspiracji zostaną powielone w kolejnych pokoleniach. Coraz częściej status materialny i wykształcenie są wprost dziedziczone po rodzicach, maleją szanse awansu kulturowego i intelektualnego ponad poziom domu rodzinnego. Styl wychowania małych dzieci jest częścią dziedziczonego statusu i światopoglądu. Bici - biją, tyranizowani - tyranizują, nieoczytani wychowują nie czytających, rodzice o skromnych aspiracjach stawiają dzieciom umiarkowane wymagania.

Aby zakłócić ten prosty łańcuch dziedziczenia stygmatu przeciętniaka, aby podnieść szanse edukacyjne i społeczne małych “kopciuszków" - musi pojawić się “dobra wróżka" i podarować szansę na lepsze życie. Im wcześniej, tym lepiej, jako że zręby osobowości dziecka utrwalają się w pierwszych latach życia.

W Portugalii dobre wróżki przybierają postać “wędrujących nauczycielek", które docierają tam, gdzie nie ma przedszkoli i kilka razy w tygodniu bawią się z dziećmi, zawierając w zabawie elementy edukacji i ośmielając je do samodzielności. W Wielkiej Brytanii ta oferta jest znacznie bogatsza - istnieje cały szereg instytucji wspomagających rodziców we wczesnym wychowaniu dzieci, np.: grupy zabawowe dla dzieci (playgroups), świetlice rekreacyjne (creches), świetlice rodzinne, świetlicobusy (playbuses), wypożyczalnie zabawek (toy libraries), opiekunki dziecięce (childminders) i środowiskowa opieka przedszkolna.

Nasz polski apartheid

W Polsce pokutuje wyniesiony z Peerelu stereotyp przedszkola jako ponurej przechowalni, gdzie bezduszne matki pozostawiają dzieci na pastwę sadystycznych przedszkolanek, aby móc realizować chore ambicje zawodowe. Pora odczarować ten mit, jako że badania kompetencji dzieci na progu szkoły podstawowej wskazują wyraźnie, że czytanie, pisanie i umiejętności matematyczne rosną z długością stażu przedszkolnego. Najlepsze wyniki osiągają dzieci, które poszły do przedszkola w wieku lat trzech, najsłabsze - te, które trafiły tam po ukończeniu lat sześciu. Znamienne - ta różnica jest wyjątkowo znaczna u chłopców z terenów popegeerowskich.

Jednakże nie tylko umiejętności nagradzane stopniami przesądzają o sukcesie edukacyjnym dziecka. Z badań socjologów wynika, że gwarantem sukcesu życiowego w nowym społeczeństwie są: umiejętność samodzielnego myślenia, podejmowania decyzji i nawiązywania kontaktów z ludźmi oraz tolerancja. Ten “upominek od wróżki" - obietnica powodzenia życiowego zaklęta w kształt społecznych talentów - znacząco różni się od ekwipunku, w jaki wyposażają dzieci rodzice ze środowisk zaniedbanych. Z raportu ISP wynika, że “bezradni" kładą nacisk w wychowaniu na: posłuszeństwo, porządek, “dobre wychowanie". Czy nie tego właśnie oczekiwała Zła Macocha od Kopciuszka? Aby dokonała się baśniowa przemiana, musiał nastąpić akt niesubordynacji - wymówienie posłuszeństwa i samowola - Kopciuszek wtargnął na bal, upominając się o swoją szansę.

Wczesna socjalizacja i edukacja przedszkolna, pod okiem fachowych opiekunów, wyposaża dzieci w kulturowy kapitał, jakiego częstokroć nie mają szansy nabyć w środowisku rodzinnym. Kiedy czyta się w raporcie ISP wywiady pogłębione, będące bardzo wiernym zapisem wypowiedzi rodziców (bez korekt), uderza ogromna różnica w języku, jakim władają ankietowani ze środowisk miejskich i ci inni - z terenów popegeerowskich czy miasteczek.

Mamy swój apartheid - cichy i nie zadekretowany, wyrażający się w standardzie życia i języku: “Dzieci się chowią, są w otoczeniu innych dzieci, już tak jak szkoła, i trochę środowisko też uczy. Wiadomo, że oni się uczą od innych, wiadomo, że rodziców słuchają też, ale widzą, jak inni, tam po prostu mają swoje jednak też zdanie »a bo on to... to czemu ja nie mogę tego?«, nie? Dlatego tak, to już staram się wychować na... dobrze właściwie. Bo to w życiu różnie bywa" (fragment wypowiedzi ankietowanej mamy).

Nieporadność i ubóstwo języka, nieumiejętność wyrażania myśli, monosylaby, gramatyczne błędy... - wszystko to stanowi silne językowe piętno, które - jeśli zostanie powielone przez dzieci - nieuchronnie pozbawi je szansy na awans edukacyjny, wyjście poza swoją “kastę". Kopciuszkowi wystarczyła uroda, w bajce nie było mowy o kulturowym ekwipunku. Dzieci ze środowisk zaniedbanych, pozostawione same sobie, nigdy “nie dotrą na bal".

A gdzie nie ma przedszkola...

Z chwilą, gdy obowiązek finansowania przedszkoli stał się zadaniem własnym gmin, ruszyła lawina likwidacji placówek przedszkolnych. Dodajmy do tego zamykanie małomiasteczkowych kin, bibliotek i małych szkół, a otrzymamy obraz kulturalnego pustynnienia prowincji. Aby na wsi zorganizować koncert, kurs, zebranie mieszkańców czy jasełka, potrzebna jest choćby namiastka instytucji kulturalnej, minimalne zaplecze.

W gminach, gdzie nie istniały przedszkola, pojawiła się Fundacja Rozwoju Dzieci im. Jana Amosa Komeńskiego z programem “Gdzie nie ma przedszkola". Fundacja jest organizacją pozarządową, powstałą dla wyrównywania życiowych szans dzieci z terenów wiejskich i z wysokim bezrobociem. Opierając się na tradycji organizowanych w międzywojniu dziecińców wiejskich, a także czerpiąc z doświadczeń “wędrujących nauczycielek", Fundacja pomaga gminom w zorganizowaniu nowych form edukacji przedszkolnej dla dzieci 3-5-letnich.

W 11 gminach powstało 37 “przedszkoli Komeńskiego". Mieszczą się one w zaadaptowanych salach szkół, świetlic wiejskich, domów kultury, bibliotek. Trzy lub cztery razy w tygodniu w “dziecińcach" odbywają się kilkugodzinne zajęcia dla maluchów, prowadzone przez wychowawczynie przeszkolone przez Fundację. Z reguły są to absolwentki studiów pedagogicznych lub bezrobotne nauczycielki. Fundacja pokrywa koszty ich szkolenia, monitoruje jakość pracy i przygotowuje materiały edukacyjne (udostępniane także rodzicom). Gmina daje lokal i opłaca nauczycielki. W “przedszkolach Komeńskiego" nie ma zaplecza kuchennego, posiłków ani leżakowania. To sprawia, że aktywność nauczycielek skupia się na zabawie edukacyjnej i zabawie z dziećmi.

“Dziecińce" raz w miesiącu wizytują opiekunowie programu; ponadto odbywają się comiesięczne spotkania dla wszystkich nauczycielek gminy, podczas których ocenia się i planuje pracę z dziećmi. Placówki niejednokrotnie stały się zaczynem lokalnych inicjatyw społecznych - rodzice spotykają się przy okazji wizyt w przedszkolu i wspólnie podejmują działania na rzecz mieszkańców gminy, np. młodzi wolontariusze w Głuchowie pomagający w przedszkolu, zachęceni do wspólnego działania, trzeci rok z rzędu organizują festyn wiejski. Zjednali do współpracy proboszcza i całą społeczność wsi. Coraz więcej czytelników zapisuje się do lokalnych bibliotek i wypożyczalni gier planszowych. Fundacja inicjuje też współpracę między różnymi organizacjami, które służą małym wspólnotom lokalnym. Kolejne gminy zgłaszają się do “Komeńskiego" z prośbą o rozszerzenie programu. Obok oczywistych pożytków dla rodziców, działalność Fundacji ma i ten wymiar, że budzi małe społeczności prowincjonalne ze “snu stuletniego" do aktywności.

Wydawało by się - nic, tylko przyklasnąć “dziecińcom Komeńskiego". Tymczasem Związek Nauczycielstwa Polskiego podjął (głosami członków zarządu) uchwałę, w której - ni mniej ni więcej - tylko oświadczył, że “działalność fundacji, zajmujących się edukacją przedszkolną jest... (!) szkodliwa i zagraża wyrównywaniu szans edukacyjnych dzieci". Związek odmawia Fundacji Komeńskiego prawa do używania nazwy “przedszkole" i terminu “edukacja", uzurpując sobie prawo do wyłączności na te dwa słowa (jeśli praktyka udzielania koncesji na używalność słów się rozszerzy, to - strach pomyśleć - “Tygodnik Powszechny" gotów zawarować sobie wyłączność na słowa “tygodnik" i “powszechny"!!!).

O tempora! O mores! Ledwo w tym kraju skrzyknie się grupa ludzi dobrej woli, gotowa wspomóc lokalną samorządność, ledwo wzejdzie kiełek obywatelskiej inicjatywy - już go rozdepcze urzędniczy but i zadławi solenna powaga biurokratów. Zamiast zarybiać bezrybie - wolą zdybać raka i przywalić mu kamieniem.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2004