Kod Paradżanowa

Kino Paradżanowa wydaje się niepokojącym wykwitem jakiejś przebrzmiałej cywilizacji, za którą skrycie i wstydliwie tęsknimy.
Czyta się kilka minut
Fot. materiały dystrybutora /
Fot. materiały dystrybutora /

Twórca "Cieni zapomnianych przodków" (1964) przez całe swoje życie odkrywał kolejne Atlantydy roztopione w sowieckiej rzeczywistości: ukraińską, ormiańską, gruzińską, orientalną. Karmił się sztuką chrześcijańską, islamską i pogańską. Sam Siergiej Paradżanow również był jedną z takich unikatowych wysp. Gdyby żył dzisiaj, pewnie pozostałby nią nadal - choć jego kuszące barwnym etnicznym ornamentem kino wtłaczano by zapewne w dyskurs postkolonialny czy nowoczesne "multi-kulti", tragiczny życiorys zaś (homoseksualisty trzymanego przez pięć lat w więzieniach o zaostrzonym rygorze) pasowałby idealnie do współczesnej ikony męczennika. Pewnie wciąż bliski byłby Paradżanowowi dylemat XVIII-wiecznego ormiańskiego poety Sajat-Nowy, któremu poświęcił zmasakrowany przez cenzurę film "Barwy granatu" (1968): "Jak tworzyć pieśń w świecie, w którym wszystko wolno...?". Bo przecież ociekające wyrafinowaną zmysłowością kadry z jego filmów dziś mogłyby uchodzić za mocno anachroniczne. Ale ich bezwstydne piękno i śmiałość zawartych w nim aluzji mimo wszystko ciągle działają.

W dzisiejszym świecie odczarowanych i skompromitowanych symboli cielesne, a zarazem mocno uduchowione kino Paradżanowa wydaje się niepokojącym wykwitem jakiejś przebrzmiałej cywilizacji, za którą skrycie i wstydliwie tęsknimy. Oddziałuje na widza z podobną siłą, jak w czasach sowieckich.

Oglądając po latach filmy urodzonego w Tbilisi Ormianina, któremu radziecka kinematografia pozwoliła zrealizować raptem cztery fabularne tytuły, nie mamy wątpliwości, że gdyby przyszło mu w 1924 r. urodzić się w innej części świata, to on byłby punktem odniesienia dla takich twórców jak Pier Paolo Pasolini, a nie na odwrót. Przybierając kostium egzotycznych przypowieści, dopieszczając każdy kadr na wzór perskiej miniatury, prawosławnej ikony, średniowiecznego fresku ormiańskiego czy eklektycznego kolażu, Paradżanow opowiadał zawsze o sobie: o człowieku żyjącym na przecięciu różnych kultur i światopoglądów, zaszczutym przez system, obdarzonym złożoną tożsamością etniczną i seksualną. Ciekawe, że w dołączonych do boksu DVD filmach dokumentalnych ich autor Lewon Grigorian po raz wtóry zawoalowuje tę ostatnią kwestię (choć filmy powstały zaledwie przed kilkoma laty). I tak nakręcone ekstatyczną kamerą, rozbrzmiewające dźwiękiem huculskich trombit "Cienie zapomnianych przodków" według powieści ukraińskiego modernisty Mychajły Kociubyńskiego pozostają dla ormiańskiego komentatora archetypiczną baśnią o grzechu pierworodnym i miłosnym rozdarciu. "Barwy granatu" to opowieść o zakochanym w carewnie ludowym bardzie, który porzuca lutnię i ziemską miłość, by zaszyć się w górskim monastyrze i rozwijać przymioty ducha. "Legenda o Twierdzy Suramskiej" (1985) trawestuje gruzińskie podanie o chłopcu, który ofiarował swoje życie zagrożonemu miastu, zamurowując się żywcem. "Aszik-Kerib" (1988) zaś, według poematu Michaiła Lermontowa, przywołuje tradycyjną turecką baśń o poecie pokonującym nadludzkie przeszkody, by zdobyć córkę bogatego kupca z Tyflisu. Zawiera się w tym wszystkim obraz Paradżanowa jako udręczonego artysty - przez większość życia niszczonego, a jednak nieustannie podążającego swoją drogą, ciągle czymś zajętego, niestrudzenie dążącego do absolutu. Jednak nawet bez psychoanalitycznego wytrychu znać w jego filmach rozdzierające wyznania intymne innego rodzaju - kolejne warianty miłości niemożliwej, zakazanej, ułomnej w swej cielesności, łamiącej społeczne tabu. Ileż dwuznaczności kryje w sobie decyzja o obsadzeniu w kilku męskich i żeńskich rolach androginicznej aktorki Sofiko Cziaurelli. Czy chodziło wyłącznie o zaczerpnięty ze wschodniej kultury znak miłosnej jedni?

Twórczość Paradżanowa nie daje się jednak sprowadzić ani do prostych genderowych analiz, ani tym bardziej do wyświechtanej mitologii spod znaku Orfeusza i Eurydyki czy dialektycznych spięć Erosa i Tanatosa. W pradawnych rytuałach Huculszczyzny czy Kaukazu szukał Paradżanow czegoś więcej niż ucieczki od sowieckiej urawniłowki, w której nie mógł się pomieścić ze swoim płodnym i wszechstronnym talentem. Ten "niebezpiecznie wolny człowiek" poszukiwał świata idealnego, który budował za każdym razem na nowo, po swojemu, z odprysków różnych kultur i własnych namiętności. Kiedy zakazano mu kręcenia filmów, powtórzeniem tego gestu były jego niezwykłe kolaże, w których z guzików, muszli, koronek, świętych obrazów czy zdjęć sławnych ludzi wyczarowywał swoją namiastkę kina. Tym samym było stworzenie sobie azylu w słynnym erewańskim domu-muzeum. Nie doczekał rozpadu Związku Radzieckiego, ale po zrealizowaniu "Aszika-Keriba" odszedł podobno jako artysta spełniony. Dedykował ten film pamięci swego bliskiego przyjaciela, Andrieja Tarkowskiego, innego w radzieckiej kinematografii niewygodnego "wyspiarza".

KOLEKCJA FILMÓW SIERGIEJA PARADŻANOWA - boks DVD. Wyd. Kolekcja "SPUTNIKA". Zawiera cztery filmy fabularne reżysera oraz "Kod Paradżanowa" - pięć filmów dokumentalnych o nim.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 17/2011