Reklama

Karczma czasu

Karczma czasu

12.07.2021
Czyta się kilka minut
Zlokalizowana w chaosie czasów, Karczma przy Towarowej zbiera w sobie wszystkie te sprzeczne wibracje, jednocześnie nie ulegając im. Gdzie tak wielu się bije, ona korzysta.
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara
P

Przedstawiam wam miejsce niezwykłe. Przedstawiam wam miejsce, gdzie trwa Bałagan Czasów. Jest to zjawisko przestrzenne i estetyczne, charakterystyczne dla rejonów współwystępowania przeciwstawnych prądów czasowych. Powstaje tam swoisty wir, zasys. Wyczuwając to, zarówno ludzie, jak i rzeczy zdają się instynktownie tam grawitować, by skryć się przed pędem, nieuchronnym upływem, groźbą aktualizacji. Taka właśnie jest Karczma.

Niewielki pawilon przy Towarowej już samą nazwą odżegnuje się od współczesności, przywołując zamierzchłe dzieje. Jednak nie doprecyzowując ich. Karczma nierycerska i niełajdacka, niemyśliwska; karczma żadna. „Zimna Coca-Cola” – głosi wciąż czerwony baner, choć już tkwiące pod nim „Golonka” i „Kiełbasa” są całkiem zdekoloryzowane, odwodnione. Karczma stoi na ziemi niczyjej, wielokącie trawnika na styku wykluczających się jakości architektonicznych. Po jednej stronie – hotel moloch z tysiącem identycznych pokoi z tymi samymi obrazami-rozmazami i lodówkami pełnymi dziecięcych miniatur Ballantinesa i Toblerone. Cały dzień szamoczą się przed nim zunifikowani korpoludzie wykonujący złożone układy choreograficzne z płachtami garniturów i wsiadaniem do taksówki. Panuje tu dość banalny czas europejski. Stojąc twarzą do srebrzącej się w słońcu fasady, za plecami mamy Towarową. To godna Moskwy wielopasmówka rycząca monotonnie silnikami, klaksonami, wyścigami motocykli, syrenami karetek. Reprezentuje ona typowy czas stołeczny: czas ludzi spieszących się niejako z rozpędu, z przyzwyczajenia, dla sportu, dla stylu. Po drugiej stronie Karczmy – ulica Srebrna, przedwojenne kamienice pomalowane na abstrakcyjnie wstrętny kolor policyjnego munduru. Nie znam arkanów ich termomodernizacji, ale tę szokującą barwę przypisywałabym zaocznie szalonym latom dwutysięcznym. Tak jak i elewację górującego nad Karczmą bloku z wielkiej płyty w kolorze „brzoskwinia/spalina”. Tu z kolei schnące na balkonach ręczniki z żaglówkami, zemdlone pelargonie i okna zaciągnięte folią przeciwsłoneczną wskazują czas letni. Sezon ogórkowy.

Zlokalizowana w chaosie czasów, Karczma zbiera w sobie wszystkie te sprzeczne wibracje, jednocześnie nie ulegając im. Gdzie tak wielu się bije, ona korzysta, tworząc rodzaj enklawy, nietajemniczego ogrodu z czerwonymi parasolami Królewskiego. Sam jej budynek to trochę płyty pilśniowej, trochę plastikowych witraży z Castoramy; typowa architektura przybudówki. Wewnątrz wyeksponowano różne nieprzemyślane starocie, szumy starych płyt. Zegary z kukułką, narty, piąte koła u wozu, beczki. Ten pozbawiony ładu skład zdradza, że lokal ma naturę marzenia. W jego pokraczną estetykę wpisana jest pewna chwilowość, ulotność – siedząc tu, w samym centrum, kilka minut od dworca, wie się, że to jakiś odpał, że to nie ma prawa tak być, trwać; musi zniknąć i zamienić się w coś wielkiego, srebrnego i z pustym Starbucksem na dole. Trzeba szybko pić to piwo, nim zamieni się w latte bez laktozy.

Albo przeciwnie: rozkoszować się zawieszeniem praw logiki i wzrostu, pysznym i zaszczytnym bezsensem tego miejsca. Jego egalitarną klientelą. Ilu różnych ludzi postanowiło przerwać udrękę upalnego dnia za pomocą piwa i kiełbaski z frytkami. Może nie tak znowu wielu, ale łączyło ich jedno: żadnych smoothies, żadnej komosy ryżowej, żadnego piwa za piętnaście złotych i wytatuowanych czternastoletnich barmanów zwracających się do starszych ludzi per ty. Menu jest krótkie i na temat; raczej kierowane do mężczyzn, którzy nie wierzą w żadne zdrowia i fitnessy. Ta niechęć do nowinek zdaje się kształtować ich ciała, uwydatniając ich przednie części i napinając tkaniny kupionych im dawno przez żony w korzystnych wielopakach T-shirtów z napisami „Sport”, „Speed” i „Turbo”. Od czasu do czasu zjeżdżają jednak też ze ścieżki rowerowej cykliści i łyżworolkarze, by zdjąwszy na chwilę kaski, zrównoważyć nadmiar sportu zimnym Belfastem. Przejeżdża przygarbiony Edi wiozący na wózku dziecięcym chybotliwy tort złożony z lodówki, wanienki i innych metabolitów pobliskiego osiedla.

Bezpłodny miejski upał topi dni, pozbawia je konsystencji i kształtu. Toczą się one w slow motion; ledwie żywi staruszkowie suną od ławki do ławki z zamglonym woreczkiem czereśni. I w Karczmie letni wieczór wolny jest od pośpiechu. Choć dobiega godzina zamknięcia, karoca nie zamienia się w dynię. Ot, właściciel zamyka kolejne parasole Królewskiego. Jeden niestety razem z siedzącym wciąż przy stole klientem, mężczyźni śmieją się jak w reklamie telefonii komórkowej Idea. Trzeba to powiedzieć jasno: gospodarz Karczmy jest niezwykle miły i gościnny. Jego twarz może być zamyślona i chmurna, ale gdy go o coś zagadać, natychmiast rozpromienia się w nieśmiałym uśmiechu człowieka, który lubi ludzi. Ubrany jest on również w opinającą się na piwnych krągłościach kolorową odzież bawełnianą z napisami. Dzięki temu zachował wygląd starego brzdąca czy też chłopca w średnim wieku. Jakby bezustannie przebywając w strefie Bałaganu Czasów, poddawany regularnie jego promieniowaniu, młodniał i starzał się jednocześnie. ©

Czytaj wszystkie felietony Doroty Masłowskiej 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Też popieram stare osiedla.

Bardzo przepraszam, czytałam dłużej niż trzy minuty, tak dla przyjemności. Jest pocieszające, kiedy dowiadujemy się, że ktoś widzi świat podobnie - i nawet podobnie nie rozumie świata.

Na Facebooku należę do grupy warszawska Wola, no i przez wiele lat mieszkałem na ul. Srebrnej 6. I mogę powiedzieć, że owa Karczma to znak tandety, dobrze osadzonej w tradycji Woli, a nie żadna wibracja.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]