Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Jest ich bardzo wielu

Jest ich bardzo wielu

01.10.1967
Czyta się kilka minut
Ileż doświadczeń daje obracanie się w środowiskach obciążonych nieuleczalnie chorymi. Nieubłagane postępy choroby, szczególna psychika młodych i starych, unieruchomionych przez długie lata, najrozmaitsze reakcje osób z otoczenia.
O

Organizacja pomocy w jej wielorakich postaciach. Przystosowanie metod pracy do coraz to innych warunków: nie wiadomo, czy trudniej obsłużyć chorego na wyboistym, utkanym szmatami wyrku, czy na nowoczesnym, niskim, szeroki, tapczanie. Kontrastowe ramy: słoneczne pokoje w nowych blikach, to znowu nory, gdzie mur i śmietniki zabierają światło i powietrze. Nieopisane niechlujstwo, to znowu deski podłóg szorowanych w krańcowym wysiłku kolan i rąk, albo połyskujące posadzki, na które nie wolno spaść ani kropli wody…

Chcę z tych ram wydobyć rzecz, o której stosunkowo rzadko pisze się i mówi. Bo kolorystyka zła jest bardziej fascynująca. Można by i tu, od ręki:

… syn, zabraniający poić starego ojca, żeby jak najprędzej umarł…

… matka niemal nienawidząca syna, ślepego reumatyka…

… kobieta, co dzień o świcie otwierająca radio na pełen regulator, bo wprawdzie trzeba jej snu, ale co tam własny sen, skoro go można odpędzić od astmatyczki, gnieżdżącej się obok, za przepierzeniem z szafy…

Oczywiście, o takich sprawach musi się mówić, pisać, krzyczeć. Mniejsza o wątek literacki, lecz trzeba znać te spustoszenia ludzkich wnętrz, aby z nimi walczyć…

Przy malowaniu dobroci zagraża oleodrukowa niebieskość, różaność. Ryzykuję. Chcę właśnie o dobroci – i to tej, co jest rodem z nieszczęścia.

Samotny starzec nie kładzie się nigdy, siedzi w poprzek na łóżku ze spuszczonymi nogami, bo tylko w takiej pozycji mniej cierpi. Jest ogromny, bezwładny, ciężki i pot kroplisty spływa z pielęgniarki, która go oporządza. Pielęgniarka zjawie się co dzień na godzinę, dwie. Pewnie, że to ważne, bo porządki są wtedy gruntowne i bez nich nieszczęśnik dawno by nie żył. Lecz reszta godzin? Otóż mieszka z nim pani Brońcia. Mała, pogodna, cicha, zręczna. To nie żadna „odwieczna sługa” z noweli. Jest przy chorym zwyczajnie, zaledwie od kilku lat. Stary pan ani słyszeć nie chce o przeniesieniu się do zakładu. Nie chce tego i pani Brońcia. On kieruje się zdrowym instynktem: musi wietrzyć, musi palić światło kiedy chce, przywykł do samotności, do swoistej swobody, chce być niezależny do końca życia. Pani Brońcia mówi tylko: „tutaj panu lepiej”. Jest niepojęcie cierpliwa, choć czasem wzdycha do własnego mieszkania, które na nią czeka. Służy w każdej chwili, w dzień i w nocy, tylko że sił jej ciągle ubywa i skarży się na serce, bijące już – osiemdziesiąt lat.

Znowu nie żadna „stara sługa”, wobec której ma się szczególne zobowiązania, tylko niedawno przyjęta gosposia. Przez ten krótki okres zdążyła być już dwukrotnie w szpitalu, raz nawet – w psychiatrycznym. Teraz znowu leży, w domu, kapryśna, wymagająca. Obcych jeszcze słucha jako tako, ale swoją „panią” bierze do galopu cały dzień i podrywa ją jeszcze w nocy. No i „pani” galopuje z uśmiechem, chociaż ten galop to po prawdzie stępa. Mogłaby być babką swojej pacjentki. Ma dziewięćdziesiąt pięć lat.

Nauczycielka zaharowana pracą w szkole, straciła ukochanego ojca. Podczas jego wieloletnich, ciężkich niedomagań nauczyła się arkanów pielęgnacji. Teraz podczas ferii świątecznych zgłasza się sama, aby zupełnie bezinteresownie wyręczać to córki, to żony przy obsłudze chronicznie chorych. Poświęciła pewnej paralityczce miesiąc letnich wakacji. Cały miesiąc. Powiada: „to przecież proste”.

Młody człowiek całkowicie unieruchomiony. Bóle nieustanne. Rodzice i brat najtroskliwsi, ale – pół dnia poza domem. A chory nie mógł być sam. W swym bezwładzie, w niepojętym dla kogoś zdrowego usztywnieniu, mimo swej łagodności, słodyczy, płynącej z jego charakteru, ale z pewnością wspieranej przez łaskę stanu choroby – bał się, okrutnie bał się samotności. Więc nie był sam. Różni ludzie, starzy i młodzi, zorganizowali plan odwiedzin z precyzją, przestrzeganą latami. Co prawda chłopak był tak ujmujący przez swój uśmiech, cierpliwość, umiejętność rozmowy, szerokość myśli, że to jemu należy się podzięka. Tak mówią wszyscy do tej pory, chociaż minęło już kilka lat od jego śmierci.

„A iż cię nie opuszczę aż do śmierci”. Jakże często dane mi było oglądać spełnienie przyrzeczenia sprzed kilkudziesięciu lat! Siła uczciwości wobec raz przyjętego zobowiązania, niczym nie zwyciężona miłość starych ludzi – na pewno gdzieś wysoko zadość czyni za tych wielu młodych, sprzeniewierzających się tej samej przysiędze.

On ledwo widział, ale chodził koło żony umiejętnie, nie tylko czule. Ona była cichutka, czasem z rzadka popłakiwała. Stary pan pilnował jej codziennej przechadzki po pokoju: „moja Maryniu, przecież cię trzymamy, jeszcze tylko do drzwi, a teraz do stołu, tylko się nie garb i podnoś wyżej nogi – może jeszcze raz?” niedowidząc mył naczynia, sprzątał, trzeba mu było tylko pomagać przy gruntownej toalecie żony i oczywiście przy tych – pożal się Boże – przechadzkach. Nawiasem powiedziawszy, lubił gawędzić. Kiedyś – znałam ich już od dłuższego czasu – zaczął się zastanawiać nad źródłosłowem czyjegoś nazwiska. Jakby błyskawica rozdarła moją pamięć. Zerwałam się na równe nogi: „Panie profesorze, to pan mnie uczył w czwartej gimnazjalnej!” jak mogłam go nie rozpoznać? Już wówczas, przed tylu laty, nosił czarne okulary! Potem kiedyś powiedział: „Wie pani, co było najmilsze? Że pani, rozpoznawszy mnie, wstała jak uczennica w ławce!” ofiarował mi „Księgę Psalmów” w tłumaczeniu Staffa, wówczas nie do nabycia. Po mieszkaniu poruszał się swobodnie, tak samo po ulicy w pobliżu domu. Ale nie dostrzegł zasadzki, potknął się na rozkopanym chodniku i wpadł w rów głową naprzód. Nazajutrz twarz miał jak maska sino-krwawa, głowę, ręce – w opatrunkach.

–  Czy pani wie, jaki Bóg dobry?

Zaniemówiłam. Po czym zaczęłam bełkotać: „tak, wiadomo. Ale czemu w tym wypadku…?”

– Bo kiedy mnie opatrywali na Pogotowiu, a to wszystko bez końca trwało, wciąż się modliłem, żeby się Marynia nie bała, żeby nie była sama! No i proszę pomyśleć! Wracam i zastaję tę panią z sąsiedztwa przy niej przez te całe trzy godziny!

… Jakież bywają próby: zmęczenie, wstręt. Pokusa ucieczki… Jeśli się tym próbom i pokusom ktoś oprze i wyjdzie z nich nawet ze skazą – cóż za zwycięstwo!

W jednym pokoju otępiała staruszka i młoda robotnica. Żadna krewna. Dziewczyna zrywa się co dzień o piątej, aby zdążyć do pracy. „Myję jędzunię wieczorem, czy chce czy nie chce. Rano ledwo mam czas przygotować jej kawę w termosie i chleb pokroić i nasmarować, i diabli mnie biorą, jak ona jeszcze narzeka. W nocy nie da mi okna otworzyć, a zaduch. Czasem całe noce potrafi mruczeć „Serdeczna Matko”, jakby Matce Najświętszej takie coś było potrzebne. To jestem jak kołowata. Już powiadam sobie, że rzucę jędzunię i pójdę do koleżanki, choć byłabym tam czwarta na kupie. Ale co? Żal mi. Też żal, jak na nią krzyczę. Już taka jestem – jak nie dośpię, tom zła. Co? Ona chora umysłowo? Chciałabym być taka zdrowa! Rozmyślnie chowa łachy po kątach, a potem mówi, żem je wzięła. Nawet bym się brzydziła… No i mam dwa dni na Wielkanoc. Chcę wyjechać do mamusi. Przygotuję jędzuni na święta kawał kury, będzie miała. Odgrzeje sobie na elektryce, bo gazu mogłaby nie zakręcić, zresztą do kuchni nie zalezie. Upiekę ciasto. Ta pani z naprzeciwka zajrzy w pierwsze święto, ale na drugie i ona wyjeżdża. To mnie cholera trzepie, bo jakże zostawić samą, tę jędzę? Muszę wracać! Co mamusia powie? Wścieknę się czy co?” Na szczęście nie pękła nazbyt już napięta struna dobrej woli: udało się zdobyć zastępstwo.

Ogniową próbę przechodziła też pani Leokadia. Podziwu godny był jej wysiłek, walka o wykrzesanie z siebie miłości. Jej mąż miał wuja, którego uwielbiał, bo zastępował mu ojca od dzieciństwa. On uwielbiał, ale ona musiała opiekować się starcem, który liczył sobie, kiedy go poznałam, dziewięćdziesiąt dziewięć lat i dwa miesiące życia. Śmierci wcale nie pragnął, przeciwnie, lękał się każdego jej zwiastuna. Jadał mało, lecz przeraźliwie łakomie. Z łóżka już nie wstawał, ale unosił się sam, o ile chciał, a jeśli nie chciał – ciążył jak kłoda, choć jego chudość była równie przeraźliwa jak łakomstwo. Różni wnukowie i prawnukowie chcieli pomagać, ale on wszystkim współczuł, że są słabi i z całej rodziny dawał się pielęgnować tylko srebrnowłosej pani Leokadii. Wzrok jej bywał zimy, usta zaciśnięte, głos nie zawsze miękki. Ale sprawne były jej ręce, niewyczerpana pomysłowość w dobieraniu potraw, drobiazgowa dbałość o leki, nieustanna o wszystko troskliwość. „A już naprawdę wyprzęgam, i to już tak prawie dwadzieścia lat!” i chociaż on powinien już nie żyć! O wiem, wiem, że to nie nasza sprawa! Proszę źle o mnie nie myśleć!”

Przez styczeń i luty chodziłyśmy we dwie, na zmianę, do pani Józefy. Była wdową po majstrze murarskim, jeszcze nie starą. Pochodziła ze wsi i miała wiejską prostotę w stosunku do nas, do rodziny, do samej siebie, przede wszystkim – do Boga. Ledwo po raz pierwszy stanęłam w progu, oświadczyła mi, że ma raka, że są już przerzuty. Chciałaby doczekać wiosny. „Boli jeszcze mało, ale już trudno wygramolić mi się z łóżka”. Wszyscy bliscy odmieniali przy niej słowo „rak” we wszystkich przypadkach. Jakby się mówiło nie o raku, tylko o czyraku. Nie było niedomówień, oszukiwania się wzajemnego – chorej wobec otoczenia, otoczenia wobec chorej. Żadnych obsłon, tak gęsto rozwieszanych gdzie indziej, zwłaszcza wśród tak zwanej wyższej inteligencji… Pani Józefa ze spokojem w bystrych czarnych oczach mówiła, że umrze, gdy Pan Bóg zechce. Potem: „Będę cierpieć, póki Pan Bóg zechce”. Jeszcze później, kiedy cierpiała straszliwie: „jak to jeszcze długo? Niechby mnie już Pan Bóg zabrał!” w miejscowych klinikach, szpitalach już dla niej miejsca nie było. Mogła jechać do szpitala gdzieś daleko, na prowincji. Na to nie zgodziła się ani ona sama, ani jej syn Staszek. „Tak daleko od swoich? Niech tu umieram”. Cierpiała nie tylko z powodu choroby, czyniącej postępy w jakichś potwornych susach. Drżała o przyszłość słabowitego syna. Bolał ją bałagan w domu, na który nic nie mogła poradzić, ona, niedawno niezrównana gospodyni. Lecz jej cudowna, trzeźwa dzielność trwała do końca. A póki mogła, żartowała, przedrzeźniała się ze Staszkiem, równie dowcipnym jak matka.

Pozostanie w domu pociągnęło za sobą niemałe trudności. Mieszkał z nią tylko Staszek, student i jego kolega. Żadnej kobiety. A tu pielęgnacja stawała się coraz bardziej skomplikowana. Wkrótce biegałyśmy tam już dwa razy dziennie, rano i późnym wieczorem i pozostawałyśmy coraz dłużej. To nie wystarczało. I wówczas wybuchła wokół chorej wprost mobilizacja dobroci. Zapewne, dobroć syna, to rzecz powinna matce. Tu jednak było coś więcej. Bardzo wątły i bardzo niepraktyczny chłopak przeskakiwał samego siebie. Latał na wykłady, kuł, zdawał egzaminy – i zawzięcie pielęgnował matkę. Do niektórych zabiegów konieczne były przynajmniej dwie osoby, do układania cztery, a najlepiej pięć, żeby oszczędzić chorej dodatkowych cierpień. Rano punktualnie zjawiali się pasierbowie. Jeden pracował po południu, a drugi musiał się zwalniać i stracony czas odrabiać wieczorami. Godzinami siadywała przy łóżku staruszka, matka dozorczyni, a nade wszystko nieoceniona była dozorczyni sama, pani Zosia. Rosła, silna, uśmiechnięta, niezmiernie pojętna, niesłychanie szybka – iskra nie kobieta. „Możesz mnie pani wypukać zawsze, w dzień i w nocy – ja miałabym pani Józi nie pomóc?” A pani Józefa oświadczyła rzeczowo: „jakem była zdrowa, to też byłam dobra dla ludzi”. Całe to bractwo było karne, pracowało jak na komendę. Bez czułostkowości, bez niepotrzebnej gadaniny. Byle ulżyć. Gotowi by tak harować do wiosny, o której mówiła chora, i do jesieni. I dłużej, ale pani Józefa zmarła w zimowe popołudnie. Kiedy leżała już pięknie przyodziana z różańcem w rękach, pani Zosia podbiegła do mnie szybko po swojemu. Powiedziała: „Bardzo dobrze mi się z panią pracowało”. Nauczyłyśmy się nie przejmować pochwałami. Ale tę zachowuję w pamięci z wdzięczności dla pani Zosi, jej matki, dla Staszka, jego braci i kolegi i nade wszystko dla samej Zmarłej.

W rogu dużego pokoju, pod czerwoną kołdrą, najczęściej nie obleczoną, na szerokim staroświeckim łożu przez kilka lat leżała kobieta sparaliżowana, niema, „bez kontaktu z otoczeniem”. W rogu przeciwległym stała wąska kanapka, na niej – wątpliwej czystości jasiek i przykrycie z koziej skóry. Sypiał tam stary emeryt. Opiekował się chora własnymi metodami. Podkładał pod nią arkusze różnych czasopism i zmieniał je w razie potrzeby, to jest mniej więcej co godzina. Zużyte spłukiwał i suszył. Chora nie miała nigdy najmniejszego odparzenia. Myłyśmy ją co dzień, ale zdrową skórę zawdzięczała w pierwszym rzędzie swemu upartemu pielęgniarzowi. Okno otwierał tylko pod grozą, że inaczej nie przyjdziemy więcej… kiedyś spojrzał w kierunku mego wzroku.  – Patrzy pani na ten portret? To ona sprzed czterdziestu lat. Ja się w niej kochałem. Wyszła za mojego przyjaciela. On nie żyje. To ja się tu przeniosłem, po prostu.

Tak dużo jest zła. Inwalidka bita przez męża. Ta druga, której sąsiedzi każą sobie płacić za każde przyniesione wiadro wody. Ci wszyscy, co się wzdrygają przekroczyć progi nieszczęścia, o którym doskonale wiedzą, bo jest tuż.

Lecz tamte przykłady, to nie wysepki rozsiane pośród morza zła. Dobrych ludzi jest mnóstwo. To najprawdziwsza prawda. 


TEKST ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY TP 40/1967

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]