Reklama

Lekarz i pielęgniarka wobec ciężko chorego

Lekarz i pielęgniarka wobec ciężko chorego

02.07.1976
Czyta się kilka minut
W naszej statystyce mamy 1100 zgonów chorych, którzy pozostawali pod naszą opieką. Nie jest to bynajmniej przerażające – przeciwnie, to jest dla nas zaszczytem, że parafialna opieką nad chorymi tylu ludziom choć w małej mierze pomogłyśmy w wędrówce do Domu Ojca.
Pielęgniarka parafialna w domu chorego, lata 60 XX wieku, Kraków / ARCHIWUM KSPIPP KRAKÓW
Pielęgniarka parafialna w domu chorego, lata 60 XX wieku, Kraków / ARCHIWUM KSPIPP KRAKÓW
E

Eschatologiczne nastawienie naszej pracy ma tu swój pełny wyraz. Właśnie brak tego eschatologicznego nastawienia wśród ogółu wiernych utrudnia chorym i ich rodzinom właściwy stosunek do nadchodzącej śmierci. Ale to, że same – przynajmniej póki jesteśmy zdrowe – jej się nie boimy, to inna kwestia. Nie oznacza to, abyśmy nie uznawały faktu istnienia lęku przed śmiercią u naszych chorych – lęk istnieje.

To zresztą naturalne. Trzymanie się kurczowo niteczki życia u wielu chorych naprawdę spowodowany jest brakiem wychowania w duchu eschatologicznym, a z drugiej strony świadczy o tym, jak niezmiernie cenny jest dar życia. Jakże mocno czepiają się go ludzie starzy. Często są pytania: „czy już mam umrzeć?”. Na te pytania trzeba odpowiadać indywidualnie. Nie każdemu jest dana łaska stawania oko w oko ze śmiercią. „Ars moriendi” dana śp. Teresie Strzembosz jest łaską rzadką. Musimy to respektować. Co innego jest banalnie pocieszać, że jeszcze nie, a co innego odpowiadać oględnie z pełnym wysiłkiem, ażeby chory nie doznał szoku. Hipokratesowe „primum non nocere” m atu swoje pełne zastosowanie. Wydaje się nam, że dobrze jest pójść za radą jednego z bliskich nam kapłanów, żeby nie pocieszać, ale odpowiadać „nie wiadomo komu z brzegu – tobie czy mnie”. Umrzemy wszyscy – ja dodaję od siebie: „na szczęście”. Oczywiście wszystko zależy od osobowości chorego. Mimo wiary w szczęście w Domu Ojca z całym współczuciem odnosimy się do rodziny po utracie przez nią kogoś bliskiego – matki, ojca czy syna. Powściągliwe zapewnienie o modlitwie, prawdziwa serdeczność tylko wyjątkowo może ustąpić rozmowom religijnym zaraz po śmierci. Trzeba się tutaj wystrzegać wszelkich banałów. Moja bliska znajoma, która przed laty utraciła synka, odeszła od Kościoła pod wpływem zapewnienia przyjaciółek o aniołku w niebie. Musimy tutaj uszanować ludzką boleść. Uszanować Matkę Boską Bolesną. Ale trzeba powiedzieć, że jeśli chory umiera w domu, to jego szczęście. Wiemy – śmierć w szpitalu, często gdzieś za parawanem, bez opieki lub na korytarzu lub w zakładzie, nawet tam gdzie są siostry. Przedłużająca się agonia chorego na wspólnej sali wywołuje wściekłość u innych pacjentów. Jest ogólne znieczulenie na cudze cierpienia i brak wrażliwości na cudzą śmierć. Musimy pilnować, ażeby nie było rozmów podczas konania. Asystowałam kiedyś przy śmierci pacjentki, która jeszcze oddychała, a już się szukało w jej biurku książeczek oszczędnościowych. Nasza rola jest tu wielka. Musimy uczyć modlenia się przy chorym konającym i oczywiście same się modlić, naturalnie nie koniecznie na klęczkach i nie zaniedbując koniecznych zajęć, w miarę naszych sił.

Nie chcę bynajmniej twierdzić, że praca apostolska wśród chorych, a więc nawracanie i pogłębianie wiary, torowanie drogi przed apostolstwem kapłańskim, może być udziałem tylko osób pielęgnujących. To wszystko co powiedziałam, stosuje się do wszystkich, którzy mają kontakt z chorym.

Inna sprawa, że my mamy to zadanie ułatwione. Przecież istnieje w parafiach szereg ludzi, którzy nie potrzebują naszej opieki pielęgniarskiej, bo mają ją zapewnioną przez kogoś innego, ale i oni powinni mieć kontakt z parafią przez kontakt z pomocnikami parafialnymi. Przecież nawet wśród wielu chorych, którzy się uważają za pobożnych, panuje niemal analfabetyzm religijny. Pismo św. jest mało w którym domu. Do mszy św. trzeba niejednokrotnie przygotować chorego.

Przecież to są ludzie, którzy nie przeszli przez posoborowe nauki przeżywania mszy św., rzeczywistego w niej uczestnictwa. Nie zawsze pielęgniarka ma na to czas. Ktokolwiek przeprowadza to przygotowanie, musi to czynić z ogromną delikatnością i prostotą. Choć nieraz się zdarza, że to chory nad nami góruje. W swojej pracy apostolskiej opiekunka chorych powinna ściśle współpracować z kapłanem. Mówię szczerze „powinna”, bo nie zawsze ta współpraca jest pełna. Ogranicza się niestety czasem do wezwania księdza, aby przyszedł do chorego, żeby ustalić datę komunii św., mszy św., a więc do spraw sakramentów. Radujemy się bardzo z tego, że my jesteśmy tu ogniwem między chorym a księdzem, jeśli chodzi o sakramenty św., bo to jest prawdziwa rzeczywistość połączenia się z Bogiem.

Ale jakże prawdziwe są słowa, które niedawno wyczytałam w naprawdę głębokiej pracy kamilianina, ojca Wiesena: „nie wolno zapominać o tym, że istnieje jeszcze bardzo daleka droga wiodąca od przyjęcia sakramentów do chrześcijańskiego wypowiedzenia »tak« wobec choroby”. Otóż zdarza się, że księża ograniczają swoje wizyty wyłącznie tylko do wizyt sakramentalno-liturgicznych. W niektórych wielkich parafiach jest ksiądz specjalnie przeznaczony dla duszpasterstwa chorych. Nie moją sprawą jest rozstrzyganie, czy taka specjalizacja zawsze jest słuszna i pozwolę sobie zadać pytanie, czy pozbawianie innych księży okazji odwiedzania chorych nie ujmuje czegoś z pełni ich kapłańskich obowiązków? A każda specjalizacja ma swoje dobre i ujemne strony.

Współpraca siostry z księżmi, czy to będzie proboszcz czy wikary, czy wikary-specjalista, powinna być nacechowana wielką wzajemną szczerością. Opiekunka radzi się księdza, jak ma postępować, przedstawia mu, jakie widzi u chorego trudności. Ze swej strony informuje go o sposobach postępowania jego samego w stosunku do chorego, bo lepiej go zna. Wzajemnie ksiądz powinien zwracać uwagę na jej niedociągnięcia. Jak wspomniałam, krytycyzm u chorych, zwłaszcza młodych i tzw. inteligentów, jest wyostrzony. Zdarza się, że chory mając z opiekunką stały kontakt i mając do niej zaufanie i wdzięczność, informuje ją o swoich reakcjach.

Chorzy nie znoszą szablonu w postępowaniu i sposobie bycia. W księdzu chcą widzieć przyjaciela, któremu mogą się poskarżyć i użalić, a równocześnie chcą być traktowani normalnie, jak ludzie zdrowi. Pamiętam, jak jeden młody człowiek reumatyk, stojący u progu nawrócenia, zawieziony do kościoła na mszę św. dla ogółu wiernych (nie dla chorych) powiedział: „...nareszcie nie słyszałem o chorobie i cierpieniu, ale zwyczajne kazanie o Panu Bogu”. Niektórzy nie znoszą tego, co nazywają kazaniem, a więc monologu księdza. I nie chcą słuchać o cierpieniu, gdyż nie zawsze są dość przygotowani na przyjęcie jego najgłębszej treści.

My samą naszą postawią pełnimy czyn apostolski bez wielu słów. I tu znowu występuje wpływ tego, a nie innego rodzaju pracy na otoczenie chorych. Znam wypadki, w których wobec uporczywej, systematycznej pracy pielęgniarskiej, miękną serca nie tylko samych chorych ale ich otoczenia i przyjaciół. A jeśli nie miękną, to czyż wolno nam się zżymać — na pewno, nie. Jesteśmy po prostu świadkami Chrystusa. Chyba to dość.

Odsetek chorych umierających pod opieką rodziny jest na pewno wyższy niż w szpitalu — przypuszczalnie jest zbliżony do tzw. domów opieki. Nic to dziwnego, skoro pielęgnujemy przede wszystkim albo ludzi starych, albo tych, których stan nie może rokować poprawy.

Troskliwa nasza pielęgnacja nie tylko sprawia im ulgę, ale i bez wątpienia przedłuża życie. W końcu przychodzi kres i człowiek pielęgnowany przez nas nieraz kilkanaście i więcej lat — zbliża się do śmierci i umiera. Niektórzy, bardzo fizycznie cierpiący, pragną śmierci. Inni, bardzo nawet starzy, ledwo wegetujący, bynajmniej nie chcą umierać.

Owszem, mówią o śmierci jako o czymś nieuchronnym, ale wewnętrznie niezbyt ją akceptują. Dziwna rzecz, że ludzie, nawet bardzo wierzący w życie przyszłe, wcale się do niego nie wyrywają. Dziwna rzecz? Może nie, bo życie jest tak wspaniałym darem, że się go wyrzec nie chcemy, przecież do życia, nie do śmierci stworzył Pan Bóg pierwszego człowieka.

Niechże więc te z nas, które mają naprawdę, czy też pragną mieć do własnej śmierci bardzo pozytywne nastawienie — nie jako do ucieczki, lecz tęsknoty do Boga — schowają sobie ten rzeczywisty czy upragniony dar, nie narzucają go drugim, a każdemu choremu dają to, czego mu najwięcej potrzeba. Dobrze jest oswajać chorych (i nie tylko chorych) z myślą o śmierci, traktować ją jako coś naturalnego a nawet radosnego, nie jako zaskoczenie.

Umierającego człowieka pielęgnujemy tak samo troskliwie jak w czasie, kiedy śmierć nie stała jeszcze nad jego łóżkiem. Oczywiście tak, aby go jak najmniej męczyć. Nie robimy zabiegów niekoniecznych, tylko to, co sprawia ulgę, tylko to, co może zapobiec większemu cierpieniu.

Zdarza się też, że chory, który przed godziną oświadczył, że dobrze wie o zbliżającym się tzw. końcu (który właśnie jest początkiem) –  naraz zaczyna snuć plany na przyszłość. Żąda nowych leków, lekarzy — chce żyć. I nie są to jakieś zamroczenia, tylko dziwna równoległość myśli — jeszcze jeden dowód, jak cenne jest to przeciekające życie.

Niestety, często spotykamy się u samych chorych, a jeszcze częściej u ich rodzin, z lękiem przed sakramentem chorych. (Żeby się chory nie przestraszył, że to już.) Może obecnie, kiedy po błogosławionym soborze udostępni się tekst modlitwy przy tym sakramencie w języku ojczystym, prysną te smutne lęki. Teksty te my same musimy dobrze znać. Tymczasem ciągle jeszcze niestety zdarza się, że wzywa się kapłana do stygnących już zwłok.

W gruncie rzeczy każdy ciężko chory pragnie poważnej rozmowy, nurtuje go wiele obaw i myśli. A tak rzadko może z kimś porozmawiać! Tak często wśród najbliższych mu osób panuje zmowa milczenia. Bądźmy czujne na te potrzeby chorych ludzi, podejmujmy z odwagą i miłością te — tak nieśmiałe półsłówka i słowa. Doświadczenie, długotrwałe kontakty z chorymi uczą nas, że najczęściej takie rozmowy rozładowują wewnętrzne napięcie chorych, uspokajają ich, dodają otuchy. Na propozycję sprowadzenia księdza i przyjęcia sakramentów św. — jakże często godzą się z ochotą i radością ci, których rzekomo miało to przestraszyć.

A jeśli nawet mają jakieś opory, to taka przyjazna, spokojna rozmowa zwykle je łagodzi. Nie nalegajmy jednak zbytnio, czasem trzeba trochę poczekać, aż chory sam znów podejmie ten temat lub sam poprosi o kapłana.

Uspokajające działanie troski o chorego, łagodzenie bólu, szczera rozmowa, taktowne i mądre ułatwienie chorym świadomości odejścia i pogodzenia się z tym — to również założenia, które stały od początków Hospicjum św. Krzysztofa domu dla umierających nieuleczalnie chorych.

Jak słuszne są te na wskroś chrześcjańskie założenia potwierdzają doświadczenia wielu lat istnienia tego domu. Żona zmarłego tam na raka męża — po wielu miesiącach rozpaczliwych cierpień i miotania się ich obojga w domu — pisała do swoich przyjaciół: „…tam byliśmy w raju”.

Wobec samej śmierci, wobec tych, których ta śmierć najbardziej dotknęła, nie pocieszajmy zbyt święcie i zbyt pobożnie, bo takie pobożne pocieszanie może pogłębić ból i rozdarcie, a nawet doprowadzić do buntu.

Są osoby, które czują się w obowiązku wskazywać na niebo jako pociechę po stracie kogoś bliskiego. Ale chociaż opuszczony przez zmarłego wie — wierzy, że ono jest, wierzy raczej negatywnie: „...on już nie cierpi” i to jest pociecha. To można powiedzieć: „...przestał cierpieć”. Lecz czy to pokrywa się z rzeczywistą wiarą i nadzieją? Czy życie przyszłe zbawionych to tylko radosna negacja ucisków doczesnego życia? — „Tam nie będzie głodu, ani wojny, ani chorób”. — Nie, nie, nie! Postarajmy się dać choremu i jego bliskim pojęcie wielkiego — „Tak”. — Jakie ma być to „tak”? — „ani ucho nie słyszało ani oko nie widziało”. Twarzą w twarz oglądać Boga.

Ale jeśli naszych rozmówców cieszy obraz szczęścia wiekuistego w postaci baranków pasących się na kwiecistej łące, a może czyjaś wyobraźnia zapaliła się od śpiewających świateł „Dantejskiego Raju” — nie gaśmy naiwności ani wyobraźni.

Pielęgniarka wobec cierpień i śmierci zachowuje spokój, powagę i opanowanie. Niech nie zapomina o modlitwie, nawet gdy się da, z domownikami. Módlmy się za tych co odchodzą, aby Bóg był im łaskawy, i za tych, co nad tą śmiercią płaczą.


TEKST HANNY CHRZANOWSKIEJ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W TP 28/1976

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]