Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37. To już 20 lat. Dla jednych dawno, dla innych – tak leciwych jak ja – to niedawno. Miałem szczęście, że przez sporą część tego okresu pracowałem dzięki niemu w Watykanie. Moment był dość niezwykły. Jan Paweł II podjął tradycję odwiedzania różnych krajów i niebywale ją rozwinął. Odwiedził 132 państwa, 900 miejscowości.
W wielu miejscach na Ziemi przywrócił lub wręcz wzbudził żywe poczucie należenia do Kościoła. Cieszy mnie oczywiście, że 27 kwietnia 2014 r. został wraz z Janem XXIII ogłoszony świętym. I bez tego zresztą trudno było nie być pod wrażeniem jego wiary i energii. I świętości... Ale nie piszę tu wspomnień. Zastanawiam się tylko, kim jest dla nas 20 lat po śmierci.
Pierwszy raz zobaczyłem go w okolicach Zakopanego. Poszedłem na jego nabożeństwo u pallotynów. A on się spóźnił, chyba godzinę, może nawet więcej. Czekaliśmy i byliśmy zdumieni. Prymas nigdy się nie spóźniał. Drugie najstarsze wspomnienie mam z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Inauguracja roku w nabitej auli, zamieszanie z tyłu, przy drzwiach, i wkracza on. Po drodze w kieszeniach szuka biskupiej piuski, którą znajduje, wkłada na głowę, siada. Na sali życzliwy szmer ludzi zadowolonych, że jest.
Potem chodziłem (bo byłem zobowiązany) na jego wykłady. Były długie i trudne do zapamiętania. Czytał skrypt. Wiedziałem, że seminaria są ciekawsze, ale w nich nie uczestniczyłem. Z tych wykładów dobrze zapamiętałem (wstyd powiedzieć, że tylko to), jak zatrzymał mnie po jednym z nich. Krótko omówił sprawy mającej się zacząć po studiach mojej pracy w Krakowie.
Pamiętam, że powiedział wtedy, iż nie wyobraża sobie, by młody ksiądz pracował tylko w redakcji. Powiedział, że chce, żebym był u św. Anny jako pomocnik ówczesnego duszpasterza akademickiego. Nie wiedziałem, że mój los się wtedy decyduje na tyle dalszych lat.
Potem praca w redakcji „Tygodnika” i duszpasterstwo akademickie. Nie wiem, jak to zostało ustalone (jeśli zostało), że byłem mniej więcej co miesiąc u arcybiskupa, potem kardynała, żeby zdawać sprawę z tego, co robię. Niektóre jego wskazania okazały się niezwykle skuteczne, jak na przykład to, by nie bać się dużo wymagać od studentów. W szczegóły nie wchodził.
Pamiętam, że chętnie przyjmował zaproszenia: prowadził rekolekcje, spowiadał, sam zapraszał studentów do siebie, tworzył klimat bliskości z tymi ludźmi. Niektóre pomysły, jak np. letnie prace przy budowie kościołów czy pomoc w organizowaniu rekolekcji dla chronicznie chorych, bardzo mu się podobały. Ale nie on sugerował, tylko słuchał i aprobował.
Potem polecił mi duszpasterstwo ludzi po studiach. Nie było to tak intensywne jak duszpasterstwo akademickie, jednak i tu zainteresowanie i obecność kardynała mi towarzyszyły. Jako papież miał potem cały świat na głowie. Zaprosił mnie do Rzymu, bym robił polskie wydanie „L’Osservatore Romano”. Po każdej mojej wizycie w Polsce byłem zapraszany i papież cierpliwie słuchał moich relacji, tak jakby nie miał żadnych innych. Miał ich z pewnością wiele, ale z różnych opowieści budował swoją wiedzę, całkiem niezłą, jak świadczą jego przemówienia w Polsce podczas kolejnych wizyt.
Jan Paweł II wiedział, co się dzieje w Polsce, i sądzę, że nie miał złudzeń. Chciał jednak „swoją umiłowaną ojczyznę” ocalić, umocnić na czas próby. Być może się łudził, sądząc, że czas próby da się jakoś złagodzić. Czy uzbroił Polaków na czasy, które miały nadejść? Myślę, że niektórych Polaków tak. Tak czy inaczej, bez tego pontyfikatu Polska byłaby inna. My bylibyśmy inni.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















