Reklama

Jaka praca po pandemii?

Jaka praca po pandemii?

w cyklu Woś się jeży
04.06.2020
Czyta się kilka minut
Wiele wskazuje na to, że będzie jeszcze gorzej niż przed koronawirusem. Czy czeka nas życie w trybie ciągłej gotowości do bycia zatrudnionym? 24 godziny na dobę? 7 dni w tygodniu? 365 dni w roku?
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
Z

Zdjęcie numer jeden. Laptop ustawiony na kolanach. W tle własne (nierzadko bose) stopy. A jeszcze dalej jezioro, rzeczka albo zieleń parku. A obok druga fotografia. Kuchenny blat. Na nim komputer i deska do siekania cebuli. W tle sterta brudnych naczyń. Obrazek można wzbogacić o jakąś porzuconą dziecięcą zabawkę albo suszące się pranie.

Oba zdjęcia pochodzą z wydanej kilka lat temu książki Jacka Gądeckiego, Marcina Jewdokimowa i Magdaleny Żadkowskiej „Tu się pracuje. Socjologiczne studium pracy zawodowej prowadzonej w domu na zasadach telepracy”. Pierwsza fotka to potoczne wyobrażenie na temat telepracy. Ten moment, który pewnie niejeden i niejedna z nas uwiecznił/a kiedyś, wstawiając w media społecznościowe. Być może z dowcipno-zaczepnym dopiskiem „A wy jak tam? Ciągle w biurze?”. Druga fota pojawia się w social mediach rzadziej. Bo zdjęcie pierwsze to telepraca odświętna. Moment, gdy faktycznie daje nam wolność wyboru miejsca i sposobu wykonywania zawodowych obowiązków. Druga to codzienny znój home office’u, spowodowany koniecznością łączenia ról: zawodowych, domowych, rodzicielskich etc.

Przed wirusem, po wirusie

To nie jest tak, że zanim wybuchła pandemia, temat telepracy nie istniał. Dowodem choćby wspomniana publikacja. Ale był to jednak temat raczej poboczny. W swoim raporcie za rok 2019 Międzynarodowa Organizacja Pracy szacowała, że na stałe z domu pracowało prawie 8 proc. globalnej siły roboczej. Czyli mniej więcej 260 milionów ludzi. W grupie tej znajdziemy zarówno wolne zawody i artystów z krajów rozwiniętych, jak i chałupników z Filipin czy Indonezji. Szacuje się, że w najbardziej podatnych na telepracę krajach zachodnich (USA, Francja, Szwecja) odsetek pracujących w ten sposób sięgał ok. 10 proc.

COVID-19 wszystko jednak poodwracał. Mamy już pierwsze szacunki na temat skali zjawiska (Berg, Bonnet i Soares albo Brenan). Wynika z nich, że w czasie pandemii procent telepracowników skoczył w krajach Europy i Ameryki Północnej do 40-70 proc. całej siły roboczej. Wzrost zjawiska jest więc bezprecedensowy.

Gumka kontra spinacz

Niektórzy twierdzą, że procesy ekonomiczne da się porównać do gumki recepturki. Gdy weźmiemy ją do rąk i zaczniemy napinać, to na moment przybierze inny kształt. Jeśli jednak gumkę puścimy, wróci do pierwotnego kształtu. Tak według niektórych jest z kryzysami ekonomicznymi. Przychodzą i zmieniają rzeczywistość. Ale potem następuje odbicie i wszystko wraca do normy.

Nie zgadzam się z takim stawianiem sprawy. Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie argumenty tych, którzy widzą podobieństwo procesów gospodarczych do… biurowego spinacza. Owszem, da się go bez trudu wygiąć. Ale jeśli go potem zostawimy na biurku, sam z siebie nie wróci do pierwotnego kształtu. Da się to zrobić, lecz trzeba zadać sobie sporo trudu, by znów był starym dobrym spinaczem.

Wygląda na to, że z pracą zdalną po pandemii będzie podobnie. Znany włoski ekonomista Tito Boeri szacuje, że w krajach zachodnich zjawisko telepracy nawet po powrocie do normalności nie wróci do owych przedkryzysowych 10 proc., lecz utrzyma się na poziomie 2-3 razy wyższym. Sięgając 20 albo i 30 proc.

Stanie się tak z kilku powodów.

Po pierwsze, wielu pracodawców w czasie kryzysu mocno w usprawnienie przymusowej telepracy zainwestowało. Unowocześniło sprzęt oraz infrastrukturę transferu danych. Pracownicy nauczyli się korzystać z narzędzi komunikacji zdalnej, a menadżerowie odkryli nowe możliwości, jakie daje zarządzanie zespołem na odległość. Z tych inwestycji trzeba będzie jakoś skorzystać.


Marek Rabij: Firmy w Polsce znów zaczynają zwalniać pracowników. To zła wiadomość – także dlatego, że przez ostatnie trzydzieści lat walkę z bezrobociem sprowadziliśmy do walki z bezrobotnymi.


 

Po drugie, okazało się, że faktycznie wiele prac da się wykonywać zdalnie. A skoro tak, to można ten proces wykorzystać do wygenerowania znaczących oszczędności w firmach. Zwłaszcza w kontekście nadchodzącego kryzysu. Amerykański ekonomista Richard Baldwin przewiduje, że będziemy świadkami otwarcia bram dla „telemigrantów”. To jakby druga faza globalnego procesu outsourcingu i offshoringu. To znaczy: po przypadającym na lata 90. i początek nowego stulecia przeniesieniu fizycznej produkcji do krajów, gdzie można produkować taniej, teraz przyszedł czas na przeniesienie tam… wszystkich prac podatnych na rewolucję telepracy. Zdaniem Baldwina COVID-19 przyspieszył tu bieg wydarzeń o (mniej więcej) dekadę i bardzo ułatwił sprawę zwolennikom takich rozwiązań. Łatwiej bowiem wpuścić „telemigrantów” do krwiobiegu gospodarki na miejsce zwalnianych właśnie (z powodu „obiektywnego” koronakryzysu) pracowników, niż zastępować nimi stopniowo przedstawicieli klasy średniej, budząc niezadowolenie i głośny opór tych ostatnich.

Po trzecie, wielu pracodawców bez wątpienia się w telepracy rozsmakuje. A to dlatego, że praca zdalna jest kolejnym krokiem w kierunku rozbicia (i tak w obecnych czasach niewielkiej) zdolności pracowników do kolektywnego działania w obronie swoich praw. Fizyczne oddalenie sprawia, że pracownicy są od siebie izolowani, a konieczne do współdziałania więzi zaufania prawdopodobnie się nie wykształcą. Wzrośnie za to przekonanie, że każdy stoi wobec pracodawcy sam jak palec. Wszelkie formy oporu (jak strajk czy choćby założenie związku zawodowego, którego głos będzie słyszalny) wydają się w takich warunkach o wiele trudniejszym wyzwaniem niż w klasycznym zakładzie, gdzie może dojść do spotkania na papierosie albo na parkingu przed biurem.

Nowy (nie)wspaniały świat

Prawdopodobnie zjawisko telepracy zostanie ludziom sprzedane jako kolejne wielkie osiągnięcie. Kamień milowy w odzyskiwaniu wolności i przywracaniu równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. W rzeczywistości będzie jednak odwrotnie. Dlaczego? Znów powodów jest kilka.

Po pierwsze, praca świadczona z domu powoduje jej rozlewanie się na inne dziedziny życia. Brak wyraźnie zarysowanych granic będzie w większości przypadków prowadził do wiecznego bycia w pracy. Już wcześniej praca wchodziła w przestrzeń domową poprzez rozpowszechnienie technologii komunikacyjnych: głównie smartfonów. W świecie telepracy wyłączenie smartfona będzie już nie tylko niemile widziane. Pojawi się wręcz oczekiwanie, że skoro mamy telepracę, to bycie w ciągłym stanie online jest obowiązkiem pracownika. Jeżeli już przed pandemią stara zasada 3x8 (osiem godzin pracy, osiem godzin odpoczynku, osiem godzin snu) nie była przestrzegana, to teraz nie będzie przestrzegana jeszcze bardziej.


Polecamy: "Woś się jeży" - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


 

Po drugie, ręka w rękę z upowszechnieniem pracy zdalnej szła będzie presja na dalsze uelastycznienie stosunków pracy. No bo skoro może być ona wykonywana z domu czy nawet z innego kraju (kontynentu), to przecież najbardziej naturalne byłoby świadczenie jej na zasadzie B2B (biznes dla biznesu). Pracownik będzie się więc coraz bardziej przekształcał w podwykonawcę zleceń, świadczącego usługi na zasadach umów elastycznych, czyli pozakodeksowych. Cały ten proces da się, niestety, wpisać w szerszy trend obalania przez współczesny kapitalizm zdobyczy XX-wiecznych świata pracy, takich jak 8-godzinny dzień pracy, kodeks zatrudnienia, prawo do urlopu czy godziwej płacy.

Po trzecie, będzie to wszystko prowadzić w kierunku stałego zwiększania intensywności pracy. To proste: im bardziej elastycznie (śmieciowo) zatrudniony pracownik (podwykonawca), tym bardziej musi on stale dbać o to, by być „atrakcyjnym” i „zatrudnialnym”. To życie w ciągłej gotowości i niepewności. Taki pracownik nie powinien myśleć o swoich prawach, tylko albo pracować, albo martwić się, że brak zleceń może oznaczać, iż nie jest już pracodawcy potrzebny. Nie ma siły, by ta niepewność (zwłaszcza że odbywa się w warunkach domowych) nie przelewała się na życie pozapracowe – jeśli takowe będzie jeszcze w ogóle istniało.

Skutki cywilizacyjne tych procesów będą oczywiście opłakane. Ale to już temat na zupełnie nową opowieść. O człowieku jako maszynie. Funkcjonującej w trybie ciągłej gotowości do włączenia. 24 godziny na dobę. 7 dni w tygodniu. 365 dni w roku.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Na czym więc polega alienacja pracy? Po pierwsze na tym, że praca jest dla robotnika czymś zewnętrznym, tzn. nie należy do jego istoty, że wobec tego robotnik nie potwierdza się w swojej pracy, lecz zaprzecza, nie czuje się zadowolony, lecz nieszczęśliwy, nie rozwija swobodnie energii fizycznej i duchowej, lecz umartwia swe ciało i rujnuje się duchowo. Robotnik czuje się zatem sobą dopiero poza pracą, a w procesie pracy nie czuje się sobą. Czuje się swobodnie, gdy nie pracuje, a gdy pracuje, czuje się skrępowany. Toteż praca jego nie jest dobrowolną, lecz narzuconą, jest pracą przymusową. Nie jest ona zaspokojeniem potrzeby pracy, lecz tylko środkiem do zaspokojenia potrzeb poza nią. Jej obcość uwidacznia się wyraźnie w tym, że gdy tylko nie ma przymusu fizycznego czy jakiegoś innego, człowiek ucieka od niej jak od zarazy. Praca zewnętrzna, praca, w której człowiek się alienuje, to składanie w ofierze siebie samego, umartwianie się. Wreszcie zewnętrzny w stosunku do robotnika charakter pracy uwidacznia się w tym, że nie jest ona jego własnością, lecz własnością kogoś innego, że do niego nie należy, że nie należy on w procesie pracy do samego siebie, lecz do kogoś innego. Podobnie jak w religii własna aktywność fantazji ludzkiej, ludzkiego mózgu i ludzkiego serca wywiera wpływ na jednostkę niezależnie od niej, tzn. jako siła obca, boska czy diabelska, tak i działalność robotnika nie jest jego własną działalnością. Należy do kogoś innego, jest utratą samego siebie. Dochodzi więc do tego, że człowiek (robotnik) odczuwa jako nieprzymuszone tylko swoje funkcje zwierzęce, jedzenie, picie i płodzenie, co najwyżej jeszcze mieszkanie, ubieranie się itd., i w swych funkcjach ludzkich czuje się tylko zwierzęciem. To, co zwierzęce, staje się ludzkie, a to, co ludzkie, zwierzęce. Koniec cytatu. Jeśli Pan Redaktor ma rację, to w postpandemicznej rzeczywistości nawet owo "co najwyżej" ulegnie alienacji. ぺ

Moi dziadkowie byli ciągle online: rano trzeba było wyprowadzić krowę na pastwisko, wieczorem przyprowadzić i wydoić. I tak przez 7 dni w tygodniu, bo bydlę nie zna co to niedziela ani tym bardziej weekend. Brak było też wyraźnych granic pomiędzy pracą a niepracą. Ich dzieci były, o zgrozo, od małego zmuszane do pracy w polu zamiast do 20 roku życia bawić się beztrosko smartfonem, by dopiero potem nagle zderzyć się z koniecznością świadczenia pracy zdalnej lub nie, co u osób nienawykłych rzeczywiście może wywoływać poczucie głębokiej niesprawiedliwości.

@jpdz w czwartek, 04.06.2020, 17:58. Jeśli nie byli chłopami pańszczyźnianymi (co jest mało prawdopodobne) ani najemnymi parobkami, to pracowali na swoim jako właściciele środków produkcji, a po części - na dawnej polskiej wsi po znacznej części - konsumenci produktu własnej pracy. To jest zasadniczo odmienna sytuacja mimo podobnego stopnia zapracowania i obiektywnie niezbyt imponującego rezultatu codziennej krzątaniny.

Zanim na dobre osiadł na wsi, tenże dziadek, będąc z wyuczonego fachu ślusarzem, zaliczył kilkuletni epizod pracy w fabryce Bormann, Schwede i S-ka na słynnej skądinąd ulicy Srebrnej 16 w Warszawie. Z tej jakoby alienującej pracy pozostało mu na resztę życia nostalgiczne wspomnienie nie tylko godziwej dniówki, ale także możliwości obcowania z najnowocześniejszą na owe czasy techniką, żeby nie powiedzieć duma z bycia niegdyś cząstką wyrafinowanej przemysłowej machiny. Jednak przyszła recesja i trzeba było wrócić na wieś, by znowu bez alienacji krzątać się na swoim.

@jpdz w niedziela, 07.06.2020, 16:21. Otóż to! Przyszła recesja i skończyła się godziwa dniówka (wszak nie na tyle godziwa, żeby pozostało z niej coś poza wspomnieniem), a poczucie dumy zmieniło się w nostalgię. Tak Bormann & Schwede poradzili sobie z recesją, pozbywając się fachowca jak niepotrzebnej już cząstki wyrafinowanej maszyny. Mówię: poradzili sobie, ponieważ zachowali fabrykę i prawdopodobnie nie zmienili lajfstajlu w przeciwieństwie do dziadka. Dobrze, że szanowny antenat miał gdzie wrócić i nie ostał się jako ten wolny najmita ("Czegóż on stoi? Wszak wolny jak ptacy? / Chce - niechaj żyje, a chce - niech umiera! / Czy się utopi, czy chwyci się pracy, / Nikt się nie spiera..."). Tu rzeczywiście można powiedzieć - nic nowego pod słońcem. Na LinkedIn pojawiło się niemało wczorajszych świetnych fachowców, godziwie opłacanych i dumnych z bycia cząstką międzynarodowej kultury korporacyjnej, z kartami Multisport, abonamentem w Luxmedzie, imprezami integracyjnymi i sushi w Sushi Zushi. Wielu z nich zwolniły firmy, które na pandemii nie straciły, ale jeśli można pozbyć się pracownika zatrudnionego w szczycie cen siły roboczej i na jego miejsce zatrudnić równie dobrego, a dwa razy tańszego oraz szczęśliwego, że udało mu się z głębokiej wody szybko dostać na tratwę, to - czemu nie? Bez zaprzątania sobie głowy dylematem, jak wynegocjować ze starym pracownikiem obniżkę bez jednoczesnego obniżenia jego morale. Nie jest to oczywiście jakaś żelazna reguła, a jedna z możliwych strategii. Nic nowego, powiadam, i można podejść do tego fatalistycznie: ot, taka jest natura bytu społecznego. Red. Woś sądzi przeciwnie - że się coś zmienia i znów, niestety, na gorsze. Cytowany przeze mnie klasyk zauważał to samo zjawisko: siły wytwórcze rosną niepomiernie, a ludzie coraz bardziej zagonieni. Nie powiedzielibyśmy chyba jednak, że od 1844 roku, czy tam wcześniej, od czasów rewolucji przemysłowej, jest z kryzysu na kryzys gorzej? To znaczy, takie myślenie jest nawet całkiem popularne, ale przeważnie to "gorzej" odnosi się do utraconej bliskości społecznej, kontaktu z naturą, prostoty, a zarazem głębi przeżyć duchowych itp. Chyba mało kto myśli o tym w kategoriach czysto ekonomicznych. Powiedziałbym, że kapitalizm nie inaczej niż socjalizm rozwiązuje problemy nieznane innym ustrojom, tyle że bez porównania lepiej, a w każdym razie z większym wdziękiem. ツ Ale to osobny temat.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]