Reklama

Jak rozwiązałem Układ

Jak rozwiązałem Układ

28.03.2007
Czyta się kilka minut
Dzisiaj już wielu ludzi, zwłaszcza młodszych, nie wie, co to był Układ Warszawski. Jest to dla nich jedno z wielu zjawisk historycznych i być może są tacy, którzy uważają, że ten pakt przestał istnieć automatycznie, sam z siebie, dzięki procesom dziejowym.
T

Tak jednak nie było. Trzeba go było zlikwidować i wcale nie było to proste. W naszych krajach stacjonowały wojska radzieckie; nasze sztaby generalne były w sumie tylko filiami dowództwa radzieckiego i wysuniętymi placówkami radzieckiego wywiadu wojskowego; od dziesięcioleci powszechnie i systematycznie wbijano ludziom w głowy niepodważalny dogmat o życiowej konieczności takiego sojuszu.

Mogliśmy chcieć i mieć wolne wybory, mogliśmy wymazać kierowniczą rolę partii komunistycznej, mogliśmy dążyć do wolności słowa i gospodarki rynkowej, ale pomysł zlikwidowania Układu Warszawskiego - tego filaru radzieckiej hegemonii - nawet radykałom wydawał się zbyt niebezpieczny. Gorbaczowowi z pewnością nawet we śnie nie przyszło do głowy, że ktoś mógł czegoś takiego chcieć. Kiedy w końcu zaczęło się o tym mówić, musiała to być dla niego piekielnie trudna sytuacja: zbrojnie już nie mógł interweniować, bo byłby to śmiertelny cios dla całej jego pierestrojki, a z drugiej strony musiał mieć świadomość, że likwidacja tego paktu musi skończyć się rozpadem samego Związku Radzieckiego. Początkowo mówiliśmy więc o nowej, ogólnoeuropejskiej strukturze bezpieczeństwa, w której Układ Warszawski mógłby się bez wstydu znaleźć, a potem proponowaliśmy likwidację jego struktur wojskowych z powodu nowej sytuacji międzynarodowej, przy jednoczesnym zachowaniu struktur politycznych, co oznaczałoby całkowicie symboliczne istnienie.

Pomysł zupełnego rozwiązania Układu Warszawskiego pojawił się dopiero po kilku miesiącach, na samym końcu tego łańcucha. Dziś już trudno komuś wytłumaczyć, jak ryzykowne były te wszystkie manewry i wybiegi, a jednocześnie jak bardzo były one konieczne - nie tylko ze względu na kwestie władzy, ale także oczekiwania opinii społecznej. No i również stan naszych własnych myśli: wszyscy wiedzieliśmy, że Układ Warszawski musi zniknąć, ale początkowo nikt dokładnie nie wiedział, jak się go pozbyć.

Przypominam sobie, że najpierw mieliśmy trochę problemów z Węgrami: oni nie chcieli likwidować Układu Warszawskiego, bo mieli zamiar z całą pompą z niego wystąpić, co nie byłoby możliwe, gdyby Układ przestał istnieć. Takie podejście miało swe historyczne przyczyny: przeczuwali, jak wielkie symboliczne znaczenie miałby dla narodu węgierskiego fakt, że Węgry zrobiłyby teraz to, co próbowały uczynić w 1956 r. i co zostało utopione we krwi. Pamiętam, że podczas jednego szczytu Układu w Moskwie, z Polakami i Niemcami Wschodnimi tak długo w nocy w hotelu przekonywaliśmy Węgrów, aż ostatecznie się do nas przyłączyli. Wszystko to kosztowało nas wiele wysiłków, nie było wcale proste, zwłaszcza dlatego, że wojska radzieckie bardzo powoli i niechętnie od nas wychodziły, ale ostatecznie się udało.

Tę chwilę, kiedy latem 1991 r. - jako reprezentant kraju, który wtedy przewodniczył Układowi - na zakończenie ostatniego szczytu uroczyście oznajmiałem światu, że ten pakt właśnie przestał istnieć, uważam za jeden z najbardziej szczególnych momentów mojego życia. Stało się to w dodatku w Pradze - mieście, które zaledwie 23 lata wcześniej zostało zaatakowane właśnie przez Układ Warszawski. Jako dawny, bardzo szykanowany i dość śmieszny szeregowiec wojsk saperskich - sowieckiej formacji tradycyjnie służącej do gnębienia wrogów klasowych - naprawdę musiałem się czuć dość absurdalnie w roli likwidatora jednego z dwóch najpotężniejszych sojuszy świata. Gorbaczow na ten samolikwidacyjny szczyt nie przyjechał, zastępował go tu Janajew - jakiś smutny pijak z Dostojewskiego - który jak widać miał słabsze nerwy od Gorbaczowa, bo w trzy tygodnie później próbował w Moskwie dokonać puczu. W ten sposób definitywnie pogrzebał Związek Radziecki, który naprawdę nie mógł zbyt długo przeżyć końca Układu Warszawskiego.

Dzięki likwidacji tego paktu, dziś już całkiem zapomnianemu faktowi historycznemu, ostatecznie zniknął dwubiegunowy podział świata i nasza cywilizacja mozolnie zaczęła poszukiwać nowego i lepszego rozwiązania. Którego, trzeba dodać, do tej pory nie znalazła. I nie znajdzie dopóty, dopóki polityczni administratorzy będą mieli przewagę nad marzycielami.

VÁCLAV HAVEL jest pisarzem. Przed 1989 r. był najsłynniejszym czeskim opozycjonistą. W 1989 r. stanął na czele Aksamitnej Rewolucji, która obaliła komunizm w Czechosłowacji. 1989-1992 prezydent Czechosło-wacji, 1993-2003 prezydent Czech. Tekst jest fragmentem książki Havla pt. "Tylko krótko, proszę", w tłumaczeniu Andrzeja Jagodzińskiego. Książka jest przygotowywana do druku przez wydawnictwo "Znak", ukaże się we wrześniu 2007 r.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]