Reklama

Tęsknota za Nowosielskim

Tęsknota za Nowosielskim

25.04.2004
Czyta się kilka minut
Ks. Alfred Wierzbicki nie ma wątpliwości: tandeta w kościele może być gorsza niż herezja. - Herezję rozumie niewiele osób, a tandeta wypacza smak masowo - twierdzi prorektor lubelskiego Seminarium Duchownego. Takie opinie, choć nie odosobnione, rzadko przekładają się jednak na wystrój polskich świątyń.
Wnętrze kościoła Opatrzności Bożej w Wesołej (Fot. Marcin Czechowicz)
D

Dlaczego tak się dzieje? - W kościele powinny znajdować się dzieła wybitne, inaczej nie będziemy w porządku wobec charakteru budowli - mówi prof. Gustaw Zemła, którego rzeźby stoją w wielu polskich świątyniach. - Problem w tym, że nie ma definicji wybitności, zaś wśród księży znawcy sztuki to wyjątki. W dodatku dzieło wymaga zazwyczaj szlachetnego materiału i wkładu pracy, więc jest drogie. Kto nie ma pieniędzy, kupuje gipsową Matkę Boską. Oczywiście nie ma reguł: za duże pieniądze można kupić duży kicz.

Kolektywne potworki

W Zakopanem wystrój sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej podzielił lokalną społeczność. Jedni są dumni z “góralskiego baroku" i witraży przedstawiających np. niedawnego burmistrza Adama Bachledę Curusia albo proboszcza ks. Mirosława Drozdka, inni nie kryją zgorszenia.

- Znam kilka wnętrz kościołów zaprojektowanych przez artystów, a zepsutych potem przez proboszczów - opowiada ksiądz z diecezji łowickiej. - Nie podobały się im obrazy, więc ustawili świątki, na podłodze zmienili mozaikę na marmur, co się dało - pozłocili. My, księża, czasem uważamy, że jesteśmy genialni w każdej dziedzinie. A brakuje nam nie tylko wykształcenia plastycznego, ale czasami zwykłego dobrego smaku.

W ten sposób świątynie obrastają w wizerunki “modnych" świętych (ojca Pio, siostry Faustyny) albo w wątpliwej jakości portrety Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego. Jednak wina za taki stan rzeczy nie leży tylko po stronie księży. Jeden z warszawskich proboszczów skarży się na presję parafian: - Kółko różańcowe chce ufundować jakiś obraz, grupa pań domaga się w kościele figury Matki Bożej Fatimskiej. Mówią, że skoro jest taka w sąsiedniej parafii, musi być i u nas.

- Zgłaszają się pseudotwórcy, którzy proponują swoje “dzieła", parafianie przynoszą kwiaty doniczkowe, bo wyrosły i nie mieszczą się w mieszkaniu - wylicza ks. Andrzej Kwaśnik, proboszcz parafii Zesłania Ducha Świętego w Starej Iwicznej. - Trzeba mieć odwagę, żeby powiedzieć, że te dary nie pasują do kościoła, ale np. przydadzą się w salach katechetycznych. Z drugiej strony mamy w kościele zabytkową ambonę, wyrzuconą z innej świątyni po reformie liturgicznej. Ktoś wylał dziecko z kąpielą.

- Kiedy byłem wikarym, w kościele miał się pojawić nowy obraz - wspomina ks. Henryk Pyka, historyk sztuki i dyrektor Muzeum Archidiecezjalnego w Katowicach. - Ówczesny proboszcz konsultował się nie tylko z radą parafialną, ale z ogółem wiernych. W gablotach wywieszono projekty obrazu, a parafianie mogli wyrażać opinie. Przecież wierni, modląc się, powinni się w tym miejscu dobrze czuć.

Jak jednak, zgadzając się na “artystyczną demokrację", nie prowadzić do powstawania - jak mówi ks. Wierzbicki - “kolektywnych potworków"? Ks. Adam Lewandowski po prostu nie zgadza się na wprowadzanie do lubelskiej katedry papierowych czy styropianowych dekoracji. Ks. Jerzy Ważny, proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Lublinie uważa, że z młodzieżą nie ma problemu: ona rozumie sztukę współczesną. Starszym natomiast stara się ją tłumaczyć. - Nie mam wątpliwości: ludzie zaakceptują dobrą sztukę, nawet jeśli jest trudna.

Ks. Ważny jest proboszczem u św. Andrzeja Boboli od ponad 20 lat. Od początku współpracuje z artystami. Dziś jest zdania, że w jego kościele tradycyjny Grób Pański - z papierem udającym skały - wzbudziłby nie tylko zdziwienie, ale i niesmak.

Podobnie myśli ks. Władysław Kolorz, proboszcz jednej z katowickich parafii, na której terenie znajdują się dwie świątynie: drewniany kościół św. Michała i świątynia Matki Kościoła Niepokalanej Jutrzenki Wolności. Tę ostatnią przed dwoma laty wyróżniono nagrodą dla Najlepszego Obiektu Architektonicznego Katowic. Wnętrze jest kameralne, ale przestrzenne (mieści dwa tysiące wiernych), z dużą ilością światła i koloru. Stacje Drogi Krzyżowej zaprojektowali Joanna i Roman Kalarusowie. Dominują na nich twarze: Chrystusa, Matki Bożej, Szymona, Piłata czy Weroniki. “W trakcie powstawania Drogi przyjęliśmy zasadę kadrowania - pisali Kalarusowie w kwartalniku “Sztuka Sakralna". - Użycie tej formuły fotograficznego cięcia, takiej stop-klatki pozwoliło, by na pierwszym planie niekoniecznie znalazły się rzeczy najważniejsze. Trzeba wpatrzeć się w tę Drogę Krzyżową, by ją dobrze przeżyć".

Okazało się, że parafianie przyjęli projekt bardzo dobrze. - Te stacje są inne, ale właśnie o to mi chodziło - tłumaczy ks. Kolorz. - Dla mnie ma znaczenie, w jakim wnętrzu odprawiam Mszę. Jak jest brzydko, bardzo trudno o sacrum.

- Wnętrze kościelne kształtuje przecież pewne postawy - mówi ks. Pyka. - Jeśli postawimy na kicz, może się okazać, że i nasza wiara będzie kiczowata, bez głębi. A to m.in. sztuka ma do tej głębi zapraszać. Kicz w pewien sposób uwalnia nas od myślenia. Niestety, wielu księży aranżując wnętrze, próbuje “mówić" właśnie językiem kiczu. Oczywiście, ludzie go rozumieją. Ale przecież nie można im we wszystkim ulegać. Trzeba ich podnosić duchowo, wychowywać do pewnej kultury - to jeden z obowiązków proboszcza.

Ks. Pyka ma swoje ulubione budynki sakralne. Wymienia wspomniany już kościół Niepokalanej Jutrzenki i kościół św. Ducha w Nowych Tychach, z polichromiami Jerzego Nowosielskiego. - To dowody, że budując nowe świątynie można i warto ryzykować.

Takie kościoły to jednak wyjątki pośród setek świątyń powstałych w ostatnim ćwierćwieczu. - Niestety większość to artystyczna słabizna - mówi ks. Alfred Wierzbicki. - Prawie zaniknęli architekci znający się na budownictwie sakralnym - wtóruje ks. Piotr Nowak z lubelskiej Kurii.

Kilka lat temu czytelnicy lubelskiej “Gazety Wyborczej" nadsyłali do redakcji zdjęcia “koszmarków" architektonicznych. Była wśród nich fotografia jednego z nowych kościołów. Wśród mieszkańców miasta krąży mocno wulgarne określenie tej budowli. Ks. Nowak je słyszał. Inny nasz rozmówca, konserwator zabytków, o nowych świątyniach mówi “silosy modlitewne".

Nieco lepiej sytuację widzi prof. Jan Wiktor Sienkiewicz, historyk sztuki z KUL. - Wiele nowych kościołów ma ciekawą bryłę. Problem raczej w braku oprawy plastycznej i właściwego wyposażenia. Do rzadkości należą projekty, w których jednorodny klimat wnętrza współtworzą specjalnie do niego zaprojektowane witraże, polichromie, dekoracje rzeźbiarskie czy mozaiki.

Konsekwentny w komponowaniu wystroju jest o. Kazimierz Wójt, proboszcz wybudowanego pod koniec lat 80. warszawskiego kościoła św. Szczepana. - Na wystawie w duszpasterstwie twórców zobaczyliśmy Drogę Krzyżową profesora Zemły. Szymon Cyrenejczyk ma w niej twarz Brata Alberta, Weronika - Matki Teresy, autor dzieła występuje jako Piłat. Teraz profesor robi dla nas płaskorzeźbę na drzwi tabernakulum. Przepiękna figura Matki Bożej kosztuje 30 tys. zł i na razie jest w sferze marzeń. Wybieramy Zemłę, bo czuje sacrum, ale przede wszystkim chcielibyśmy utrzymać wystrój wnętrza w jednym stylu.

Według prof. Sienkiewicza dobrym przykładem i nadzieją na odwrócenie niebezpiecznych trendów jest bazylika Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. - To może być punkt zwrotny w polskiej sztuce sakralnej, impuls do podjęcia na szerszą skalę prób odrobienia strat.

Kolejny nasz rozmówca, historyk i krytyk sztuki, jest odmiennego zdania: - Udane wnętrze Łagiewnik to zdecydowanie za mało. Proszę pamiętać o skandalu wokół konkursu na projekt Świątyni Opatrzności Bożej. Arcyciekawa wizja prof. Marka Budzyńskiego, zaakceptowana już przez Prymasa, została w mocno dwuznacznych okolicznościach zastąpiona bezpiecznym banałem. To nie zachęca twórców do rozwijania skrzydeł. Inna rzecz, że ponoć na budowę Świątyni i tak brakuje środków...

Niewielu bowiem inwestorów kościelnych jest w tak komfortowej sytuacji jak ks. Henryk Jankowski, proboszcz gdańskiej św. Brygidy, w której powstaje gigantyczny ołtarz bursztynowy (120 metrów kwadratowych powierzchni). Kontrowersyjny prałat mówi, że nie musi się martwić o pieniądze, bo ludzie chętnie dają. Wierzy także, że ołtarz stanie się turystyczną atrakcją: już teraz ludzie pytają nie o kościół św. Brygidy, tylko gdzie jest ołtarz z bursztynu.

Przepisy swoje, życie swoje

W marcu 2003 r. abp Józef Życiński wydał dekret: “Mając na uwadze troskę w zakresie estetyki wnętrz w obiektach sakralnych Archidiecezji Lubelskiej zarządzam, aby każdy proboszcz, administrator parafii, rektor kościoła, który zamierza dokonać zmian w wystroju wnętrza świątyni lub kaplicy, zgłosił swój projekt do Archidiecezjalnej Komisji Artystycznej. (...) Ewentualnych zmian będzie można dokonać dopiero po pozytywnym pisemnym zaopiniowaniu przez komisję".

- Mamy wiele dokumentów mówiących, jak pięknie budować i ozdabiać kościoły: zarządzenia Komisji Episkopatu ds. Sztuki Kościelnej, dokumenty liturgiczne Soboru Watykańskiego II, Kodeks Prawa Kanonicznego. Prawo jest dobre, trzeba życzyć sobie, by było przestrzegane - mówi jeden z ekspertów, ksiądz wykładający historię sztuki w zakonnym seminarium.

W Archidiecezji Katowickiej za sprawy budynków kościelnych, ich zabezpieczenie i inwentaryzację odpowiadają dwie współpracujące ze sobą instytucje: Muzeum Archidiecezjalne oraz Komisja Sztuki Sakralnej. - W Komisji - mówi ks. Pyka - opiniujemy np. modernizację albo tworzenie nowych wnętrz kościelnych, oceniamy propozycje proboszczów, przyglądamy się projektom składanym przez artystę. Ostateczną decyzję podejmuje Arcybiskup, który jednak liczy się z naszymi opiniami.

Podobne instytucje działają także w innych miejscach kraju. W ich skład wchodzą zazwyczaj architekci, malarze, rzeźbiarze, historycy sztuki, konserwatorzy i “księża-praktycy". W Warszawie Komisja Architektoniczno-Artystyczna przy Kurii Metropolitalnej może służyć proboszczom radą, jednak księża nie mają obowiązku zwracania się do niej. Przez Komisję przechodzą projekty nowych świątyń (i ich wnętrz), zawierające jednak najczęściej jedynie bardzo ogólne założenia.

- Ponieważ wykańczanie wnętrz kościołów trwa latami, zdarza się, że kolejny proboszcz zmienia plany poprzednika - mówi kierownik Komisji dr Janusz Stępkowski. - Trzeba też pamiętać, że najczęściej wystrój wykonuje się fragmentami - gdy parafia zgromadzi odpowiednie środki. Wskazane jest, by zmiany projektów też przechodziły przez nasze ręce, ale w praktyce dzieje się to rzadko. Często proboszczowie zgłaszają się dopiero wtedy, gdy wejdą w konflikt z twórcą. W takich przypadkach wydajemy opinię, którą przekazujemy biskupowi odpowiedzialnemu za budowę kościołów w diecezji (w Warszawie jest to bp Marian Duś). Decyzja biskupa jest ostateczna.

Nasi rozmówcy z kręgów artystycznych skarżą się przede wszystkim na niedostateczne wykształcenie i słaby “słuch artystyczny" kapłanów. Studenci Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu mają na pierwszym roku wykłady i ćwiczenia z historii sztuki, na trzecim lub czwartym roku wykłady i ćwiczenia z ochrony zabytków, a na szóstym jeszcze przez jeden semestr zajęcia z zagadnień konserwatorskich. To dużo. W Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Lublinie wykład z historii sztuki i ćwiczenia z konserwacji zabytków są dopiero na szóstym roku.

Prof. Urszula Mazurczak, historyk sztuki z KUL, wykładająca także w seminarium, uważa, że program nauczania jest dobry. Gorzej z praktyką: alumni zabierają się za historię sztuki na krótko przed dyplomem i święceniami. Siłą rzeczy nie poświęcają jej zbyt wiele czasu. Prof. Mazurczak dodaje, że dla wielu kleryków pochodzących z niewielkich miejscowości Lubelszczyzny seminarium jest miejscem pierwszego kontaktu z kulturą wysoką. - Czas na historię sztuki w seminarium pozwalał jedynie na zebranie informacji, nie na zdobycie wiedzy - wspomina ks. Pyka.

Zakład sztuki kościelnej

W Piekarach Śląskich, niedaleko tamtejszej bazyliki, Barbara Schaefer-Kobyłczyk prowadzi Zakład Sztuki Kościelnej. Firma istnieje od ponad 100 lat. Odlewa się tu “święte figury" dla kościołów, na cmentarze czy place przykościelne. Warsztat mieści się przy głównej ulicy, rzeźby stoją na podwórku. Bywa, że idący do bazyliki pielgrzymi zatrzymują się. Nieczęsto zdarza się stanąć twarzą w twarz ze św. Wojciechem.

Figury (obecnie w ofercie jest ok. 250 modeli) odlewa się ręcznie. Proces ich produkcji trwa nawet kilka miesięcy. Zaczyna się od wybrania modelu, potem tworzy się specjalne osłony gipsowe i formę, wreszcie odlew - z mączki marmurowej i cementu lub (jeśli rzeźba ma trafić do kościelnego wnętrza) z utwardzonego gipsu. Odlaną figurę trzeba wysuszyć, jeśli trzeba - zretuszować, wyszlifować i na koniec pomalować.

Z zamówieniami, zwłaszcza ostatnio, bywa różnie. - Nie da się ukryć: parafie nie mają pieniędzy - mówi Barbara Schaefer. Ile trzeba zapłacić? Wszystko zależy od wielkości i modelu. Duża, dwumetrowa figura to wydatek ok. 5 tysięcy zł, ale są mniejsze, tańsze.

Zakład nie ma modeli wszystkich świętych, więc żeby zrealizować zamówienie specjalne, trzeba poprawiać matrycę. - Zdarza się również, że w danym modelu zmieniamy nieco szaty świętego (muszą być dostosowane do epoki), dodajemy coś na głowę lub wyjmujemy z ręki krzyż - opowiada właścicielka. Oczywiście “zamiany" są niemożliwe przy odlewaniu postaci, których rysy twarzy są znane, jak choćby w przypadku św. Maksymiliana Kolbe czy ojca Pio.

Barbara Schaefer od lat obserwuje wahania kościelnej mody. - Na początku lat 80. mieliśmy dużo zamówień na św. Barbarę i św. Floriana. Teraz z kolei często zamawiany jest Chrystus Miłosierny.

O modzie opowiada również Ireneusz Franusik z Nakła, od kilkunastu lat prowadzący zakład wytwarzający i odnawiający kościelne witraże. U niego wyjątkowo popularna jest ostatnio Matka Teresa.

Ale “zakłady sztuki kościelnej" oferują nie tylko rzeźby czy witraże. Także np. kielichy, monstrancje i ornaty. - Dominuje galanteria, konfekcja - skarży się jeden z klientów. - Są specjalne katalogi, a jak są katalogi, jest i komercja. A jak jest komercja, to i sztampa, produkcja seryjna.

Kłopot z zabytkiem

- Zaczęło się od nagrobka Władysława Hasiora na Pęksowym Brzyzku - wspomina ks. Stanisław Olszówka, proboszcz parafii Najświętszej Rodziny z zakopiańskich Krupówek (pod jego opieką znajduje się stary drewniany kościółek przy ul. Kościeliskiej; wraz z cmentarzem na Pęksowym Brzyzku i kaplicą św. Andrzeja najcenniejszy zespół zabytkowy Zakopanego). - Przyjechała przedstawicielka konserwatora wojewódzkiego z Krakowa, aby zatwierdzić projekt, poszliśmy na cmentarz zrobić wizję lokalną. Wracamy, przechodzimy obok starego kościoła, i wtedy przyszło mi do głowy, aby pokazać jej przegniłe deski na ścianach. Efekt był taki, że załatwiła prawie 200 tys. zł na ratowanie kościółka. Drugie tyle uzbierali parafianie.

Projekt renowacji wykonał zakopiański architekt Jan Karpiel Bułecka. Prace nadzorował zarówno konserwator wojewódzki, jak i kuria krakowska. - Były dyskusje, ale zawsze udawało się dojść do porozumienia - opowiada ks. Olszówka. Poczerniałe ze starości gonty na dachu i deski na ścianach kościoła zastąpiono nowym, białym drewnem. - Konserwator upierał się, aby je przyciemnić, żeby wyglądało jak stare - mówi ks. proboszcz. - Jasiek Karpiel i ja byliśmy przeciwni. W końcu architekt przekonał konserwatorów, że lepiej, żeby drewno samo pociemniało.

Nie wszystkie drewniane kościoły mają tyle szczęścia. W niektórych parafiach po wybudowaniu nowego kościoła stary poszedł w zapomnienie. Z pejzażu Zakopanego zniknął XIX-wieczny kościółek przy ul. Chramcówki. Gdy w parafii Miłosierdzia Bożego zbudowano nowy kościół, stary rozebrano. Belki ponumerowano, aby całość poskładać jako kaplicę na nowym cmentarzu w dzielnicy Pardałówka. Ale i tam stanęła murowana kaplica. Belki kościółka, niechcianego przez żadną parafię, gniją pod plandeką na błotnistym placu.

Ks. Marek Kaiser jest proboszczem na historycznym Wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu. Jego kościół należy do najcenniejszych w mieście - gotycki, z renesansowym frontonem i drewnianą dzwonnicą. Przed pięcioma laty rozpoczął się tu remont. - Ja przedstawiam dokumentację, a miejski konserwator musi ją zatwierdzić - proboszcz tłumaczy zasady renowacji zabytkowej świątyni. - To on ma ostatnie słowo w sprawie wprowadzenia do kościoła nowych elementów, np. obrazów czy rzeźb. No i muszę korzystać z ekip, które mają uprawnienia do prowadzenia prac konserwatorskich.

- Tu nie może być żadnych odstępstw, bo to obowiązek, który nakłada na proboszcza ustawa o ochronie zabytków - mówi Jacek Owczarek, konserwator wojewódzki w Katowicach (na podległym mu terenie znajduje się siedem diecezji). - Największe przekleństwo to praca amatorów, którym wydaje się, że potrafią zabytek zabezpieczyć, a tymczasem niszczą go bezpowrotnie.

W zasadzie wszyscy nasi rozmówcy opiekujący się zabytkowymi świątyniami zgadzają się z ks. Olszówką: współpraca z konserwatorami układa się bardzo dobrze. Ks. Kaiser wspomina, że pani konserwator z własnej inicjatywy wynalazła dodatkowe pieniądze na renowację sarkofagu Karola Marcinkowskiego i XVI-wiecznej chrzcielnicy. Nieco bardziej sceptyczni są konserwatorzy. Opowiadają o ołtarzu polowym, ustawionym samowolnie koło zabytkowego kościoła (trzeba było usunąć). O kostce brukowej, położonej na parafialnym dziedzińcu (już chyba zostanie, niestety). O reklamie na zabytkowej dzwonnicy (usunięta). Zdarzały się też przypadki samowoli konserwatorskiej proboszczów. Ks. Pyka opowiada o proboszczu, który zamalował farbą emulsyjną renesansowe epitafia. Gdzie indziej niszczono zabytkowe polichromie albo, co gorsza, skuwano tynk. Za takie postępowanie proboszcz jednej ze śląskich parafii stanął przed sądem. Proces w toku.

- Zdumiewa mnie nonszalancja w podejściu do zabytków - mówi ks. Pyka. - Stosunek do nich to przecież stosunek do własnej tradycji, a tym samym tożsamości.

- Proboszcz to ktoś w rodzaju kustosza - przypomina Jacek Owczarek. - Do jego obowiązków należy troska o dany obiekt. Ale żeby dbać, musi mieć wiedzę.

Troska o obiekt to także zabezpieczenie przed złodziejami. Stary zakopiański kościółek przy Kościeliskiej jest otwarty dla zwiedzających do zmroku. Przez pewien czas go zamykano - po tym, jak ktoś wyniósł kilka starych rzeźb. Później proboszcz zamontował kamery. Mimo ich obecności, w styczniu ktoś ukradł zegar. Kamera zarejestrowała kradzież, taśma jest na policji, ale złodzieja nie rozpoznano.

Oprócz kamer w kościółku zainstalowano elektroniczny system antywłamaniowy (ufundowany przez Związek Podhalan) oraz system przeciwpożarowy. Z tym ostatnim trzeba jednak uważać. - Kiedyś przy adoracji ksiądz przesadził z kadzidłem i wszystko zaczęło wyć - wspomina proboszcz.

- Przedmioty, których proboszczowie nie są w stanie zabezpieczyć, winny trafić do Muzeum Archidiecezjalnego - mówi ks. Adam Lewandowski, proboszcz parafii archikatedralnej w Lublinie, a zarazem przewodniczący Archidecezjalnej Rady ds. Dóbr Kultury.

Jeżeli idzie o bezpieczeństwo zabytkowych świątyń, sytuacja powoli się zmienia, choć włamania i kradzieże (często na zamówienie), to wciąż polska plaga. - Od kilku lat kieruję komisją, w skład której wchodzą m.in. konserwatorzy diecezjalni i policjanci z komendy wojewódzkiej - mówi Jacek Owczarek. - Spotykamy się regularnie, często wyjeżdżamy, sprawdzając zabezpieczenia kościołów.

Coraz więcej parafii ma alarmy, umowy z firmami ochroniarskimi (w miastach), czasem nawet wynajętych strażników. To wszystko kosztuje - podobnie jak ubezpieczenie (w minionym tygodniu, przy okazji podpisania umowy ubezpieczeniowej między Konferencją Episkopatu a PZU, okazało się, że do tej pory dwa tysiące parafii, czyli ok. 20 proc., nie było objętych żadną formą ubezpieczenia). Mimo to proboszczowie rzadko decydują się na wprowadzenie opłat za zwiedzanie zabytkowej świątyni. Częściej można spotkać okolicznościowe wydawnictwa oraz pocztówki (więcej o zabytkowych świątyniach - patrz “ramki" w tekście).

Najmłodszy zabytek

Neoromański kościół Opatrzności Bożej powstał w Wesołej tuż przed wojną. Fundator - miłośnik rzymskich zabytków Emanuel Bułhak - chciał, żeby świątynia przypominała budowlę wczesnochrześcijańską. Kolejni proboszczowie zepsuli jej wnętrze, dobudowując np. betonowy chór. Kiedy opiekę nad parafią przejął ks. Stefan Wysocki, postanowił nawiązać do planów fundatora. Ogłosił konkurs na wystrój, ale żadna z kilkunastu propozycji go nie zadowoliła. Wreszcie ktoś poradził mu, by zwrócił się do Jerzego Nowosielskiego. Ten najpierw się wzbraniał, bo jego dzieła bywały już skuwane ze ścian kościelnych, ale potem zgodził się przyjechać. - Chodził, patrzył, mierzył krokami, aż wreszcie powiedział: “Księże proboszczu, mnie ta architektura leży" - wspomina ks. Wysocki spotkanie sprzed blisko 30 lat.

Nowosielski nie malował poszczególnych obrazów, ale przedstawił proboszczowi projekt całego obiektu, z witrażami, żyrandolami i posadzką. - Gdyby nie było nieszczęsnego chóru na tylnej ścianie, zgodnie z tradycją powstałoby na niej malowidło z Sądem Ostatecznym... - mówi emerytowany dziś kapłan.

Najpierw powstały polichromie w absydzie. U góry artysta namalował wizerunek modlącej się Matki Bożej, niżej - na czerwonym, szokującym początkowo parafian tle - orszak świętych. Przy wejściu do kościoła - sceny z życia Matki Bożej: Zwiastowanie, Narodziny, Ucieczkę do Egiptu. Na bocznych ścianach - malowane na deskach stacje Drogi Krzyżowej.

Proboszcz pamięta, że malowidło w prezbiterium nie bardzo mu się podobało: Matka Boża z dzieciątkiem na ręku, z boku krzyż. - Powiedziałem wtedy profesorowi, że może by jakoś inaczej, że może by tak Matka Boża trzymała ten krzyż. Nie odpowiedział, ale następnego dnia przy śniadaniu pokazał mi zmienioną makietę. Maryja wznosi ręce do modlitwy, a układ krzyża w prezbiterium sprawia wrażenie, jakby trzymała go w rękach.

Proboszcz opowiada, jak kiedyś Wesołą odwiedził bp Władysław Miziołek. Po obejrzeniu kościoła wziął go pod rękę i z życzliwością powiedział: “Zrobił ksiądz tu ładną cerkiewkę". Prace Nowosielskiego nie wszystkim się podobały, nie wszyscy od razu zrozumieli ich przesłanie. Malarz tłumaczył parafianom sens dzieła. Akceptacja przyszła z czasem.

W 2000 r. ks. Wysocki wystąpił o wpisanie wystroju kościoła w rejestr zabytków. Chodziło przede wszystkim o to, by uchronić dzieło Nowosielskiego przed nieprzemyślanymi ingerencjami. Nowy proboszcz parafii już powiesił po bokach ołtarza kopie obrazów Matki Boskiej Częstochowskiej i Jezusa Miłosiernego, a na posadzce rozciągnął dywan. Dalszych zmian raczej nie będzie: niespełna trzydziestoletnie dzieło jest od kilkunastu dni najmłodszym polskim zabytkiem. Mieszkańcy Wesołej są dumni.

Może to jakaś lekcja dla całego polskiego Kościoła?

Współpraca: Joanna Jureczko-Wilk ("Gość Niedzielny"), Katarzyna Żelazek, Marcin Buczek, Marek Grocholski, Dariusz Jaworski ("Gazeta Wyborcza"), Jan Pleszczyński

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]