OD REDAKCJI: „W kwestii naszego stosunku do Izraela i Gazy jest coś, co powoduje, że ludzie prawi i otwarci, nawykli do uważnego słuchania siebie i innych, z zainteresowaniem przyjmujący odmienne perspektywy, nagle tracą te umiejętności” – napisaliśmy latem 2025 roku. Dziś przypominamy – piórem Bożeny Keff – że „w życiu i w historii, inaczej niż w ideologii, zdarza się, że prawda polega na »i to, i tamto«, a nie na »to lub tamto«”.
Literaturoznawczyni i badaczka gender studies, podobnie jak historyk Zagłady Omar Bartov, używają tych samych pojęć – np. syjonizm – nadając im wszakże kompletnie odmienne znaczenia. Oboje są krytyczni wobec polityki władz Izraela, ale w swojej krytyce, a także w ocenie historycznej i współczesnej odpowiedzialności za konflikt izraelsko-palestyński, inaczej rozkładają akcenty.
Publikujemy ich stanowiska w przekonaniu, że powinny współistnieć: i na tych łamach, i w przestrzeni publicznej, poszerzając przestrzeń rozmowy.
Wielu z nas czuje to, o czym pisał egipsko-amerykański autor Hussein Aboubakr Mansour w eseju „The Age of Moral Sadism” (Wiek moralnego sadyzmu) – mianowicie, że są pojęcia, których używa się obecnie bez rzeczywistego związku z ich zawartością znaczeniową i kontekstem historycznym. W słowach takich jak „nazizm”, „apartheid” „kolonializm” – stosowanych wobec Izraela zwłaszcza po 7 października 2023 r. – nie zostało prawie nic z ich pierwotnego znaczenia.
Stalin używał terminu „faszysta” wobec osób, które chciał najpierw napiętnować, a potem zabić. Putin robi podobnie, mówiąc o „nazistowskim” rządzie ukraińskim. Czynność nazywania powołuje do życia wyobrażenie materialnego odpowiednika słowa, to samo robią egzorcyści, kiedy wypędzają z kogoś „szatana”, którego tym samym powołują do życia. Mansour zauważa, że współcześnie polityka przejęła funkcję religii, a sąd ostateczny sprawują w niej ludzie – poprzez media. Nie ma dyskusji, jest potępienie i wyrok, a skazany nie ma prawa się bronić, ponieważ szatanowi nie udzielamy głosu. „Nie, Izrael nie ma prawa do istnienia” – to tytuł tekstu w „Krytyce Politycznej”. A Rosja, która prowadzi wojnę, też nie ma prawa do istnienia? A Stany Zjednoczone?
Nieporozumień jest więcej. Mówienie o Izraelu jako kraju kolonialnym to nie tylko błąd, to ideologia. Posługiwanie się w jego kontekście tym terminem jest mechanicznym, ahistorycznym przeniesieniem; przeniesieniem z powodu podobieństw, bez uwzględnienia niepodobieństw. Syjonistyczni pionierzy przybyli do Palestyny, aby (od)zyskać ojczyznę i wybawienie od wielowiekowej opresji. Kraj znali od wieków z tekstów swojej historii i religii, z obyczaju. Po wojnie wszystkie żydowskie opcje polityczne, łącznie z Bundem (a raczej z jego nielicznymi ocalałymi po Zagładzie członkami), były po stronie Izraela, choć przed wojną socjalistyczny Bund był antysyjonistyczny.
Hamas wygrał medialnie
Czy to oznacza, że dla Palestyńczyków pojawienie się Żydów na ich ziemi nie było inwazją, nie stanowiło konkurencji do tych samych zasobów? Oczywiście było, stanowiło. A jednak byli to ludzie powracający z obozów i kryjówek, uchodźcy szukający miejsca do życia. To była największa fala późniejszych mieszkańców Izraela. Bowiem w życiu i w historii, inaczej niż w ideologii, zdarza się, że prawdą jest „i to, i tamto”, a nie, jak w ideologii „to lub tamto”.
Izrael powstał legalnie, w 1948 r. – poparła jego istnienie większość (83 proc.) krajów ONZ. Być może część głosujących miała ukryte założenie, że eksperyment się nie utrzyma, i kiedy na nowe państwo napadły wszystkie ościenne kraje arabskie (Egipt, Transjordania, Irak i Syria), mogło się wydawać, że sprawa sama się rozwiąże. Ale się nie rozwiązała.
Palestyńczycy są ludźmi, którym spadła na głowy konsekwencja cudzej historii: nie musieli jej rozumieć ani akceptować. Z drugiej strony dziś mierzą się też z konsekwencjami własnych wyborów. Nazizm stanowił osnowę intelektualną palestyńskiego ruchu nacjonalistycznego. Wielki Mufti Jerozolimy był wyznawcą Hitlera, spotkał się z nim i obiecał pomoc w zgładzeniu Żydów Jerozolimy, gdyby doszło do jej zdobycia.
A niemal sto lat później, wśród bez umiaru nakręcanej przez Hamas propagandy nienawiści, rodzą się kolejne pokolenia mieszkańców Palestyny. Izrael coraz bardziej nie znika, choć coraz bardziej się separuje – nie przed Arabami przecież, lecz przed ich terrorem.
W narracjach o wojnie 7/10 Hamas w pewnej chwili zniknął i już nie powrócił. Pozostała tylko opowieść o Izraelu, który walczył z cywilami w Gazie. A przecież Hamas cały czas tam był, jego żołnierze – ubrani jak wszyscy wokół – walczyli otoczeni cywilami, nad którymi sprawowali despotyczną władzę. Hamas wygrał medialnie: kiedy to piszę, mam świadomość, że stoję wobec fali wysokiej jak góra, która płynie, niosąc wszystko: propagandę antyizraelską, antysemityzm w wielkich ilościach, wezwania do męczeństwa w imię islamu, brutalność IDF i setki innych składników. W tej fali jest też mitologa lewicy na temat Gazy, Hamasu i walki antykolonialnej.
Prawo Izraela do istnienia
Ani Izraelczycy, ani Palestyńczycy nie są w dobrej sytuacji. Zawiodły wielokrotne, czasem hojne (premier Ehud Olmert) oferty zawarcia „pokoju za ziemię” i Izraelczycy działają z pozycji siły, bo nie widzą dla siebie innego wyjścia. Palestyńczycy z kolei trwają przy swoim wyobrażeniu absolutnej sprawiedliwości – czyli zniesieniu Izraela z mapy świata: dziewięć milionów, w tym dwa i pół miliona Arabów izraelskich, ma się rozpłynąć w powietrzu, albo we własnej krwi.
Mówi się, że straszna rzeź, jakiej dopuścił się Hamas 7 października 2023 r., wyrażała nagromadzoną od dekad urazę i gniew. Ale odpowiedź Izraela też wyraża nagromadzone latami urazę, zawód i chęć zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Kraj prowadzi wojnę od niemal ośmiu dekad, a jeśli nie ma bezpośrednich starć zbrojnych, trwają ataki terrorystyczne i ostrzał rakietowy.
Oczywiście, że Izrael nie jest bez winy: prawica decydująca o polityce wewnętrznej to katastrofa, a działania państwa i osadników na Zachodnim Brzegu i w Gazie zasługują na potępienie. Ale nie o tym teraz piszę.
Piszę o tym, że Izrael ma prawo istnieć, i że Izraelczycy są w powszechnej narracji medialnej traktowani bez cienia empatii.
Ponadto afirmacja Hamasu prowadzi w konkretne rejony globalnej polityki, bo jego sojusze to Iran, Katar, Rosja, Chiny, Korea Północna, państwa islamskie Afryki i Bliskiego Wschodu, liczne dyktatury i kraje autorytarne.
Antysemityzm się zglobalizował
Pisząc, że Izrael nie jest krajem kolonialnym, mam na myśli to, że Izrael jest kategorią sam dla siebie: i z powodu losów Żydów w chrześcijańskiej Europie, i z powodu swojej własnej historii. Żaden inny lud ani nacja nigdy nie były tak długo i tak całkowicie dehumanizowane i demonizowane jak Żydzi.
Czy można było wjechać z mniejszą paradą do historii chrześcijańskiej Europy niż jako zabójcy Boga? I „pożegnać ją” w komorach gazowych, w rowach po lasach (a te śmierci kwitowało nieraz znane polskie zdanie „Hitler się za nas rozprawił z Żydami”)? Nazizm nie stworzył antysemityzmu, i nie był ruchem szczególnie związanym z religią, ale mógł używać rasistowskiej odmiany antysemityzmu, ponieważ miał za sobą wieki zakorzenionej w kulturze chrześcijańskiej nienawiści i pogardy wobec Żydów.
W chrześcijańskiej Europie, niezależnie od tego, że to Żydzi byli grabieni, zabijani i upokarzani – i tak byli postrzegani jako sprawcy zła, a nie jego ofiary. To, co się z nimi działo w rzeczywistości, nie przekładało się na ich status, który był i pozostał metafizyczny – pozadoświadczalny, ponieważ byli (dla wielu są) niezmiennym wcieleniem zła tego świata. Są też złem dla części świata pozachrześcijańskiego, w tym muzułmańskiego, bo do powodów religijnych doszły polityczne; antysemityzm się zglobalizował.
Konflikt Izrael–Palestyna, jak pisał Amos Oz i wielu innych twórców, ma cechy konfliktu tragicznego, gdzie racje obu stron są podobnie mocne, ale pochodzą z różnych źródeł, z różnych nadań. Ponieważ z czasem Izrael stał się krajem pod wieloma względami silniejszym od Palestyny, wydaje się, że równoważność racji się zaburzyła. Ale tak nie jest. Racje pozostają takie same. Tylko siła militarna Izraela i jego sojusz z USA powodują, że malutki kraj wydaje się większy. Ale nie jest większy.
Syjonizm to nie nazizm
Żydzi w tradycji Europy zostali uznani za ofiary tyko raz: po Zagładzie. Jakby Zagłada ich uczłowieczyła. Ale nie na długo. Fraza „syjonizm jest jak nazizm” pojawiła się po raz pierwszy po przegranej Egiptu w wojnie z 1967 r., gdy przedstawiciel ZSRR użył jej w ONZ, ale rychło wstrzeliła się w obieg języka antysemickiego – i została wchłonięta przez lewicę.
To właśnie wtedy w retoryce globalnej pojawił się wątek kolonialny, który – co zawsze się dzieje w przypadku Izraela – został podchwycony przez antysemitów. Z czasem, w kontekście antykolonializmu właśnie, syjonizm zatracił pierwotne znaczenie – idei utworzenia państwa żydowskiego – i stał się synonimem „kolonialnej” praktyki stosowanej przeciwko Palestyńczykom. (Czy zakładanie osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu to syjonizm? Nie, to raczej kolonialne działanie Izraela – syjonizm to idea Mosesa Hessa z 1862 r. i Theodora Herzla z 1896 r.: założenia w Izraelu państwa żydowskiego; Izrael nie jest krajem kolonialnym, ale może działać kolonizatorsko – to nie samo.)
W czasie wojny 7/10 Żydzi wrócili w narracji medialnej na miejsce, które zajmowali w eschatologii chrześcijańskiej – skrajnego zła, Antychrysta. Zło w wydaniu żydowskim jest zawsze ostateczne: chcieli zniszczyć ład boży (czyli chrześcijański), podporządkować sobie rasę aryjską, a w tej wojnie, w opinii ogólnej, ukrzyżowali naród palestyński.
Trzy lata później strona palestyńska ma za sobą sympatię opinii publicznej.
Hamas wygrał wojnę propagandową, a właściwie wygrali ją dla Hamasu zachodni sojusznicy, którzy albo nie przyjęli do wiadomości zbrodni rozpoczynającej tę odsłonę konfliktu, albo przyjęli ją z przyjemnością.
Nie nadali też znaczenia temu, że Hamas od początku prowadził wojnę kosztem ludności cywilnej. W mediach podkreślano każdy rodzaj palestyńskich krzywd, a kiedy w Gazie zapanował głód, ze świata płynęła pomoc, jaka nie ruszyła ani do Sudanu, ani w żaden inny głodny rejon świata. Równocześnie nikt się nie troszczył o izraelskich zakładników: ani ONZ, ani Czerwony Krzyż; ze świata nie płynęły apele do Hamasu, żeby zakładników nie bito, nie gwałcono, nie głodzono.
Piszę o tym, jak mówimy, i o kontekstach, o których milczymy. Do tych kontekstów należy wspomniane już stałe założenie strony palestyńskiej, że Izrael ma zniknąć. Nie chodzi o ziemie – chodzi o to, żeby Izraela nie było.
Czy państwo Izrael powstało sprawiedliwie? Kiedy powstawało, wszystkie tereny, które nadawały się do zamieszkania, były zamieszkane i wypędzani z nich Palestyńczycy ponieśli wiele krzywd. Niemniej Izrael ma prawo istnieć, na zasadzie aktów dokonanych w historii, która – taka jest jej istota – nigdy nie jest absolutnie sprawiedliwa. Palestyńczycy chcą sprawiedliwości absolutnej; takiej, która przywróci stan sprzed powstania Izraela. Tylko że nie ma takiej sprawiedliwości i trzeba korzystać z tej, która jest. Przy czym może utopijnie uważam, że Europa powinna być rozjemcą w tym konflikcie, ponieważ Izrael powstał z powodu jej antysemityzmu.
„Jak naród, który tyle wycierpiał...”
Wróćmy do początku. Od dawna w reakcjach na konflikt izraelsko-palestyński zagnieździł się zestaw porównań działań Izraela z działaniami nazistowskich Niemiec. Nie dlatego przecież, że istnieje jakaś realna zbieżność, ale dlatego, że te porównania odnoszą się do historii Żydów jako ofiar: podważają ją i odwracają. Porównania te „demonstrują”, że dawne ofiary działają tak samo (lub jeszcze bardziej) bestialsko, jak ich dawni oprawcy. Jeśli bowiem „syjonizm jest jak nazizm”, nie tylko znosi to różnicę między katem a ofiarą, lecz także informuje nas, że dawne ofiary mają większy nawet potencjał, by krzywdzić innych niż naziści. I wreszcie: porównania te są negacją znaczenia Zagłady. Do tej kwestii jeszcze wrócę.
„Jak naród, który tyle wycierpiał, może robić te same lub nawet gorsze rzeczy innym?” – brzmi to znane pytanie. Czyli to ma być ciągle ten sam naród, gdyż „proszę pani, Żyd to Żyd, a oni się nie zmieniają”. Esencjonalizm, rodzaj rasizmu. A jednak to nie jest ten sam naród, bo tamtego już nie ma. Izraelczycy mają z nim wielorakie związki, nie są jednak kolejnym wcieleniem sześciu milionów Żydów, które zginęły. Po drugie: nie robią tego samego. Po trzecie: bronią się (nie wiem, czy robią to dobrze, czy nie, nie jestem specjalistką od działań wojennych, ale od 1948 r. – bronią się). Po czwarte: chcą żyć w swoim państwie, ponieważ Europejczycy sprawili, że życie w Europie stało się dla nich niemożliwe.
A pytający: czemu udają naiwnych? Czy nie jest to oczywiste, że każdy naród lub grupa ludzi, którzy wiele wycierpieli, może robić innym złe rzeczy? Cierpienie nie uszlachetnia, a wojna sama w sobie jest złem. Jeśli syjonizm jest jak nazizm – to Pac jest wart pałaca, a ofiara kata. Możemy Zagładę uznać za dintojrę, jakiś rodzaj porachunków pomiędzy najgorszymi – syjonistami i nazistami, Żydami i Niemcami. To skrajnie antysemickie rozumowanie, ale przecież istnieje w przestrzeni publicznej.
Porównywanie getta i Gazy
Hasło „syjonizm jak nazizm” ma w sobie potencjał, żeby unieważnić Zagładę. Jeśli mówimy o ludobójstwie ze strony Izraela, nie pytając o to, czym jest ludobójstwo, wierząc, że jest tak, jak mówią propagandyści islamscy, przykładamy się do unieważnienia Zagłady.
Istnieje wiele sformułowań zestawiających działania nazistowskie i izraelskie: „ruiny Gazy jak ruiny getta warszawskiego”, „Zagłada Palestyńczyków”, „izraelskie Luftwaffe”. „Spostrzeżeń” mówiących, że warunki w Gazie są rzekomo gorsze niż w getcie warszawskim, było w ostatnich miesiącach bardzo dużo.
Dobrze więc: jest taka relacja z getta, gdzie świadek opisuje, jak wyglądał w środku budynek na Umschlagplatzu – miejscu, w którym czekano na wagony wiozące ludzi do komór gazowych. Kiedy znalazł się wewnątrz, na schodach siedzieli ludzie, z tobołkami i torbami, i tak już apatyczni z powodu ustawicznego głodu, słabi i wyczerpani strachem o własne życie. Na najwyższym piętrze ukraińscy żołnierze gwałcili dziewczynę. Schodami w dół płynął mocz, bo nie było się gdzie załatwić: kto się przebił przez czekający na zwierzęce wagony tłum, mógł wejść do pokoju, gdzie się załatwiano. Nie było tam kanalizacji, po prostu ktoś zrobił to pierwszy. Odór tej góry odchodów bił na cały budynek.
Getto warszawskie należy zostawić w spokoju, bo jeśli nawet ktoś miał w domu działającą do lipca 1942 ubikację, niczego to nie zmienia. W ogóle nie ma powodów, poza szaleństwem waszych uczuć, przywoływać getta ani jego warunków higienicznych, ze zwłokami na ulicach i z kanalizacją dobrze, średnio lub ledwo działającą.
Czego natomiast w spokoju zostawić nie należy? Antysemityzmu, który (może przy okazji sprawiedliwej krytyki Izraela) zalegalizował się w nocy z 7 na 8 października 2023 r., kiedy społeczności arabskie w Europie i w USA, lewica, studenci i inni sympatycy Hamasu ze słodyczami, muzyką i gratulacjami świętowali śmierć zarżniętych, popalonych, zgwałconych Izraelek i Izraelczyków. Rozkoszy, bezwstydnej juissance możliwości mordowania Żydów, wznieconej, jak napisała Herta Müller, od jednego pstryknięcia palcami, milionami płomieni pośród tamtej nocy.
BOŻENA KEFF jest związaną z Żydowskim Instytutem Historycznym literaturoznawczynią i badaczką gender studies. Poetka i eseistka, za „Postać z cieniem” i za „Utwór o matce i ojczyźnie” była nominowana do Nagrody Literackiej Nike; wydała także m.in. „Antysemityzm. Niezamkniętą historię”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














