Hymn o żelaznej miotle

Władimir Sorokin, Dzień oprycznika Na pozór akcja tej powieści dzieje się w połowie XXI w.: Rosją rządzi monarcha, kraj jest bogaty, ludzie syci i szczęśliwi, ochoczo więc podporządkowali się dekretowi samodzierżcy i spalili antypaństwowe książki oraz paszporty. Czy jednak naprawdę chodzi o przyszłość?
Czyta się kilka minut

Można się spierać, czy to pisarz wybitny, wierzyć albo i nie wierzyć, że - jak czytamy na skrzydełku wydanej u nas przed czterema laty powieści "Lód" - "jest prawdopodobnie ostatnim z długiej listy wielkich pisarzy rosyjskich". Dla jednych Władimir Sorokin, bo o nim mowa, jest literackim guru, dla innych - pisarzem marnym i przereklamowanym. Prawda, jak zwykle, leży pośrodku.

Owszem, "Kolejka", pierwsza z jego książek przełożonych na polski, była udanym eksperymentem artystycznym, i nie bez kozery wydano ją pod koniec lat 80. w drugim obiegu, bo ta mikropowieść obnażała cywilizacyjną i duchową nędzę komunistycznej arkadii. "Kolejka", przetłumaczona przez Irenę Lewandowską, była bodaj pierwszym zwiastunem tego, że rosyjska awangarda nie dała się pogrzebać. Jednym z najciekawszych jej reprezentantów był właśnie trzydziestoparoletni wówczas Sorokin, twórca tzw. socartu, czyli literatury pasożytującej na języku, komunałach i kiczu socrealizmu. W nieznanej dotąd w Polsce "Trzydziestej miłości Mariny" parodiował socrealistyczne produkcyjniaki, opowiadając w istocie o zagładzie człowieka i żywej mowy.

A zatem wielki pisarz? Niestety, można było w to zwątpić, przeczytawszy "Lód", pierwszą część jego kosmicznej trylogii. Powieść tę uważam, mówiąc oględnie, za klęskę i nieporozumienie. Oględnością nie zgrzeszyła Kazimiera Szczuka, która, jak zawsze, dała odpowiednie rzeczy słowo, powiadając, że "Lód" to kit i shit. Shit, to prawda; można było westchnąć, czytając w polskiej prasie wywiady z Sorokinem, w których pisarz zwierzał się, jak smakował kupkę swojej córeczki. I nawet nie pomnę, czy w tych wywiadach opowiadał o swojej ojczyźnie lub o tym, jak zapatrzona we Władimira Putina dziarska młodzież paliła na stosach jego uznane za pornografię książki. Jeśli nie mówił, można mu to dziś wybaczyć, bo w wydanym właśnie "Dniu oprycznika" opowiada o Rosji. I o niczym więcej.

Na pozór akcja tej powieści dzieje się w połowie XXI w. Rosją rządzi monarcha, kraj jest bogaty, ludzie syci i szczęśliwi, ochoczo więc podporządkowali się dekretowi samodzierżcy i spalili antypaństwowe książki oraz paszporty. Rosja odgrodziła się od zgniłego świata wielkim murem, Zachodnią Rurą płynie ropa, a rosyjski niedźwiedź znów przeraża świat swoim rykiem. Wszędzie panuje porządek, nikt się nie buntuje, a jeśli ktoś ośmieli się narzekać, słucha zachodnich rozgłośni, szemrze o rogach, jakie monarsze przyprawia jego małżonka - podobno Żydówka? - wówczas rozszarpie go oprycznina, wierna psiarnia monarchy.

Opryczniną, jak wiadomo, nazywano przyboczną gwardię Iwana Groźnego, którą nieśmiertelny markiz de Custine określił jako instytucję piekielną. Do opryczniny należeli ludzie znikąd. Ich godłem stała się żelazna miotła, którą car wymiatał bojarskie robactwo. Metafora żelaznej miotły powróciła w latach stalinowskiego Wielkiego Terroru i wciąż jest żywa w kolektywnej podświadomości Rosjan. I nie trzeba wielkiej przenikliwości, by po kilku zdaniach zorientować się, że "Dzień oprycznika" nie dzieje się w  przyszłości, lecz w państwie Putina. To jadowita satyra wymierzona w autokratyczne rządy byłego oficera KGB i jego kamaryli.

Kim jest Putin i ku czemu zmierza Rosja, wiemy od dawna. W czym więc oryginalność powieści Sorokina? W tym, co zawsze było jego specjalnością - w nadstawianiu ucha na megalomańskie i złowróżbne tony putinowskiej propagandy. Sorokin wsłuchuje się w tę mowę zmartwychwstałej opryczniny, stylizując ją na archaiczną ruszczyznę epoki Iwana Groźnego, okraszoną czasem jakimś chińskim słówkiem - tu wypada złożyć ukłon Agnieszce Lubomirze Piotrowskiej, tłumaczce powieści - bo ta staro-nowa Rosja mizdrzy się przed Chinami. Takim archaicznym językiem mówił zapewne Grigorij Maluta - "Dzień oprycznika" jest zresztą prowokacyjnie dedykowany temu najokrutniejszemu ze zbirów Iwana Groźnego - mówi nim też narrator i bohater powieści, wyśpiewując swój ekstatyczny hymn na cześć umiłowanego monarchy i jego żelaznej miotły. Kim on jest? Nowym wcieleniem Maluty? Odwiecznym ruskim everymanem? Duchem Rosji, która nie zna innego języka niż język przemocy i innej logiki niż logika żelaznej miotły? Z pewnością nie jest to cała prawda o współczesnych nam Rosjanach, ale może takie pytania - jak pragnie Sorokin - zbliżą ich do "momentu prawdy"?

"Dzień oprycznika" nie jest arcydziełem, ale jest bardzo przyzwoitą powieścią i z pewnością czyta się ją z większym zainteresowaniem i pożytkiem niż zwierzenia o smaku kupki córki "prawdopodobnie ostatniego z wielkich pisarzy rosyjskich".

Władimir Sorokin, Dzień oprycznika, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska, Warszawa 2008, Wydawnictwo W.A.B.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 08/2008