Patrzy on na świat z perspektywy, jakiej nikt dotąd nie miał: świadka niemal stuletniej historii, teologa, kardynała, stróża doktryny, papieża, który przeżył własny pontyfikat. W jego słowach słychać nostalgię, gorycz i rozczarowanie.
Nie ma już sił ani czasu na zniuansowany opis rzeczywistości. Ogranicza się do prostych słów i obrazów. Trzeba naprawdę złej woli, by jedno zdanie, w którym małżeństwa homoseksualne i aborcję nazywa triumfem Antychrysta, uznać za summę jego myśli, dowód inkwizytorskich zapędów i chęć rzucenia anatemy na współczesny świat. To raczej smutne wyznanie, że chrześcijaństwo przegrało – w opinii papieża emeryta – z egoizmem, relatywizmem i udawanym humanizmem. To także odpowiedź nie wprost na pytanie o abdykację. Twierdzi, że nie zmusiły go do niej skandale i afery w Kościele. Powodem był brak sił i wiary, że on, Benedykt, mógłby to chrześcijaństwo uratować. Ustąpił, jak „bawarski rolnik, który przekazuje gospodarstwo synowi”. Z nadzieją, że nie wszystko jeszcze stracone. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















