Geny i przyprawy

Jeden mały spożyty batonik wpłynie na strukturę genetyczną naszych dzieci i dzieci ich dzieci. Do setnego pokolenia.

28.01.2017

Czyta się kilka minut

 / Fot. Roy Morsch / GETTY IMAGES
/ Fot. Roy Morsch / GETTY IMAGES

Słowo miesiąca to epigenetyka – nauka o czynnikach dziedzicznych (przekazywanych potomstwu), które NIE są zakodowane w sekwencji DNA. Co ważne, wiele z nich może zostać nabytych w ciągu życia, co zdaje się przeczyć podstawom teorii ewolucji. Przeczuwano to od lat 70., wykazano eksperymentalnie w latach 90. Klasyczny przykład to metylacja DNA: w ciągu życia organizmu do nici DNA dynamicznie doklejane i odklejane są maleńkie grupy chemiczne (grupy metylowe), które wpływają na aktywność genów. Wzorzec metylacji jest odtwarzany przy kopiowaniu DNA.

Co w tym fascynującego? Pomyślmy: istnieją cechy nabywane w ciągu życia, które mogą (choć nie muszą) zostać przekazane potomstwu! Konkrety? Proszę bardzo! W „Nature” (7.01.2017) opisano (art. „Epigenome-wide association...”, Simone Wahl i in.) różne wzorce metylacji DNA w zależności od BMI, czyli indeksu masy ciała. Co ważne, wzorce te są konsekwencją nadwagi, a nie przyczyną. Autorzy wykazują na koniec – chyba jako gwóźdź do trumny – że można na tej podstawie przewidzieć ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2...

Oto nauka wchodzi z butami w etykę. Zwykła genetyka budzi miłe poczucie braku odpowiedzialności. Otrzymałem geny od rodziców i tylko przekazuję je dalej (oddalam się z rękami w kieszeniach, głośno gwiżdżąc). Modyfikacje epigenetyczne to okrutne brzemię odpowiedzialności. Coś, co robię – moje wolne decyzje – mogą wpłynąć na strukturę genetyczną (właściwie: epigenetyczną) moich dzieci; i dzieci ich dzieci... aż do setnego pokolenia. Mój mały grzeszny batonik przechodzi do historii gatunku. W filozofii tradycyjnie uznaje się, że odpowiedzialność ponosi się tylko za to, co jest wynikiem woli. Potwierdza to zresztą do pewnego stopnia prawo karne. Czy mógłbym więc oskarżyć rodziców o umyślne zaniedbanie ich – a więc i mojego – bagażu epigenetycznego?

Z innych: 11 stycznia w „Journal of Medicinal Chemistry” ukazał się artykuł Kathryn Melson i in. („The essential medicinal...”) poświęcony niewinnym figlom sprawianym przez... kurkuminę, czyli swojski składnik kurkumy, popularnej przyprawy. Może być ona odpowiedzialna za tysiące błędnych badań farmakologicznych. Dotychczas mogło się zdawać, że jest to prawdziwe panaceum. Pojawia się nowy, obiecujący chemiczny punkt zaczepienia w badaniach nad alzheimerem? Bum! Kurkumina wykazuje aktywność. Jakieś nowe białko strzegące dostępu do komórek rakowych? Bach! Kurkumina wiąże się i z nim. Autorzy doliczyli się 9000 artykułów, 500 patentów i 120 badań klinicznych nad zastosowaniami medycznymi kurkuminy i jej chemicznych kuzynów.

Okazuje się tymczasem, że kurkumina wykazuje po prostu reaktywność niemal w każdej sytuacji, w której zostanie przetestowana, ponieważ ona sama – i produkty jej nadzwyczaj szybkiego rozpadu (kurkumina jest, jak się okazuje, dość niestabilna w środowisku komórkowym) – bardzo łatwo wiąże się z białkami w ogóle... Nie jest więc precyzyjnym czynnikiem silnie reagującym z określonym białkiem, lecz uogólnionym, elastycznym „pobudzaczem” chemicznym. Gdy więc bada się ją in vitro, jest duża szansa, że zwiąże się z jakimś ważnym, obiecującym białkiem. Gdy natomiast bada się jej skuteczność in vivo – rezultaty są mizerne. Trwa wycofywanie artykułów naukowych na jej temat. Od 2009 r. dokonano już 15 takich wycofań. To dużo; taka praktyka to w świecie naukowym wstydliwa ostateczność.

Całą klasę związków, które „wyskakują wszędzie”, określa się jako „PAINS”. Formalnie jest to (naciągany) akronim (Pan-Assay INterference compoundS, czyli „wszędobylskie związki interferujące”), ale jest tajemnicą poliszynela, że nazwa pochodzi raczej od nieco mniej naukowego idiomu „pain in the ass”. No bo kto by się nie wkurzył?

Aha. Drugi najczęściej czytany artykuł na nature.com został napisany przez Katarzynę Zarembę-Niedźwiedzką. Przepraszam, przez „Katarzyna Zaremba-Niedzwiedzka, Uppsala University, Sweden”. Polscy naukowcy są światowej klasy. Nauka polska nie istnieje na świecie. Ciekawe, prawda? ©

W rubryce „Czytamy naturę” będziemy co miesiąc relacjonować, o czym pisały najpoczytniejsze czasopisma naukowe.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Filozof przyrody i dziennikarz naukowy, specjalizuje się w kosmologii, astrofizyce oraz zagadnieniach filozoficznych związanych z tymi naukami. Pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, członek Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych,… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2017