Gdy siadam za kierownicą

Mówią: Barbara Skarga, Edmund Wnuk-Lipiński, Janusz Jankowiak, Andrzej Franaszek

Barbara Skarga

(filozof, citroËn saxo), kierowca od 75 lat:

Nie ulega wątpliwości, że polscy kierowcy się wyróżniają. Mam nawet poczucie, że kolejne pokolenia naszych zmotoryzowanych są coraz gorsze. Ci najmłodsi jeżdżą beznadziejnie: ciągle zmieniają pasy, niecierpliwią się, nadymają... Wciąż mnie ten ich egotyzm uderza, gdy wracam autem z - chociażby - Francji. Na drodze nie można oddzielić bowiem umiejętności kierowania od dobrego obyczaju. Jesteśmy chamscy, niegrzeczni, więc i niebezpieczni.

Mówi się, że choć charaktery narodowe nie istnieją, to jednak w sytuacjach kryzysowych w historii ujawniają się pewne typowe dla danej zbiorowości zespoły zachowań. W tym sensie można by półżartem powiedzieć, że taką permanentną sytuacją kryzysową, w której ujawnia się nasz charakter, jest jazda po polskich drogach. Właściwie wszystkie stereotypy o nas, Polakach, zostają wówczas potwierdzone. Niby - ręce mają na kierownicy, ale i tak wszyscy machają szabelkami.

Wiem, że czasy, kiedy jeździłam przed wojną po drogach Wileńszczyzny z zawrotną prędkością 30-40 km/h (szybciej się nie dało po bitej drodze) nie wrócą. Auto było wówczas wydarzeniem na skalę powiatu, więc nie mogło być mowy o wymuszaniu pierwszeństwa. No tak... Chciałabym powiedzieć coś o polskich kierowcach lekko i dowcipnie. Ale prawda jest taka: jeżdżą strasznie, po prostu strasznie! ?h

Edmund Wnuk-Lipiński

(socjolog, toyota avensis), kierowca od 40 lat:

Pomijając niezbyt liczne wyjątki, typowy polski kierowca przestrzega przepisów tylko wtedy, gdy grozi mu bezpośrednia kara; innych użytkowników drogi uważa za uciążliwe przeszkody, nie toleruje ich błędów, zaś swoje błędy łatwo wybacza; traktuje znaki drogowe jako punkty orientacyjne, a nie znaki, których należy bezwzględnie przestrzegać. Tym, którzy przepisów przestrzegają, pozostaje często rola frajerów, na których "naiwności" typowy polski kierowca żeruje. Jednak - pomału - coś zmienia się na lepsze. Po pierwsze dlatego, że coraz mniej spotykamy na drogach znaków absurdalnych, a przecież łamanie przepisów bierze się również z braku zaufania do nich. A po drugie (wystarczy popatrzeć w statystyki), coraz więcej mamy w Polsce kierowców wykształconych. Ta korelacja poziomu wykształcenia i kultury jazdy jest bardzo wyraźna.

Pozostaje jeszcze kwestia owej dziwnej przemiany, która dokonuje się w nas, porządnych obywatelach, kiedy siadamy za kierownicą. Samochód może być bowiem traktowany nie jako wygodny środek przenoszenia się w przestrzeni, lecz jako symbol statusu społecznego. Wtedy nawet zwykłe wyprzedzanie staje się aktem poniżenia i upokorzenia, lub - z drugiej strony - wywyższenia i tryumfu. Wówczas nawet niewinne sytuacje drogowe nakręcają w nas spiralę agresji. W niewinnym obywatelu, którym był pieszy dr Jekyll, budzi się demoniczny Mr Hyde, król szosy, który ma poczucie, że auto jest częścią jego ego. Wtedy zwykła podróż staje się walką o status i miejsce w hierarchii. Jedynym sposobem, by wyciszyć instynkty, jest rozumna refleksja. Wiem, że takie antidotum trudno wprowadzić do powszechnego użytku, innego jednak nie znam. ?h >

Janusz Jankowiak

(ekonomista, mitsubishi lancer evo 9), kierowca od 35 lat:

Najbardziej w polskim kierowcy uderza mnie agresja. We Włoszech czy Niemczech też spotykam bardzo szybko jeżdżących kierowców, ale nawet ci najszybsi jeżdżą przyjaźnie. Bez wulgarnych gestów i zaczepnej jazdy - tak typowej dla Polaków. Zaskakuje mnie jednak, jak cywilizują się obyczaje drogowe wśród tych, którzy używają CB radia. Proste urządzenie, które powoduje, że kierowcy porozumiewają się między sobą, sprawia, że ich obyczaj drogowy łagodnieje. Jakby wreszcie zaczynali dostrzegać, że w innym aucie siedzi nie przeciwnik, lecz partner. Nieraz zdarzało mi się, że blokujący drogę kierowca TIR-a ustępował miejsca poproszony o to drogą radiową i jeszcze miło to komentował. Rzecz nie do pomyślenia bez tego urządzenia.

Regulacje polskiego ruchu drogowego (w tym rola policji) są niedostosowane do realiów XXI wieku i nie chodzi w nich - wbrew pozorom - o bezpieczeństwo drogowe, lecz o statystyki. Zamiast gęstej sieci fotoradarów mamy atrapy albo drogie radiowozy z policjantami, którzy muszą wykonać wyśrubowane limity zatrzymań. Wyłapują wyłącznie najbardziej gapowatych i pechowych użytkowników ruchu drogowego, by dzięki karom i grzywnom administracyjnym odzyskać zainwestowane pieniądze. Represyjny system punktów karnych nie ma również należytej siły oddziaływania. Bo jaki ma sens kierowanie delikwenta, który przekroczył limit, na kolejny egzamin prawa jazdy? Informacja o punktach powinna być przekazywana do ubezpieczyciela. I koszta odnawianej polisy rosłyby proporcjonalnie. Nic tak skutecznie nie hamuje instynktów i nie skłania do refleksji, jak pustka w kieszeni.

Andrzej Franaszek

(redaktor, nissan primera), kierowca od 7 lat:

Jak żyje się polskiemu kierowcy? Odpowiedź jest prosta: okropnie. Pomińmy rzeczy skrajnie oczywiste: zły stan dróg, niekończące się remonty, zażartą codzienną walkę o miejsca parkingowe. Mniej oczywiste jest to, że w Polsce króluje myślenie nakierowane na podnoszenie kar i mnożenie obostrzeń. Zwężenie i tak za ciasnej drogi z powodu jakiejś awarii czy budowy? Zamiast przyspieszyć prace, zamkniemy jeden pas, postawimy znak ograniczenia prędkości i gotowe. Niekończące się korki w kluczowym miejscu miasta? Zamiast walczyć o poszerzenie ulic lub sugerować jakieś alternatywne drogi - zamontujemy kamery, by sfotografować tych, którzy wjadą na pas dla autobusów (chwilami całkowicie pusty), i wlepimy im mandat. Mamy chronić mieszkańców miejscowości, przez które wiedzie ruchliwa trasa? Jasne, że od budowy chodników i stawiania barierek o wiele tańszy będzie kolejny znak zakazu.

Właśnie mania ograniczeń prędkości rozwija się w naszym kraju coraz bardziej. Jak ktoś wyliczył, gdyby np. na drodze z Wrocławia do Warszawy konsekwentnie przestrzegać wszystkich ograniczeń, podróż zajęłaby 11 godzin. Ile czasu pochłonęłaby zatem wyprawa z Krakowa do Suwałk? I czemu mam jechać w tempie 70 km/h całkowicie pustą, prostą i równą jak stół szosą? Nierealistyczne zakazy prowokują lub wręcz zmuszają do łamania prawa, lecz nikogo to nie martwi. Wystarczy, że jest przepis - o praktykę mniejsza.

Finał jest nieunikniony. Choć od dawna nie bawi mnie już ściganie się od świateł do świateł, choć nie wymuszam pierwszeństwa, a na dłuższych trasach trzymam się prędkości względnie ekonomicznych i bezpiecznych, nagminnie łamię przepisy drogowe. Właściwie każdy przejazd do szkoły lub pracy mógłby przynieść kilka punktów karnych. Dlaczego? Po prostu nie mam innego wyjścia. Chyba wszyscy siedzący za kierownicą znamy to uczucie...

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 37/2008