Lipiec 2024 roku. Przy ulicy Grzybowskiej, na balkonie na drugim piętrze, zjawia się młoda dziewczyna. Biały podkoszulek, dżinsy, włosy związane w prosty kucyk.
Zaczyna grać na wiolonczeli. Dźwięki narastają i opadają, pulsują napięciem. Nakładają się na odgłosy ulicy: szum aut, sygnał karetki. Gęste powietrze stoi, nie ma nawet powiewu wiatru. Kolorowy wiatraczek na sąsiednim balkonie zamarł.
Przechodnie nie przystają, by posłuchać. Może nie chcą przeszkadzać. Może nie słyszą, spiesząc w swoich sprawach. Tylko Warszawa, rozgrzana latem, wchłania dźwięki – i opowieść Joanny, wiolonczelistki z roku 1944.
OPERA | – Joanna jest młodą ambitną studentką, która chce zostać koncertującą wiolonczelistką. Ale żyje w takim właśnie momencie w historii swego kraju – mówi Dobrawa Czocher, autorka kompozycji i odtwórczyni roli Joanny w operze „D’ARC”. Jest początek lipca, konferencja prasowa w Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzeum przygotowało tę operę na 80. rocznicę.
Joanna jest cywilem. Nie ma broni, stara się przetrwać. Widzowie zobaczą ją w jej własnych zmaganiach, w jej nieheroicznej codzienności.
Opera „D’ARC”, w reżyserii Krystiana Lady, to przedstawienie typu site-specific: granica między sceną a widownią jest zatarta, a miejsce prezentacji ma znaczenie. Balkon starej kamienicy przy Grzybowskiej to jedna z kilku stacji, gdzie zostanie odegrana.
Opera opowiada dzieje trzech kobiet żyjących w różnych miejscach i czasie, które spotykają się w swych snach. Jest Joan (w tej roli Agnieszka Grochowska): fotoedytorka z Paryża, córka polskich emigrantów. W pudełku po babci znajduje klisze z 1944 r., na których ta rejestrowała swą codzienność. Jest Giovanna (Gabriela Legun), francuska bohaterka narodowa, Dziewica Orleańska. I Joanna: kobieta w środku walk z sierpnia 1944 r.
JĘZYK | – To ostatnia okrągła rocznica, w której weźmie udział tylu uczestników i uczestniczek powstania. Tegoroczne obchody musiały być wyjątkowe – mówi Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum. – Projekt opery powstał, by uczcić naszych przodków, a także Warszawę. „D’ARC” to efekt pracy blisko 100 osób, z których aż 40 występuje na scenie.
Dlaczego jednak opera? Ołdakowski: – Tylko język sztuki może opowiedzieć tak poruszające, wielowątkowe wydarzenie jak powstanie warszawskie.
O tym, co stało się 80 lat temu, Muzeum opowiada od 20 lat. W tym roku ma własną okrągłą rocznicę. Powstało w rekordowym tempie, dzięki determinacji jego twórców i wierze w powodzenie wielu ludzi, w tym ówczesnego prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego. Po raz pierwszy otworzyło się na kilka dni na rocznicę w 2004 r. Potem dokańczano prace. Ostatecznie zostało otworzone w październiku 2004 r.
POCZĄTEK | Pamiętam to parodniowe otwarcie latem 2004 r. Tłumy i nastrój uniesienia. Ludzi, którzy przynosili swoją historię rodzinną. Wzruszonych powstańców, już wiekowych, którzy poczuli, że mają własne miejsce.
– Nagle okazało się, że w całej Warszawie widać, iż ta rocznica jest ważna. Że dzieje się coś ważnego. To był pretekst do mnóstwa społecznych interakcji. Udało się coś niesamowitego, coś, o czym marzyliśmy. Choć dotarło to do nas dopiero po pewnym czasie – wspomina Jan Ołdakowski, gdy rozmawiamy w lipcu [patrz wywiad obok – red.]. – Warszawiacy odnaleźli w temacie powstania i hołdzie dla powstańców rodzaj rytuału, w którym mogą wziąć udział.
Przez te 20 lat Muzeum wrosło w mapę miasta. Stało się jednym z najpopularniejszych miejsc dla turystów. Do dziś odwiedziło je 10 mln osób, w tym 88 tys. grup zorganizowanych. W jego zbiorach jest blisko 200 tys. archiwalnych dokumentów, ponad 50 tys. obiektów fotograficznych, w tym 14 tys. zdjęć dostępnych w tzw. Fototece.
WYZNACZNIK | Ołdakowski wspomina, że na początku były obawy, czy Muzeum, z jego nowatorską interaktywną ekspozycją, zaakceptują sami powstańcy. – Byli surowymi obserwatorami naszych działań i do wielu rzeczy trudno ich było przekonać. Baliśmy się, czy zaakceptują formułę muzeum adresowaną już do innego pokolenia – mówi Ołdakowski w rozmowie z „Tygodnikiem”.

– Potem powtarzaliśmy sobie – dodaje dyrektor – że powstańca łatwo zidentyfikować w tłumie ludzi. Bo on stoi tyłem do wystawy, a przodem do innych zwiedzających. Bo to obserwowanie reakcji ludzi było dla nich najważniejsze. Gdy zobaczyli, że do Muzeum przychodzą młodzi, uznali, iż nasza metoda, do której na początku nie byli przekonani, sprawdziła się i Muzeum przyciąga ludzi dla nich najważniejszych: tych, którzy mają tyle lat, ile mieli oni w 1944 r. Ich reakcja była dla powstańców wyznacznikiem sukcesu Muzeum.
MIEJSCE | Na rozmowę z Janem Ołdakowskim przychodzę za wcześnie. Do wejścia do Muzeum ciągnie się spora kolejka. Mijam ją i idę do Muru Pamięci, gdzie na granitowych płytach widnieją nazwiska poległych żołnierzy.
Za murem, między nim a ogrodzeniem, jest takie miejsce: wąski ogród pełen kwiatów, zdjęć i murali. Pachną róże. Jest cicho i pusto. Ale i tu trudno zapomnieć, po co jest to miejsce. Nie tylko z powodu tych 11 627 nazwisk umieszczonych po drugiej stronie muru (lista jest stale uzupełniana; spośród walczących z bronią w ręku zginęło wtedy ok. 16 tysięcy; zabitych cywilów było ok. 180 tysięcy). Także za sprawą historii tego miejsca.
Gdy powstańcy musieli wycofać się z Woli, właśnie na linii ulicy Towarowej, tej biegnącej za ogrodzeniem Muzeum, ustanowiła się linia frontu. „Twardy Front”, tak go nazywano, bo udało się utrzymać go do końca. W miejscu, gdzie jest dziś Muzeum, stali Niemcy, kawałek dalej, po drugiej stronie ulicy Polacy. Blisko od siebie, ulica była węższa niż teraz. Pamięć pozostała – we fragmentach starych murów, ostańcach.
BUDYNEK | Muzeum mieści się w dawnej Elektrowni Tramwajowej. Zbudowana w 1908 r., z czerwonej cegły, kontrastuje z rozrastającą się w okolicy zabudową szklanych wieżowców. Ma za sobą dobre i złe chwile. W 1917 r. doszło do wybuchu kotła, eksplozję słychać było na całej Woli. Potem elektrownię modernizowano. We wrześniu 1939 r. została zbombardowana. Odbudowana, działała pod niemieckim zarządem.
W pierwszych godzinach powstania miały tu miejsce walki. „Tragiczny dla Elektrowni Tramwajowej okazał się 6 sierpnia 1944 roku – tego dnia Niemcy rozstrzelali jej cywilną załogę” – pisze Jerzy S. Majewski w książce „Historia pod napięciem, czyli wokół muzeum przez wieki”.
I dalej: „Zbombardowana ponownie w trakcie Powstania, a później wysadzona przez Niemców w powietrze, Elektrownia Tramwajowa na Woli przestała ostatecznie istnieć po wojnie”. Choć po 1945 r. odbudowano prowizorycznie część budynków, popadała w ruinę. Aż w 2004 r. podarowano jej nowe życie.

ROZMOWY | Muzeum to nie tylko eksponaty. To też ludzie i ich historie.
– Z propozycją zwrócił się do mnie Paweł Kowal. Wszystko tworzyliśmy od zera. Dostałem wolną rękę, ale Paweł powiedział: „Musisz zrobić pięćset wywiadów w ciągu roku”. Wydawało się to nierealne, bo chodziło nie tylko o zrobienie wywiadów, one też musiały być spisane – wspomina Jacek Borkowicz, pierwszy szef Archiwum Historii Mówionej w MPW.
Archiwum ruszyło z dwoma ekipami filmowymi oraz trzydziestoma wolontariuszami i wolontariuszkami.
– Widziałem niesamowity potencjał, energię ludzi – wspomina Borkowicz. – I udało się! Po roku mieliśmy nie pięćset, a sześćset wywiadów i wszystkie spisane. Wielu ludzi, których wtedy nagraliśmy, wkrótce już nie żyło. Dlatego Paweł Kowal powtarzał: „Musimy zdążyć”.
Jakie były te pierwsze wywiady? Borkowicz: – Powstańcy byli zaskoczeni i ci młodzi wolontariusze byli zaskoczeni, że jest taka obopólna chęć rozmowy. Nikt z nimi tak nie rozmawiał przez kilkadziesiąt lat. Albo w ogóle nie rozmawiał. Opowiadali nam o swoim życiu codziennym, nie tylko o walce. To była dla nich często pierwsza taka opowieść.
WANDA | Wywiady prowadzono zwykle w domach, gdzie uczestnicy i uczestniczki powstania czuli się najbardziej komfortowo. Czasem rozmawiali chętnie, nagranie było dla nich świętem. Czasem trudno było ich przekonać – uważali, że w ich opowieści nie ma nic wyjątkowego.
Z pierwszych wywiadów, które prowadziłam jako wolontariuszka Muzeum, pamiętam Wandę. Była łączniczką i sanitariuszką, 1 sierpnia miejsce zbiórki miała na Okęciu. Tam walki trwały tylko jeden dzień, atak na lotnisko nie powiódł się, potem powstańcy byli wyłapywani i rozstrzeliwani.
Moja rozmówczyni ukrywała się, gdy usłyszała o dwóch powstańcach, którzy przeżyli zbiorową egzekucję. Obaj byli ranni. Jednego ludzie ukryli w piwnicy w pobliskiej wsi. Wanda co noc przemykała do niego, by zmieniać opatrunki. Co noc ryzykowała drogę do niego. Robiła coś, czego robić nie musiała. Nikt nie wydał jej takiego rozkazu.
A jednak w jej opowieści był żal: mówiła, że żałuje, że nie zrobiła więcej. Że nie walczyła ze swoim oddziałem, że była na peryferiach wydarzeń. Słuchałam jej i pamiętam, jak bardzo chciałam jej powiedzieć, że jej historia jest ważna. Tak samo ważna jak tych, którzy wieszali biało-czerwone flagi w centrum miasta.
I że była bardzo odważna.
OJCIEC | Jacek Borkowicz wspomina, jak nagrał własnego ojca. W sierpniu 1944 r. Janusz Borkowicz miał 11 lat i oczywiście nie przyjęli go do wojska, do AK.
Syn wspomina: – Tato roznosił za to na ulicach Moniuszki i Jasnej gazetę AK, Biuletyn Informacyjny. Piwnice były tam poprzebijane, więc przechodził z jednej do drugiej. Patrzę czasem na zdjęcia tych młodych chłopców – mówi Jacek Borkowicz. – W czarnych czapkach Poczty Polskiej, z wielkimi torbami, w krótkich spodenkach. I myślę, że może on tam jest.
– Wychowałem się w tych opowieściach – wspomina syn. – Powstanie jest częścią mnie. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy decyzja o nim była słuszna, powiedziałbym, że nie. Ale skoro już zostało to zrobione, nie można po aptekarsku ważyć. To część nas, naszej tożsamości.
– Ten dualizm w ocenie powstania wiąże się też z tym, że polskość boli – uważa Jacek Borkowicz. – Mnie też boli, ale jestem Polakiem i kocham tę polskość, taką pokręconą, bo innej nie ma. Historia powstania też jest pokręcona. Dla mnie jest ono świętością. Nie dlatego, żeby powiedzieć, że było potrzebne, ale dlatego, że było i nie da się tego odwrócić. Dlatego cieszę się, że mogłem stworzyć Archiwum Historii Mówionej, że mogłem to robić.
Po nim kierownictwo AHM przejęli kolejno Anna Sztyk i Jan Radziukiewicz. Do dziś nagrano 4,2 tys. wywiadów z uczestnikami i świadkami.
OCHOTNICY | Muzeum nie mogłoby działać bez wolontariuszy. Czy chodzi o pracę przy rocznicowych obchodach, specjalnych projektach, czy też o codzienną obsługę ekspozycji i wsparcie dla odwiedzających.
W tym roku podczas uroczystości będzie pracować ich dwukrotnie więcej niż zwykle: trzysta osób w wolontariacie długoterminowym i czterysta w akcyjnym. W ciągu 20 lat istnienia Muzeum przewinęło się ich prawie cztery tysiące.
– Nasi wolontariusze są w różnym wieku. W tej chwili najstarsza osoba ma 85 lat. Przyjmujemy wolontariuszy od 14. roku życia. Gdy komuś bardzo zależy, a jest młodszy, to szansę daje takiej osobie wolontariat rodzinny – opowiada mi Marta Walkowska-Lipko, która kieruje Centrum Wolontariatu.
Przez pewien czas, na początku, wolontariuszami byli też sami powstańcy. Głównie w obsłudze ekspozycji. – Osób z rodzinną historią powstańczą zawsze było i jest sporo. Ale motywacje są rozmaite. Część chce lepiej poznać historię lub poznać samych powstańców – mówi Marta Walkowska-Lipko.
Badania pokazały, że tym, co zatrzymuje ludzi bezinteresownie pracujących w Muzeum, jest społeczność. – Znajdują tu przyjaźnie, również międzypokoleniowe. Ludzi, którzy mają podobne wartości – mówi Walkowska-Lipko.
Na tę międzypokoleniową komunikację zwraca też uwagę Borkowicz: – Kiedyś pewien powstaniec przyszedł do Muzeum na nagranie. Schodziliśmy schodami, koło nas przebiega młodziutka harcerka, melduje mi, że jedzie na nagranie. A ten powstaniec patrzy i mówi do mnie: „Ładne ma pan te łączniczki”. To było takie przerzucenie pomostu między nimi a nami.
– Nie udałoby się to wszystko bez entuzjazmu młodych ludzi, wolontariuszy. A to pokazuje, że pokolenia się nie zmieniają, trzeba tylko do ludzi dotrzeć – mówi Borkowicz.
SERCE | Zaglądam do Muzeum. Jak zawsze, jest tam mnóstwo ludzi. Podążają wytyczoną trasą. Przewodnicy opowiadają, dzieci zbierają kartki z kalendarza. Na każdej opisane jest, co działo się tego dnia.
Z parteru przez wszystkie kondygnacje biegnie stalowy monument z dziurami po kulach. Jeśli przytkniemy do nich ucho, usłyszymy dźwięki Warszawy z lata 1944 r. To tzw. serce Muzeum: bije dla tych, którzy zginęli, i dla tych, którzy przeżyli. Jego rytm dobrze wyczuwa się po przyłożeniu ręki – pulsuje gdzieś w tle muzealnego gwaru.
Niezmienny, podskórny – jak pamięć tego miasta.
Po moim wolontariacie została mi bluza z logo Muzeum. I zdjęcie z Normanem Davisem, który nas odwiedził. A także ważne przyjaźnie z ludźmi, z których wielu już nie żyje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















