Aresztowanie byłego prezydenta Filipin
Jeszcze w niedzielę 9 marca w Hongkongu, na spotkaniu z Filipińczykami, którzy przywędrowali tam za chlebem, Rodrigo Duterte odgrażał się, że niczego się nie boi. „Donoszą mi, że wystawiono za mną listy gończe… Jakiś międzynarodowy trybunał… Te skurwysyny nękają mnie od dawna – mówił na wiecu. – A cóż ja takiego złego zrobiłem? I czy robiłem to dla siebie albo dla swojej rodziny? Robiłem to dla was i dla waszych dzieci! Dla ojczyzny to wszystko było!”.
W Manili czekała na niego na lotnisku policja z nakazem aresztowania, wystawionym przez Interpol i Międzynarodowy Trybunał Karny. „Jeśli zrobiłem coś złego, niechże sądzą mnie tu, w Filipinach. Nie wysługujcie się białym cudzoziemcom! – krzyczał na policjantów. – Jeśli zamierzacie mnie odesłać do Hagi, to wcześniej będziecie musieli mnie zabić!”.
To było w poniedziałek, a w środę 12 marca Duterte siedział już w celi XIX-wiecznego więzienia Scheveningen na niderlandzkim brzegu Morza Północnego. W piątek sędziowie z Międzynarodowego Trybunału Karnego przedstawili mu zarzuty, które jeśli zostaną uznane, grozić mu będą dożywociem.
30 tys. ofiar wojny z narkotykami
Byłego prezydenta Filipin oskarża się, że jako szef państwa (2016-22), a wcześniej jako burmistrz miasta Davao na wyspie Mindanao, przemienił podległą mu policję w „szwadrony śmierci”, które tocząc na jego rozkaz wojnę z narkotykowymi gangami i narkomanami, zabiły około 30 tysięcy ludzi. To właśnie ta wojna, którą toczył gangsterskimi metodami, zyskała mu rozgłos, a rozgłos wyniósł do prezydentury. „Hej! Wy! Wszystkie skurwysyny, które siedzicie w narkotykach! Pozabijam was wszystkich, a waszymi trupami będę tuczył ryby” – grzmiał na wiecach przed wyborami prezydenckimi w 2016 roku.
Niewyparzony język i odbiegające od normy zachowanie zyskały mu przydomek „filipińskiego Trumpa”. On sam podziwiał raczej Władimira Putina i chińskiego przywódcę Xi Jinpinga. Rządził jak oni, po dyktatorsku, chełpiąc się, że prawem jest to, co on sam za nie uzna. I że nikomu nie pozwoli wtrącać mu się do polityki.
Przymierze z rodem byłego dyktatora Marcosa
Kiedy w 2018 roku śledczy z haskiego trybunału wszczęli śledztwo w sprawie narkotykowych wojen, Duterte ogłosił, że Filipiny występują z trybunału i nie będą uznawać jego jurysdykcji (śledczy trybunału twierdzą jednak, że mają prawo ścigać Dutertego, gdyż zbrodnie, o które jest oskarżany, popełnił, zanim Filipiny wystąpiły z trybunału).
Jako dodatkowe zabezpieczenie wymyślił polityczne przymierze z dynastią Marcosów. Ferdinand Marcos był dyktatorem w latach 1965-86 i został obalony wskutek ludowej rewolucji. Jego syn, Ferdinand „Bongbong” postanowił odzyskać władzę i powalczyć w 2022 roku o prezydenturę, którą po 6-letniej kadencji Duterte musiał złożyć. Duterte, do dziś bardzo popularny na Filipinach, postanowił go poprzeć. Do elekcji zamierzała stanąć także córka Dutertego, Sara, ale ojciec przekonał ją, by ustąpiła Marcosowi juniorowi i zadowoliła się posadą jego zastępczyni, a w zamian Marcos pomoże jej wygrać wybory w 2028 roku.
Przymierze politycznych rodów zapewniłoby Dutertemu dwanaście lat spokoju, gdyby Sara i Marcos junior nie poróżnili się zaraz po objęciu władzy. Jesienią Sara wyznała, że wynajęła zabójcę, by zgładził Marcosa, gdyby ten spróbował zamachnąć się na jej życie. W lutym niższa izba parlamentu wszczęła przeciwko Sarze procedurę impeachmentu, a w czerwcu ma się tym zająć Senat i jeśli usunie ją z urzędu, wykluczy ją także z walki o prezydenturę w wyborach w 2028 roku.
Zabiegając o poparcie Dutertego, Marcos obiecywał, że nie pozwoli go aresztować. Ale tocząc z Dutertami wojnę uznał, że wystawiony przez Trybunał Karny list gończy jest okazją, by pognębić wrogów, i wydał starego prezydenta do Hagi.
Na ławę oskarżonych w Hadze trafiają tylko przegrani
Haskiemu trybunałowi od dawna zarzuca się, że sądzi tylko przegranych. Gdyby nie gra o tron, Duterte nie odpowiedziałby za swoje czyny. W 2006 roku w Kongu przyglądałem się wyborom prezydenckim, które miały zakończyć największą wojnę współczesnej Afryki. O władzę ubiegali się główni wojenni aktorzy, których wojska w równej mierze dopuściły się wszelkich możliwych zbrodni. W Kinszasie mówiono, że ten, kto wygra wybory, stanie na czele państwa, a przegrany wyląduje w więzieniu w Hadze. Wygrał urzędujący prezydent Joseph Kabila, a pokonany Jean-Pierre Bemba dwa lata później został aresztowany i wydany trybunałowi z Hagi.
Na ławę oskarżonych trafiają tam pokonani w wojnach i w walce o władzę oraz sprzymierzeńcy w zbrodni, na których zwycięzcy próbują zrzucić winę za wspólnie wyrządzone zło. Porażka nie zdejmuje jednak z przegranych winy za wcześniej popełnione zbrodnie. Czy więc to źle, że ponoszą karę?
Władza wciąż zapewnia bezkarność. Sądu nie obawiają się Władimir Putin, Beniamin Netanjahu ani emir talibów Hajbatullah, za którymi trybunał z Hagi też rozesłał listy gończe. Ale i dla nich przypadek Dutertego powinien być przestrogą. Nie będą rządzić wiecznie, wcześniej czy później ich miejsce zajmą następcy, przez nich samych namaszczeni. Oni również mogą zostać zdradzeni, jeśli nowi przywódcy uznają, że na początek panowania potrzebują czystej hipoteki. Wyprą się dobrodziejów i na nich zrzucą całą winę za przeszłość, a na koniec wydadzą ich trybunałom, by dowieść swoich najlepszych intencji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















