Facecjoniści i profeci

Przewidywanie przyszłości ma kolosalną przeszłość.
Czyta się kilka minut
Jan Klata /
Jan Klata /

Zaprawdę pożytecznym jest rzucić okiem wstecz w tym zakresie i zadumać się nad konkretami, a następnie wyciągnąć wnioski na zaś. Zastrzegając od razu, że to meandryczny temat rzeka, do której będziem wchodzić wielokrotnie, zanurzając się niby w krynicy krzywych luster à lasmoke and mirrors”.

Zacznijmy z grubej rury: Nostradamus przewidział „najazd wielkiego wielbłąda”! Na tym niniejszy felieton należałoby właściwie zakończyć, ale przepowiadając Państwa niezadowolenie w przypadku zajścia takiej ewentualności, będę kontynuował o Nostradamusie. Więc Nostradamus to równy, szczery chłop, o czym niezbicie świadczy fakt, że w liście do syna o imieniu César jasno napisał, dlaczego jego przepowiednie są mętne: „celowo w zdaniach zawiłych i niejasnych rozwodzę się nad przyszłymi wydarzeniami, ażeby przemiany wśród ludzi zachodziły bez narażania na wstrząsy wrażliwości słuchaczy”. I bardzo słusznie: po co babcię denerwować?

Niestety, inny syn Nostradamusa, Michel, nie dostał wzmiankowanego listu, a César mu go nie pokazał... Michel wieszczył „na rympał”, zbyt często i zbyt konkretnie, co się po prostu wśród wyrafinowanych Francuzów nie sprawdzało. Wreszcie, zaledwie rok po śmierci wielkiego ojca imiennika, ambitny Michel junior najpierw zapowiedział pożar w miasteczku Pouzin, a następnie podłożył ogień. Niewdzięczne społeczeństwo nie było w stanie docenić kunsztu precyzyjnej profecji: sprawca został skazany na stratowanie przez oszalałe konie. Karę wykonano na miejscu. Opłakując losy Michela juniora, rzadkiego przykładu perfekcjonisty, warto wspomnieć, że César de Nostredame, ukochany syn wielkiego wróża, żył długo i szczęśliwie, gdyż po prostu nadmiernie nie dociekał.

Również losy wieszczków trojańskich jednoznacznie wskazują, że nie warto sobie zawracać głowy i obracać konia ogonem. Kasandra, Laokoon, te sprawy – lepiej zachować dyskretne milczenie i zawczasu wyrobić sobie szwajcarski paszport. Jak Zabłocki na mydle wychodzą także ludzie, którzy są obiektem wróżby, niezależnie od tego, czy „nieuchronny” scenariusz realizują (Makbet), czy też wręcz przeciwnie (Edyp). W ostateczności na jedno wychodzi, czyli ciemność widzę, ciemność, i Las Birnamski.

Rację zdaje się mieć niejaki Agamemnon, który wyczuwał u proroków nieszczęścia sporą Schadenfreude, oskarżając ich o to, że w skrytości swych „złych serc” odczuwają przyjemność a conto przyszłych tragedii. Apokalipsy apokryficzne jako źródło skrytej jouissance?

Hm... Piszę niniejsze słowa jako człowiek, który dla Państwa swego czasu niechybnie (za żydowskie pieniądze najprawdopodobniej) przewidział tryumf Kukiza. A teraz, na progu 2016, czuję, jak drży mi pióro, och, drży, czuję, jak drży bardzo, bo chce coś chlapnąć, ale wolę je złamać, nim coś z niego skapnie... Do siego roku! ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 01-02/2016