Ewolucja niezgody

Niezgodność zapłodnienia in vitro z doktryną katolicką nie musi być trwała, gdyż ta metoda jest ciągle doskonalona. Być może zamiast »nie i amen« powinniśmy minimalizować negatywne aspekty tego zabiegu.

19.11.2012

Czyta się kilka minut

 / il. Joanna Grochocka
/ il. Joanna Grochocka

Pomysł do napisania tego tekstu pojawił się w mojej głowie nagle. Pierwsza myśl była taka: metoda zapłodnienia in vitro ewoluuje (o czym poniżej). Druga: skoro tak, to z ewolucji tej może wyłonić się procedura zgodna, albo przynajmniej zbieżna, z doktryną katolicką. Ale w pełni zgodna będzie tylko wówczas, gdy zapłodnienie in vitro... będzie odbywać się in vivo. Z pozoru wygląda to na nonsens. Ale przecież wystarczy znaleźć metodę pozwalającą na to, by procedura dziś prowadzona w szalce Petriego zachodziła w organizmie kobiety.

Każda metoda medyczna jest doskonalona wraz z postępem wiedzy i technologii. Tak też jest z zapłodnieniem in vitro. Dziś nazwa in vitro (czyli „w szkle”) jest anachronizmem. Nikt bowiem nie prowadzi tego zabiegu w szklanych naczyniach, a wyłącznie w plastyku. Takim do jednorazowego użytku. Od czasów pierwszych prób Roberta Edwardsa i Patricka Steptoe pojawiły się też nowe, wydajniejsze i bardziej zbliżone do naturalnych pożywki dla oocytów i zarodków, w których prowadzi się ten zabieg. Innymi słowy, dziś o wiele łatwiej zapłodnić komórkę jajową „in plastico” niż w roku 1978 „in vitro”. I ta sytuacja będzie ewoluowała nadal. W dodatku zapewne szybciej niż do tej pory, gdyż postęp nauki wymusza takie właśnie zmiany.

Ewolucja zabiegu medycznego wymaga wysiłku ze strony lekarzy i biologów. Aby szła ona w kierunku dostosowania zapłodnienia in vitro do doktryny katolickiej, trzeba chcieć działać w tym kierunku. Takich działań jednak dziś w ogóle nie ma. Ponieważ Kościół walczy o zakaz wykonywania zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego, wykonujący go lekarze i biolodzy w ogóle nie myślą o tym, jak dostosować tę procedurę do wymagań katolików, a jedynie jak uniknąć kościelnych zasadzek. Stąd ewidentny konflikt interesów. Aby taka wizja zaistniała, konieczny jest więc dialog między dwoma, tak odległymi od siebie światami i wizjami. Może warto takie pole dialogu stworzyć?

Wbrew pozorom pomysłów na rozbrojenie, a przynajmniej osłabienie bomby światopoglądowej wynikającej z podejścia do procedury in vitro może być wiele. Warunkiem jest jednak rozmowa i słuchanie siebie nawzajem. Oto pytania i pomysły, lepsze lub gorsze, które mogą przyczynić się do sprowokowania takiego dialogu i stworzenia pewnego pola działania.

1. Czy postępu w nauce nie można wykorzystać do humanizacji procesu zapłodnienia in vitro i przybliżenia go do warunków in vivo? Skoro zapłodnienie in vitro dokonywane w szkle czy plastyku po prostu drażni swoją zimną stroną medyczną, to może wystarczyłoby szalki Petriego używane do in vitro zasiedlać komórkami pochodzącymi z dróg rodnych kobiety? Całą szalkę Petriego można pokryć takimi komórkami i zapłodnienia można dokonać w warunkach prawie identycznych do in vivo. Oczywiście taki wybieg nie usatysfakcjonuje Kościoła, ale, co wspomniałem na wstępie, dopóki zabieg odbywa się poza organizmem kobiety, i tak nie może w pełni spełnić warunków doktryny katolickiej. Proponowana wyżej modyfikacja podrożyłaby w oczywisty sposób koszty zabiegu. Ale kto wie, czy osoby pragnące większej humanizacji poczęcia własnego dziecka nie chciałyby za to zapłacić.

2. Czy problem nadliczbowych zarodków zamrażanych w ciekłym azocie można rozwiązać w sposób humanitarny? Mrożenie zarodków nadliczbowych pozwala na powtarzanie zabiegu in vitro w razie pierwszego czy kolejnego niepowodzenia bez ponownej stymulacji hormonalnej kobiety. W ten sposób oszczędza się zdrowie kobiety, ale, według doktryny katolickiej, naraża się dzieci poczęte na przebywanie (wieczne?) w ciekłym azocie. Otóż przeniesienie nadliczbowych zarodków po zakończeniu prób zapłodnienia in vitro do dróg rodnych matki, tak aby nie nastąpiło zagnieżdżenie, tzn. np. do pochwy, a nie do macicy, albo do macicy, ale w takiej fazie cyklu, kiedy implantacja nie może nastąpić, mogłoby rozwiązać ten dylemat.

Zarodki wracałyby do dróg rodnych kobiety, od której pobrane były komórki jajowe, i dalszy ich los zależałby wyłącznie od woli Bożej. To wyjście przypomina dwie sytuacje akceptowane przez Kościół. Pierwszą jest współżycie małżeńskie w okresie karmienia piersią po porodzie, choć wiadomo, że ewentualne poczęcie zakończy się śmiercią zarodka, albowiem faza lutealna jest wówczas za krótka, by zapłodniona komórka zdążyła się zagnieździć w macicy. Drugim jest dopuszczalność stosunków płciowych w dni niepłodne.

3. Procedurę zapłodnienia in vitro można usprawnić tak, aby samo zapłodnienie de facto odbywało się in vivo. Tyle że nie w jajowodzie kobiety, a na przykład w jej macicy. Obecnie procedura zapłodnienia in vitro rozpoczyna się od pobrania oocytów z jajnika kobiety i przeprowadzenia ich dojrzewania in vitro. Kościół nie ma nic przeciwko temu zabiegowi, ponieważ oocyty to żeńskie komórki rozrodcze, a jeszcze nie zarodki.

Kościół akceptuje też metodę GIFT (od ang. Gamete IntraFallopian Transfer), czyli pobranie komórki jajowej z jajnika i przeniesienie jej poza przeszkodę w jajowodzie oraz normalny stosunek. Może więc mógłby zaakceptować sytuację, w której GIFT połączono by z zapłodnieniem przez pakiet nasienia mężczyzny. Można bowiem opracować metodę pozwalającą łączyć dojrzewające in vitro oocyty z plemnikami ojca w kapsułach wszczepianych do macicy (idealnie byłoby wszczepiać je do jajowodu, czyli tam, gdzie następuje fizjologiczne zapłodnienie, ale wymaga to zabiegu chirurgicznego – laparoskopii). Wówczas zapłodnienie de facto następowałoby in vivo, w drogach rodnych kobiety.

Wykonanie kapsuły z materiałów rozpuszczalnych zapewniałoby, że po kilku dniach ulegałaby ona rozpuszczeniu i zarodek uwalniany byłby do macicy, gdzie mógłby swobodnie się zagnieżdżać i rozwijać w płód. Tak można by w sposób dość trywialny z technologicznego punktu widzenia zastąpić zapłodnienie in vitro zapłodnieniem in vivo w kapsule. Oczywiście konieczne byłyby badania nad skonstruowaniem takiej kapsuły. Jednak bez wstępnego przyzwolenia Kościoła nikt takich badań się nie podejmie, gdyż z punktu widzenia medycznego wyjście to może jedynie ograniczyć wydajność zabiegu. Jest ono również bardziej skomplikowane w porównaniu z dostępnymi dziś metodami o większej skuteczności.

4. W końcu kwestia czwarta i ostatnia, teoretycznie najłatwiejsza w realizacji, ale równocześnie najbardziej chyba kontrowersyjna, gdyż pozbawiająca Kościół części środków nacisku na katolików: czy Kościół mógłby skuteczniej bronić dzieci poczęte in vitro przed ostracyzmem, którego doświadczają niektóre z nich? Prasa donosiła ostatnio o ostracyzmie niektórych księży przy prośbie o chrzest, choć oficjalnie Kościół tego oczywiście nie zaleca. Chodziłoby więc o pewną zmianę podejścia i przestawienie akcentów. Na prośbę rodziców Kościół mógłby prowadzić dzieci poczęte in vitro od samego początku ich istnienia, bez – podkreślam – konieczności aprobaty dla samego zabiegu. Dlaczego nie można by, bez odstąpienia od uznawania in vitro za grzech, błogosławić poczętym przez in vitro dzieciom, otaczać je uwagą Kościoła, niezależnie od samego chrztu?

Form takiej atencji może być wiele. Podkreślam, że nie chodzi o błogosławienie rodzicom, lekarzom i biologom, ale niewinnym niczemu dzieciom. Nie byłoby to równoznaczne z przyznaniem racji kobiecie poddającej się zabiegowi in vitro, ale byłoby uznaniem, że osoba powołana do życia, nawet przy grzechu rodziców, ma pełne prawo do błogosławieństwa ze strony Kościoła. To jest oczywiste już dzisiaj, ale w życiu niestety zbyt często nie działa.

***

To tylko część możliwych pytań i propozycji. Ta lista może być dalej wydłużana. Ale głównym pytaniem pozostaje: czy szukanie tego typu rozwiązań ma sens? A sens takim poszukiwaniom może nadać wyłącznie dobra wola strony kościelnej. Strona medyczna nie ma żadnych oporów natury ideologicznej. O jej odzew martwiłbym się na samym końcu. 

Prof. dr hab. JACEK KUBIAK jest embriologiem i byłym pracownikiem naukowym Zakładu Embriologii Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Od ponad dwudziestu lat pracuje w CNRS/Université Rennes 1 we Francji. Stale współpracuje z „TP”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 48/2012