Erytrea: jądro ciemności

Dan Connell, były korespondent „Washington Post” w Erytrei: W Europie, gdy już tu dotrą, Erytrejczycy należą do najlepiej adaptujących się grup imigrantów. Zaczynanie życia od nowa to dla nich żadna nowość.

13.12.2015

Czyta się kilka minut

Uciekinierki z Erytrei w obozie przejściowym Kassala w Sudanie, październik 2015 r. / Fot. Ashraf Shazly / AFP / EAST NEWS
Uciekinierki z Erytrei w obozie przejściowym Kassala w Sudanie, październik 2015 r. / Fot. Ashraf Shazly / AFP / EAST NEWS

MARCIN ŻYŁA: Z niewielkiej Erytrei pochodzi czwarta co do wielkości – i największa z Afryki – grupa uchodźców, którzy docierają do Europy. Zarazem współczynnik uznawalności wniosków o azyl w przypadku Erytrejczyków wynosi w Europie blisko sto procent. Co to za kraj?

DAN CONNELL: Powstał on w XIX wieku, jako kolonia włoska. W latach 40. XX wieku kontrolę nad nią przejęła Wielka Brytania, a w latach 50. sąsiednia Etiopia. Na mapach Afryki nie było Erytrei jako państwa aż do 1993 r., gdy sukcesem skończyła się wojna o niepodległość, trwająca przez 30 lat. A ściślej: dwie wojny, prowadzone przeciw dwóm rządom etiopskim, sprzymierzonym kolejno z USA i ze Związkiem Sowieckim.

Jest to więc historia bardzo krótka?

Krótka, lecz skomplikowana, naznaczona zdradami ze strony państw, które chciały kontrolować Erytreę – małą, ale położoną strategicznie, bo na wybrzeżu Morza Czerwonego i nad cieśniną łączącą je z Oceanem Indyjskim, tj. przy jednej z głównych morskich tras komunikacyjnych świata. Powiedziałbym, że zdrady, których Erytrejczycy doświadczali, sprawiają, że odznaczają się oni silnym poczuciem tożsamości, ale też nieufnością do świata.

Niepodległa Erytrea uwikłała się szybko w spór graniczny z Etiopią... 

Na początku lat 90. Erytrejczycy mieli prawo się spodziewać lepszej przyszłości. Było to młode państwo, wspierane przez Zachód, o niskim poziomie przestępczości i korupcji – sytuacja niezwykła jak na Afrykę. W przygotowanie konstytucji zaangażowali się wtedy nawet mieszkańcy najbardziej odległych wiosek, konsultacje społeczne trwały dwa lata. Potem stało się coś złego: Erytrea weszła w konflikt z sąsiadami. Nie tylko z Etiopią, także z Sudanem, z Dżibuti, a nawet z położonym na drugim brzegu Morza Czerwonego Jemenem. Gdy tylko wybuchał jakiś spór, Erytrejczycy chwytali za karabiny.

Dlaczego?

Myślę, że wcześniejsze konflikty wytworzyły u nich coś w rodzaju kultury wojennej i tożsamości ufundowanej na przekonaniu, że ich kraj jest w stanie nieustannego oblężenia. Że mogą polegać tylko na sobie i swojej broni.

Skąd się wzięło uzależnienie państwa od pieniędzy przysyłanych przez członków erytrejskiej diaspory, głównie z Europy?

Z wyjątkiem minerałów, w ostatnich latach wydobywanych coraz śmielej dzięki kontraktom z zachodnimi firmami, Erytrea niczego nie eksportuje. Spora część budżetu – jak duża, tego nie wiemy, gdyż rząd nie publikuje danych finansowych – to wpływy z przekazów od diaspory. Władze w Asmarze, stolicy, wprowadziły bowiem dwuprocentowy podatek dochodowy dla Erytrejczyków mieszkających poza granicami kraju. Jeśli go nie płacisz, tracisz obywatelstwo i prawo powrotu do ojczyzny. Ostatnio, na skutek protestów Zachodu, erytrejski rząd zaczął zmuszać ludzi, by wysyłali pieniądze bezpośrednio do stolicy zamiast, jak dotąd, do ambasad Erytrei w państwach, gdzie pracują. Dowody przelewów publikuje się w internecie.

Od lat władzę w Erytrei sprawuje de facto rząd wojskowy, złożony z dawnych bojowników o niepodległość. Wprowadził on obowiązek poboru do wojska, a służba w nim jest w praktyce nieograniczona czasowo. Co to znaczy?

Praktycznie całe pokolenie 18-latków jest teraz powoływane do armii. Po odbyciu służby przenosi się młodych na stanowiska pozostające pod kontrolą partii rządzącej. W pewnym sensie człowiek pozostaje w zależności służbowej, choć nie jest już w służbie zasadniczej. Efekt jest taki, że młodzi uciekają masowo: to, co teraz widzimy w Europie i Ameryce Północnej, to właśnie napływ młodych ludzi z Erytrei, które nie „kupują” już argumentów reżimu, że taka militaryzacja społeczeństwa jest konieczna. A jedynym sposobem wyrażenia sprzeciwu jest dla nich ucieczka.

Ile osób opuściło w ostatnich latach Erytreę?

Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) zarejestrowało ponad 300 tys. ludzi w obozach dla uchodźców w Sudanie, Etiopii i Dżibuti. Kiedy kilka miesięcy temu pojechałem do Sudanu, pracownicy UNHCR mówili mi jednak, że nawet 70 proc. uciekinierów nie jest rejestrowanych.

A ilu mieszkańców faktycznie liczy kraj?

Tego też nie wiemy dokładnie, ponieważ nigdy nie przeprowadzono spisu ludności. Według moich szacunków Erytrejczyków jest od czterech do pięciu milionów. Jeśli ostrożnie założymy, że wyemigrowało 500 tys. ludzi, okaże się, że kraj stracił już 10 proc. populacji.

Którędy wiodą szlaki uchodźcze?

Dosłownie przez cały świat. Od kilku lat podążam w mojej pracy śladami erytrejskich uciekinierów. Tylko w ciągu ostatniego roku w poszukiwaniu ich odwiedziłem 19 państw. Najbardziej znana trasa prowadzi do Europy przez Sudan, Libię i Morze Śródziemne. Ale Erytrejczycy przemieszczają się też przez Egipt i Turcję. Znam takich, którzy dostali się do Jemenu przez Morze Czerwone, tam załatwili sobie fałszywe dokumenty i potem, już w Turcji, dołączyli do uchodźców i imigrantów podróżujących przez Bałkany. Rozmawiałem też z Erytrejczykami, którzy z Afryki polecieli najpierw do Ameryki Południowej. Stąd autobusami, pieszo bądź na pick-upach dostawali się na północ, terytoriami kontrolowanymi przez gangi narkotykowe, w stronę USA. My, Amerykanie, często sądzimy, że przez granicę meksykańską przechodzą do nas głównie Latynosi. Tymczasem są wśród nich też Erytrejczycy. Spotkamy ich nawet w Australii i Nowej Zelandii.

To trudne do wyobrażenia, biorąc pod uwagę, że kraj jest tak mały...

Jeśli zablokuje się im jakąś drogę ucieczki, znajdą inną. Początkowo najpopularniejsza była trasa wiodąca przez Libię. Ale w 2007 r. Muammar Kaddafi zawarł pakt z Włochami w sprawie przyjmowania odsyłanych przez Włochy uchodźców i Erytrejczycy zaczęli wybierać szlak wiodący przez Egipt i Izrael. To był horror: na egipskim półwyspie Synaj masowo ich porywano, torturowano, zmuszano do kontaktów z krewnymi na Zachodzie, którzy płacili okup, czasem nawet po 40 tys. dolarów. Potem Izrael postawił zasieki na granicy, które zatrzymały uciekinierów. Erytrejczycy znów podróżują przez Libię.

Droga to niebezpieczna...

Już w Sudanie przemytnicy ograbiają uciekinierów z pieniędzy i wywożą ciężarówkami do sudańskiej stolicy, Chartumu. Stąd, jeśli nie aresztuje ich policja, która czasem również żąda okupu za uwolnienie, ruszają dalej, narażeni na napady gangów z Czadu i północnego Sudanu. Tak docierają do Libii, gdzie wciąż panuje chaos. Bywa, że samochody psują się na pustyni. Jeśli ktoś choruje, grozi mu, że szmuglerzy porzucą go wśród piasków. Nigdy nie uda nam się policzyć, ilu Erytrejczyków w ten sposób zginęło – i wciąż ginie – na Saharze. Także dzieci.

Dlaczego wielu uciekinierów z Erytrei to samotni młodzi mężczyźni?

Uciekają przed poborem do wojska i tą późniejszą permanentną quasi-służbą wojskową, o której mówiłem. Spotkałem też kobiety uciekające przed służbą wojskową – bo niezamężne kobiety również podlegają poborowi. Boją się one m.in. powszechnego w erytrejskiej armii wykorzystywania seksualnego. Również wiele innych kobiet opuszcza kraj, bo chcą dołączyć do mężów, którzy uciekli wcześniej. Najliczniejszą nową grupą uciekinierów są dzieci w wieku 10-15 lat. Uciekają jako pierwsze z rodziny, z nadzieją, że w przyszłości uda im się sprowadzić najbliższych.

Kogo spotykają po drodze?

Z Erytrei uchodzi wielu chrześcijan posługujących się językiem tigrinia. Muszą podróżować przez kraje islamskie. Zdarza się, że są źle traktowani ze względu na swe chrześcijaństwo i pochodzenie etniczne. W północnej Libii tamtejsze tzw. Państwo Islamskie zamordowało już wielu erytrejskich chrześcijan. Erytrejczycy – także muzułmanie – bywają też celem ataków rasistowskich podejmowanych tam przeciw czarnoskórym Afrykanom.

Czasem dotarcie do celu zajmuje uchodźcom kilka lat. Co dzieje się po drodze?

Konieczność podróży przez niebezpieczne rejony sprawia, że nie chcą mieć przy sobie dużych sum pieniędzy. Jeśli rodzina nie przysyła im wsparcia, zwykle gdzieś po drodze znajdują pracę, aby zarobić na dalszą podróż. W Sudanie, Ugandzie, Kenii czy RPA wielu Erytrejczyków pracuje np. jako taksówkarze. Zaradność zostaje im na dłużej. To zaskakujące, że w Europie, gdy już tu dotrą, Erytrejczycy należą do najlepiej adaptujących się grup imigrantów. Zaczynanie życia od nowa to dla nich żadna nowość.

Nie wszyscy mają to szczęście. Niedawno swoje granice zamknęły przed nimi kraje bałkańskie, które dalej na Zachód puszczają już tylko Syryjczyków, Irakijczyków i Afgańczyków. Mówi się wręcz, że Erytrejczycy są najmniej chcianą grupą etniczną na świecie.

Z każdym miesiącem jest coraz gorzej. Tam, gdzie trafiają imigranci, coraz częściej szuka się pretekstów, by zawrócić ich z powrotem. Wielka Brytania zastanawia się właśnie, czy nie uznać, że sytuacja wewnętrzna w Erytrei poprawiła się na tyle, iż już nie trzeba przyjmować uchodźców. Z kolei służby amerykańskie często powołują się na prawo antyterrorystyczne. Jeśli dana osoba była w przeszłości członkiem grupy zbrojnej – co w przypadku Erytrejczyków jest częste – praktycznie z automatu odmawia się jej wjazdu. Przypuszczam, że gdyby dziś do USA próbował uciec z RPA młody Nelson Mandela, zawrócono by go z granicy. ©℗

DAN CONNELL (ur. 1944) jest pisarzem i dziennikarzem, byłym korespondentem dziennika „Washington Post” w Erytrei, gdzie był m.in. świadkiem wojny o niepodległość. Założyciel organizacji „Grassroots International”, która pomaga krajom Afryki i Bliskiego Wschodu, autor książek o Erytrei. Od trzech lat podróżuje po świecie tropem uciekinierów z tego kraju.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Marcin Żyła jest dziennikarzem, od stycznia 2016 do października 2023 r. był zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 51-52/2015