Zdziwiłem się bardzo, przeczytawszy, że 10 stycznia, w pięknym wieku 90 lat zmarł Erich von Däniken, byłem bowiem przekonany, że od dawna nie żyje. Dzielę się tym zdziwieniem, bo wydaje mi się, że mówi coś o losach tego giganta pseudonauki, klasyka humbugu, błyskotliwego i utalentowanego literacko hotelarza ze Szwajcarii, który święcie wierzył, że przybysze z odległych galaktyk mieli decydujący wpływ na losy ludzkości.
Pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia właśnie z powodu tej wiary porzucił hotelarski fach i oddał się całkowicie swej pasji. W efekcie powstało kilkadziesiąt książek, w których – analizując stare papirusy, teksty biblijne, wykresy i obiekty architektoniczne – usiłował dowieść, że stoją za tym wszystkim kosmici.
Niczym Indiana Jones – postać nim niewątpliwie inspirowana, co stało się wprost jasne w filmie „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” – podróżował do różnych egzotycznych krain i tropił tam ślady obcych cywilizacji.
Krytyka teorii Dänikena i spór z nauką
Śmiałość jego tez była jednak od początku odwrotnie proporcjonalna do siły przemawiających za nimi dowodów. Naukowcy bez trudu punktowali jego naciągane teorie, selektywne (delikatnie mówiąc) podejście do faktów i fantazmaty podawane w opakowaniu „odważnej” refleksji. Niezależnie od tych krytyk, Däniken błyskawicznie podbił czytelnicze serca: stał się autorem bestsellerowym i wydawanym w kilkudziesięciu językach.
Boom jego popularności u nas to chyba lata 70. i 80., ale mnóstwo wznowień i pierwszych edycji pojawiło się także w ostatniej dekadzie XX w. Niejednokrotnie też Polskę odwiedzał, a na spotkania z nim przychodziły tłumy. W 1977 r. w redakcji tygodnika „Kultura” odbyła się też dyskusja z jego udziałem. Opcję krytyczną reprezentował Bogusław Wolniewicz – zmarły w 2017 r. filozof i logik, w ostatnich latach życia znany głównie ze skandalizujących politycznych wystąpień, jednak dla współczesnej polskiej nauki postać o wielkim znaczeniu i zasługach.
Wolniewicz – w swoim niepodrabialnym stylu – skwitował twórczość Dänikena w słowach krótkich i żołnierskich: nazwał ją „prostą bzdurą” i „pomysłem niegodnym uwagi”. Ale zaznaczył przy tym, że prawdopodobnym źródłem jej popularności jest zjawisko wkraczania pseudonauki w sferę opustoszałą po religii.
UFO, religia i potrzeba metafizyki we współczesnym świecie
Jest coś niezwykle trafnego w tej obserwacji, dziś skądinąd jeszcze bardziej niż pół wieku temu.
W podobnym duchu o fascynacjach UFO i przybyszach z kosmosu wyrażał się Carl Gustav Jung, dla którego był to fenomen o charakterze ściśle religijnym. Współczesny człowiek wyzbyty metafizyki – pisał w książce „Nowoczesny mit” – pokłada nadzieję na zbawienie już tylko w technologii, a przedstawiciel obcej, zaawansowanej cywilizacji jest dlań idealnym substytutem bóstwa.
I chyba tym właśnie należy tłumaczyć wielką popularność Dänikena – wybitną zdolnością do wyrażania tęsknot, fantazji i pragnień swojej epoki.
Wpływ Ericha von Dänikena na popkulturę i fantastykę
Nieprzypadkowo jego proza stała się obfitym źródłem inspiracji dla kina, literatury czy komiksu: oprócz Indiany Jonesa starczy przywołać serial „Gwiezdne wrota” i niedawnego „Prometeusza” (czyli prequel „Obcego”).
No i oczywiście kultowy polski cykl komiksów „Bogowie z kosmosu” ze scenariuszem Alfreda Górnego i Arnolda Mostowicza oraz rysunkami Bogusława Polcha, którego kolejne zeszyty opatrywane były adnotacją „Według Ericha von Dänikena”. Nie zapomnę ekscytacji, z jaką zaczytywałem się w tych historiach na początku lat 90.
W okolicach lat 2000. sława Dänikena zaczęła jednak przygasać, a w ostatniej dekadzie, kiedy nastąpiła prawdziwa eksplozja irracjonalizmu, zajął on miejsce w panteonie zasłużonych i zakurzonych klasyków.
Popularność zyskało wielu jego naśladowców, a także propagatorów teorii spiskowych i pseudonauki, cechujących się o wiele większą siłą przebicia. Butnych, pewnych siebie, bezczelnych, świetnie zorientowanych w realiach nowych technologii, umiejętnie przykrawających swój przekaz do potrzeb publiczności żyjącej w świecie coraz mniej przewidywalnym i coraz bardziej napawającym lękiem.
Owszem, w twórczości takich tuzów gatunku jak Graham Hancock (spec od pseudoarcheologii) czy David Icke (ekspert od reptilian) znać inspiracje Dänikenem, ale – nie da się ukryć – uczniowie przerośli mistrza, zwłaszcza jeśli chodzi o zdolność do przyciągania uwagi i monetyzowania swoich rewelacji.
Dziedzictwo Dänikena w epoce teorii spiskowych
Może to naturalna kolej rzeczy, a może Däniken nie odnalazł się po prostu w tych nowych, drapieżnych warunkach. Mam wrażenie, że nigdy nie był człowiekiem cynicznym, był po prostu bajkopisarzem, który cokolwiek minął się z powołaniem. Poszukiwaczem niesamowitości, który odrobinę zbyt mocno uwierzył, że trafił na trop wielkiej tajemnicy.
Jego przekaz nigdy nie był toksyczny tak, jak toksyczna i agresywna bywa współczesna pseudonauka i spiskowa paranoja. Nie podkopywał społecznego zaufania, nie wciągał w myślowe pułapki bez wyjścia, snuł po prostu swoje fantazje i szukał odpowiedzi na fundamentalne pytania.
Było w nim, krótko mówiąc, coś ujmującego i... poczciwego. W historii nauki z całą pewnością się nie zapisze, w historii popkultury, a nade wszystko w historii nieposkromionej ludzkiej wyobraźni, ma już jednak zapewnione poczesne miejsce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















