Na inaugurację amerykańskiej prezydentury musimy patrzeć jak na model. Najpewniej impreza rozpoczynająca kadencję nowego polskiego prezydenta będzie czymś na kształt tej amerykańskiej. Które elementy zostaną przeniesione żywcem, a które zostaną zassane jako inspiracja?
Rzec trzeba, że dla ludzi przyzwyczajonych do tradycyjnie pojmowanego majestatu państwa, waszyngtońska balanga była wydarzeniem szokującym. Odbyła się ona bardziej z okazji pognębienia niż wyborczego zwycięstwa. To rozróżnienie jest ważne. Tylko chwilę zajęło nam zastanawianie się, co przypominał nam klimat tej zabawy. Stroje, ruchy, miny i gesty gości znanych i nieznanych były inspirowane ekranizacjami Disneya. To się pewnie wymyśliło im w Stanach samo z siebie, nikt nie musiał pisać kosztownego scenariusza.
Wydaje się, że takie podejście do inauguracji jakichkolwiek rządów gdziekolwiek będzie od teraz obowiązywać wszędzie. Rzecz jasna z bardzo wielu powodów, i w wielu krajach, będzie to zaledwie namiastka – choćby dlatego, że skompletowanie tak niesamowitej, pod każdym względem osobliwej grupy uczestników jest możliwe tylko w Ameryce. Jednak – popatrzmy – nie musimy mieć kompleksów. Zaburzenia behawioralne dzisiejszych polityków i ludzi każdej władzy, też ekonomicznej, i w Polsce są powszechne. Można nie być najbogatszym człowiekiem globu i absolutnie bezładnie przemawiać, wygłaszać najbanalniej głupie albo straszne opinie, robić tak samo dziwne i niepokojące miny, wybałuszać gały i tak samo hajlować. To umie naprawdę każdy i nie trzeba mieć góry dolarów, żeby człowiekowi z okazji takich występów klaskano.
Objęcie władzy przez nowych ludzi w Ameryce – te miny, dziwaczne mowy, pomysły, gesty, zachowania, solidnie niepokoją, ponieważ wszyscy – jak tu ponuro siedzimy – boimy się apokalipsy. Więc sprzedaż wszelakich artykułów mogących pomóc w jej przetrwaniu rośnie. Można mieć dowolne poglądy, ale wystarczy się uważniej rozejrzeć, by odczuwać niepokój. By popaść w stany wahliwe. Warto więc może znaleźć sobie temat wywołujący choćby mgnienie uśmiechu. Niech takim maleńkim pocieszeniem będzie kilka słów o rozdzierającym pechu naszej prawicy. Tego nikt ładnie nie zsumował, a warto. Popatrzmy.
Nasza prawica kocha V. Orbána, który jawnie i bez hamulców kocha W. Putina i jego reżym. Jak ten romantyczny zawijas wytłumaczyć rusofobicznej, własnej przecież publiczności? Nawet tak do bólu oddanej? Przecież tego nie da się logicznie objaśnić. Zresztą, nikt nie próbuje. Jest to zatem miłość nietłumaczona, bo serce – powiada mądrość ludowa – nie sługa. A może to się kiedyś samo wytłumaczy? Jakoś podobnie jest z prawicowym uwielbieniem dla E. Muska. Nasza rozdarta prawica kocha E. Muska, bo ów jak mało kto potrafi zaorać lewaka. Ale jak oranie lewaka pogodzić z oraniem Polaka? Mamy na myśli szokującą żarliwość w głoszeniu apeli, by Niemcy znowu wielkie były. Niemcy znowu wielkie to przecież oranie Polaka na całego. Co więc zrobić i mówić o E. Musku, gdy oto oparliśmy sens intelektualnego istnienia prawicy polskiej na nienawiści do Niemców? Zresztą już od jakiegoś czasu zastanawiamy się, jak pogodzić bycie polskim prawicowcem z uwielbieniem dla producenta aut elektrycznych. Gdyby E. Musk nienawidził Niemców, Żydów, Rosjan i Ukraińców, gdyby produkował auta jeżdżące na koktajl z węgla i ropy, gdyby w trakcie postojów auta te grillowały karkówkę, gdyby wydalały do kanalizacji stężony cyjanek potasu, to można by go było kochać po polsku i bezbrzeżnie. Czy Polak musi mieć zawsze pecha w miłości? Na to wychodzi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















