Tocząca się w trakcie epidemii historia ogłaszania (oraz wstrzymywania się od ogłaszania) decyzji dotyczących egzaminów to spójna opowieść o systemie, w którym testy mają status świętości. Rok temu ówczesne kierownictwo MEN nie chciało słyszeć o ich odwołaniu. W tym roku jest podobnie. Na argument, że nienormalne czasy – z kryzysami psychicznymi uczniów, nierównym dostępem do zdalnej nauki – wymagają radykalnych decyzji, władza zareagowała tylko retuszami w egzaminacyjnych wymaganiach.
Najbardziej znamienna jest wielomiesięczna batalia o zaniechanie przez rząd planów zwiększenia wymagań od roku przyszłego. Chodzi głównie o dzisiejsze 6 i 7 klasy: już od 2022 r. na egzaminie ósmoklasisty miał zacząć obowiązywać dodatkowy, czwarty test (do wyboru: historia, biologia, chemia, fizyka), a na tym z polskiego uczniowie mieli się wykazać znajomością większej liczby lektur. Protestujący pedagodzy i rodzice od miesięcy alarmowali, że to szaleństwo – mowa o rocznikach, które poszły w wieku 6 lat do szkoły, i które pandemia zastała w newralgicznym wieku dojrzewania. Długo bez skutku, aż do zeszłego tygodnia, kiedy minister Przemysław Czarnek zaczął przebąkiwać o możliwym – do południa w poniedziałek, gdy zamykaliśmy ten numer „TP”, bliżej nieokreślonym – złagodzeniu wymagań.
Ta sprawa – jak i kilka innych, np. brak reakcji na zniknięcie wiosną ubiegłego roku dzieci z systemu zdalnej nauki czy niechęć do radykalnego okrojenia podstaw programowych w epidemii – wiele mówi o obranej przez władzę oświatową strategii kryzysowej: udawania, że kryzysu nie ma. ©℗
Czytaj także: Krzysztof Biedrzycki: Przeciw Kasandrom
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















