Reklama

Dzień, który wszystko zmienił

Dzień, który wszystko zmienił

01.06.2009
Czyta się kilka minut
Inaczej niż w NRD czy Czechosłowacji, zmiany w Polsce dokonywały się w 1989 r. bez masowego udziału społeczeństwa - historycy nazwą je później rewolucją "reglamentowaną". Wyjątkiem był 4 czerwca: tego dnia Polacy zmienili bieg zdarzeń, a wynegocjowana przy Okrągłym Stole reforma systemu zamieniła się w jego upadek. Także tu, w mieście na północnym Mazowszu.
P

Piąta trzydzieści. Słonecznie, choć rześko. Są już wszyscy członkowie komisji wyborczej. Lista, kabiny, stoliki, krzesła i urna. Ostatni rzut oka, czy wszystko jest na swoim miejscu. Trochę nieufnie patrzą na dwóch mężczyzn, którzy przedstawiają się jako mężowie zaufania - i przedkładają stosowne zaświadczenia, podpisane przez kogoś w Warszawie. Obaj mężczyźni mają wpięte znaczki "Solidarność" - starszy w klapę marynarki, młodszy w kieszeń dżinsowej bluzy. Mają patrzeć komisji na ręce - choć przecież żaden z nich nigdy nie był członkiem komisji wyborczej.

Zamienią tylko kilka zdawkowych słów, zanim drzwi osiedlowego przedszkola - tego dnia siedziby komisji - kilka minut po szóstej przekroczą pierwsi wyborcy. Nazwisko, podpis na liście, pierwsze karty wpadają do urny. 4 czerwca 1989 r. w osiedlowym przedszkolu miasta wojewódzkiego na północnym Mazowszu dzieje się historia.

***

Mija godzina za godziną. Wyborcy przychodzą w rytm końca kolejnych Mszy w miejscowym kościele. Przed dziesiątą, po jedenastej, najliczniej przed trzynastą, po siedemnastej i znów licznie po osiemnastej.

Jedni skreślają od razu, inni pytają, co zrobić z tzw. listą krajową, która ma zagwarantować miejsca w Sejmie 35 czołowym działaczom rządzącej PZPR. Bo nawet Lech Wałęsa mówił wczoraj w telewizji, żeby nie skreślać tych 35 nazwisk. "Można skreślać, można zostawić" - odpowiadają panowie i jedna pani z komisji. Członkowie komisji będą czekać jeszcze do dwudziestej, choć po ostatniej Mszy o godzinie osiemnastej frekwencja i wynik już niewiele się zmienią.

Tymczasem w siedzibie Komitetu Obywatelskiego Solidarności w kamienicy przy rynku mają już pierwsze przecieki z Warszawy: są wyniki z USA, gdzie głosowano wczoraj. Jest dobrze, wygrywamy.

O dwudziestej w warszawskiej kawiarni "Niespodzianka" przy placu Konstytucji, siedzibie Biura Wyborczego warszawskiego Komitetu Obywatelskiego, entuzjazm: pierwsze, nieoficjalne jeszcze wyniki potwierdzają miażdżące zwycięstwo. Bronisław Geremek udziela pierwszych wywiadów zachodnim dziennikarzom.

Tymczasem w odległym o nieco ponad sto kilometrów od stolicy osiedlowym przedszkolu, w mieście na północnym Mazowszu, zaczyna się liczenie. Najwięcej kłopotów będzie z listą krajową. Liczba głosów się nie zgadza, przeliczają więc po raz drugi. Kiedy składają podpisy na protokole, na zewnątrz jest już jasno. Do domów rozejdą się po piątej rano.

Choć to jest ciągle jeszcze PRL i dziesiąte wybory w tym mieście (1952, 1957, 1961, 1965, 1969, 1972, 1976, 1980, 1985; w latach 60. łączono je z wyborami do rad narodowych wszystkich stopni, w latach późniejszych - do Wojewódzkich Rad Narodowych), wielu z tych, którzy wtedy oddają swój głos na kandydatów "drużyny", ma wrażenie, że tak naprawdę głosuje po raz pierwszy w życiu.

***

Wcześniej kampania wyborcza toczyła się niemrawo. W kamienicy przy rynku - plakaty, telefony i dziesiątki kręcących się osób. Ale mieszkańcy miasta żyją swoimi problemami. Średnia pensja wynosi już 107 tysięcy złotych, za wołowinę na kartki trzeba zapłacić 8 tysięcy, za pół litra wódki - 6 tysięcy (tyle też wart jest w tym momencie jeden amerykański dolar). Produkowany na Żeraniu polonez kosztuje 14 milionów zł.

A w mieście, jak to w takich miastach - elektrownia, fabryka papieru, zakłady mięsne, mleczarnia... Siedem linii autobusów miejskich, jeden szpital (drugi przez kolejne 20 lat będzie w budowie). Oraz 40 tys. mieszkańców, którzy o Okrągłym Stole dowiadują się wieczorem z państwowej telewizji. A niektórzy nocą, przed snem, z Wolnej Europy.

Nazwiska kandydatów poznają z plakatów. Nie jest ich dużo, czasem zresztą ktoś je zrywa. Twarz i nazwisko jednego z nich dobrze znają: w drugiej połowie lat 80. program Aleksandra Małachowskiego i Haliny Miroszowej "Telewizja nocą" oglądało średnio kilka milionów osób. O pozostałych kandydatach niewiele wiedzą.

Ci, którzy przyjdą na przedwyborcze z nimi spotkania, zapamiętają ich, jak stoją na drewnianej estradzie na placyku koło remizy strażackiej, przy głównym skrzyżowaniu w mieście. Zapamiętają też ten wiec - pierwszy w mieście wiec polityczny z prawdziwego zdarzenia. Choć przyszło tylko może ze 150 osób, choć pamięć podpowiada, że mogło być ich więcej.

Są plakaty z Lechem, ulotki, przywiezione przez kogoś egzemplarze niezależnej prasy. Kandydatów jest trzech. Henryk Wilk, Jan Chodkowski, Aleksander Małachowski. "Nasi" kandydaci do Sejmu i Senatu.

Małachowski mówi tego dnia najwięcej, głos ma donośny, wiecowy, słychać go nawet bez "gadały". Zresztą opowiada najciekawiej: o rodzinnym Lwowie, kopalni węgla w Stalinogorsku, do której wywieźli go Sowieci, i o Solidarności. Pozostali? Wilk pod koniec lat 70. był dyrektorem Fabryki Traktorów w Ursusie (ktoś z tłumu: "To musiał być w partii! Dlaczego kandyduje z naszej listy?"). Chodkowski w 1981 r. zakładał Solidarność Rolników Indywidualnych.

Ale, mimo kiepskiej frekwencji, tamten wiec jest wyjątkowy jeszcze z dwóch powodów: zorganizowany przeciw władzy, choć za jej przyzwoleniem. I dlatego, że "Jeszcze Polska" brzmi donośnie. I jakby odświętnie.

***

Na wiecu nie mówiono o szczegółach układania list wyborczych ani o tym, kto na nie trafił i z jakiego klucza. Tego wszystkiego dowiedzą się później, po kilku latach. Część z nich będzie pewnie czytać tygodnik Jerzego Urbana. Choć kiedy po wyborach ówczesny rzecznik rządu powie, że nawet koń dostałby się do Sejmu, gdyby zrobił sobie zdjęcie z Wałęsą, byli oburzeni. Ale wtedy, w 1989 r., to nie było ważne.

Małachowskiego - tego, który na wiecu mówił najgłośniej - widywali w telewizji przez kolejne lata. Był działaczem pewnej niewielkiej lewicowej partii, wicemarszałkiem Sejmu. Nie do końca wiedzieli, dlaczego wtedy, w 1989 r., kandydował z ich miasta - w kolejnych kadencjach wybierano go już z innego okręgu. Zmarł w styczniu 2004 r.; jest pochowany na cmentarzu w podwarszawskich Laskach.

Henryk Wilk nie odnalazł się w polityce. Bez powodzenia kandydował do Sejmu w 1993 r. z listy dawno nieistniejącej prawicowej partii. Na początku lat 90. zaangażował się w tworzenie organizacji pracodawców i przedsiębiorców, był wiceprezydentem Konfederacji Pracodawców Polskich i Związku Rzemiosła Polskiego. Mieszkał w Milanówku, niemal po sąsiedzku ze Zbigniewem Bujakiem, niegdyś jednym z kilku tysięcy pracowników kierowanej przez siebie fabryki, potem - przyjacielem. Zmarł w 2002 r.

Jan Chodkowski był senatorem I, II i IV kadencji. Wycofał się z polityki po przegranych wyborach w 2001 r. Jak przed laty, prowadzi dziś gospodarstwo rolne. Jest też honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Rodów Chodkowskich.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]